O klasycznym, beskidzkim czerwonym z Łukiem Karpat Wschodnich w tle

5 listopada posłuchamy o Głównym Szlaku Beskidzkim, czyli przejściu od kropki do kropki wiernie trzymawszy się jednego koloru. Przystaniemy również na ukraińskim Zakarpaciu, by wyprawić się w pasmo Pikuja – te najbardziej dzikie Bieszczady.

Jeszcze kilka lat temu prawie nikt o nim nie słyszał i prawie nikt po nim nie chodził. Za długi, za trudny – mówili. Najdłuższy szlak turystyczny w Polsce brzmi jednak na tyle dumnie, że roku na rok jego popularność rośnie. Nie znaczy, że wędrowniczej samotności się tu nie doświadczy.

Jedni rozkładają przejście na lata. Inni za wszelką cenę starali się zmieścić w klasycznym przedziale 21 dni. Zdarzają się tacy, którzy idą jeszcze szybciej. Po nich na szlaku pojawiają się w końcu ci, którzy biegną. Ja dałem sobie 3 tygodnie.

Opowiem Wam o miejscach, ludziach i doświadczeniu spotkań na szlaku. O jego najprzyjemniejszych fragmentach, ale też o części, gdzie poruszając się pieszo z plecakiem, poczujesz się jak frajer. O tym, na ile taki limit czasu wystarczy, a na co niestety go zabraknie.

Czy można przekraczać granice siebie nie przekraczając granic kraju? Jak najbardziej!

O tym przekona Was Mateusz Berger – halniak, autor projektu Zabieszczaduj, kandydat na przewodnika beskidzkiego.

Widzimy się w czwartek, 5 listopada o 19:30 w sali C1 Centrum Wykładowego Politechniki Poznańskiej przy ul. Piotrowo 2. Wstęp wolny.

Akcja „Lato” 2015 – przejście Głównym Szlakiem Beskidzkim

W zeszłym roku zaprosiliśmy Was na halniacką Akcję „Lato”, czyli wspólne, ciągłe przejście Głównego Szlaku Beskidzkiego – najdłuższego szlaku turystycznego w Polsce.
Wędrówka rozpoczęła się w Ustroniu, w Beskidzie Śląskim, zmierzając do Wołosatego w Bieszczadach. Startując w sobotę, 22 sierpnia (wyjeżdżając z Poznania w przeddzień wieczorem) – odległość ok. 500km przejść można w 3 tygodnie, docierając na metę 11 września.

3 tygodnie – tyle czasu należało sobie zarezerwować na całość, ale oczywiście wszelkie towarzystwo, również na krótszych odcinkach, było mile widziane! Szlak można pokonać na raty, niezależnie od czasu trwania czy ilości wycieczek, nagradzając się tym samym zdobyciem odznaki GSB PTTK. W tym miejscu można było zdeklarować się co do sposobu i długości wędrówki.

Na poniższej mapie umieszczone zostały przewidywane noclegi podczas wędrówki – w opisie punktów dzień dotarcia. W większości przypadków – jak można sprawdzić pod wyżej umieszczonym linkiem – nie było w tym temacie wielkich rozbieżności.

Do zdobycia było blisko 60 szczytów:

BB_

z czego cztery: Babia Góra (1725m n.p.m.), Turbacz (1310m n.p.m.), Radziejowa (1262m n.p.m.) oraz Tarnica (1346m n.p.m.) – należy do Korony Gór Polskich.

Wędrówka Głównym Szlakiem BeskidzkimW tym miejscu można pobrać ślad trasy GSB w formacie .gpx

Czy to koniec przygody z czerwonym szlakiem? Na pewno nie!

Więcej szczegółów na spotkania klubowych we wtorki
Spotkajmy się na czerwonym szlaku!

Zapisy
Strona wydarzenia na facebooku

Kontakt:
[email protected]
zabieszczaduj.pl/gsb
fb.com/bieszczaduj

 

V Festiwal Slajdów Podróżniczych AKG „Halny”

plakat_festiwalu_slajdowV Festiwal Slajdów Podróżniczych odbywał się w dniach 5–8 maja 2015 roku w Centrum Wykładowym Politechniki Poznańskiej. Od samego początku był on zapowiadany jako największa impreza organizowana przez AKG „Halny” w 2015 roku i rzeczywiście post factum zasłużył na to miano. Podczas czterech festiwalowych dni odbyło się siedem prezentacji omawiających podróże po wielu zakątkach Świata, od Alaski po Indonezję. Wbrew informacjom podawanym na plakatach rozwieszonych na poznańskich uczelniach i miejscach związanych w Poznaniu z górami, wszystkie prelekcje odbyły się w sali CW4 – auli Politechniki Poznańskiej.

 

 

 

 

halny_festiwalOrganizacją Festiwalu dyrygował prezes Klubu, Maciej Przybylak. Głównym źródłem informacji o Festiwalu była strona http://halny.org/festiwal/ autorstwa Mateusza Bergera. Patronami medialnymi imprezy byli: telewizja WTK, portal epoznan.pl oraz Radio Afera. Festiwal odbywał się pod patronatem honorowym Prorektora PP prof. Jacka Goca.

Wszystkie prelekcje przygotowane były na najwyższym, profesjonalnym poziomie. Uczestnictwo w każdej z nich było niemałą przygodą, a ich opis zawsze będzie nosił subiektywne osobiste piętno. Niemniej jednak postaram się tu pokrótce przybliżyć każde z tych niesamowitych przeżyć.

Podczas prelekcji otwierającej Festiwal Alfred Sosgórnik przeniósł nas do Landakhu, Mustangu i Sikkimu – części Tybetu niezależnych politycznie od Chin, gdzie bez przeszkód funkcjonuje buddyjska tradycja i duchowość. Nasz gość unaocznił nam tym samym, że z Himalajami związany jest nie tylko bezkres wspaniałej przyrody, lecz również bogata, nieodkryta kultura. Pod każdym względem ten pokaz był inny niż pozostałe – może ze względu na to, że w całkowicie inny sposób opowiadał o podróżach w dalekie części świata, a może dlatego, że spośród nas mało kto zdecydowałby się poznawać dalekie kultury w sposób choć trochę dający się porównać do wielomiesięcznego przebywania w wysokogórskich klasztorach i studiowania pradawnych tybetańskich ksiąg.

O ile poniedziałkowy pokaz opowiadał o podróżach długotrwałych, wymagających i poprzedzonych mozolnymi przygotowaniami, o tyle przekaz pierwszej wtorkowej prelekcji dowodził, że podróże dostępne są w zasadzie dla każdego. Bo przecież każdy, nawet bez specjalnych przygotowań, może wsiąść na rower i pojechać w nieznane, tak jak zrobili to nasi goście – Karolina i Aleksander Klaja. Jednak o ile nawet najdłuższa podróż rozpoczyna się od pierwszego kroku, a narzędzia – rower i dobra wola – dostępne są dla każdego, o tyle przejechanie trasy z Wągrowca na Sumatrę wymaga ogromnego poświęcenia i wytrwałości, o czym zdaliśmy sobie sprawę podczas ich pokazu. Kolejna wtorkowa prelekcja – Olka Ostrowskiego nt. narciarskiej wyprawy na Czo Oju – była streszczeniem wyczynu poprzedzonego wieloletnimi przygotowaniami. Olek zaczął jeździć na nartach w wieku trzech lat, ma już za sobą zjazdy z tak osławionych szczytów jak Kazbek czy Pik Lenina, można więc stwierdzić, że przez całe życie pracował na sukces swej ostatniej himalajskiej wyprawy. Mimo to nasz prelegent dowiódł, że do realizacji marzeń potrzebny jest przede wszystkim upór i odrobina fantazji, a niekoniecznie wsparcie wielkich instytucji czy sponsorów.

Myślą przewodnią prelekcji Jurka Pawlety nt. Indonezji (środa) było piękno otaczającego nas świata. Rzeczywiście – zaryzykuję stwierdzenie, że przed obejrzeniem prezentacji „Indonezja. Jazz w krainie waranów” mało kto z obecnych na sali widzów był świadom niezliczonych atrakcji, jakie ma do zaoferowania to ogromne wyspiarskie państwo. A warana z Komodo z pewnością wielu zapamięta na długo.

Pokaz slajdów Pana Bogdana Jankowskiego pt. „Góry bliskie i dalekie” zasługuje na odrębne omówienie. Niezwykłość tej prezentacji biła od samego jej początku. Dotychczas słuchaliśmy ludzi młodych, pełnych zapału i z pomysłami na nowe wyzwania, tu – spotkaliśmy człowieka doświadczonego, zasłużonego, który jest całkowicie świadom sukcesów, jakich dokonał, oraz porażek (jak niezdobycie szczytów K2 i Nanga Parbat zimą), który były jego udziałem. Dotychczas – słuchaliśmy o dokonaniach, które być może, w obliczu ogromu podróży i podróżników w dzisiejszych czasach, pozostaną przez historię niezauważone; tu – mieliśmy do czynienia z opowieścią o pionierskich wyprawach – takich jak pierwsze zimowe wejście na Mount Everest z 1980 r. – które były wielkimi odkryciami geograficznymi naszej epoki, istotnymi krokami człowieka na drodze zdobywania naszej planety. Dotychczas – oglądaliśmy garstki zdjęć odcedzone z bezkresu danych zapisanych w formie cyfrowej i krótkie filmiki, które z dzisiejszą techniką może wykonać każdy sprawny operator kamery. Tu – podziwialiśmy reprodukcje zdjęć z prawdziwych światłoczułych klisz i nagrania zarejestrowane na prawdziwych taśmach magnetofonowych, których przygotowanie wymagało nie tylko dostępu do tak rzadkiego podówczas sprzętu, ale również posiadania unikalnych wręcz umiejętności z zakresu fotografii i łączności. Zdjęcia i nagrania z naszpikowanych osiągnięciami wypraw w góry wysokie wywoływały niepohamowany podziw, ale również ogromny respekt, skoro nawet tak doświadczeni himalaiści jak członkowie wypraw Andrzeja Zawady pozostawali czasami bez szans w starciu z potęgą natury i ginęli podczas wykonywania zadań. I jakże kojące było zauważenie Pana Bogdana, że góry to nie tylko Himalaje i Karakorum, na które Polacy w latach 70., 80. i 90. przeprowadzali pierwsze zimowe wyprawy, ale również Sokoliki, gdzie można, lecz nie trzeba, powspinać się w świetle jesiennego słońca.

Ostatniego dnia mieliśmy okazję wysłuchać dwóch niesamowitych prelekcji. Piotr Strzeżysz z właściwym sobie poczuciem humoru i szczerością opowiedział o swojej samotnej rowerowej podróży po obu kontynentach amerykańskich. Mimo iż w niektórych miejscach pokazu skierował nasze myśli na takie kwestie jak: Czy rzeczywiście, skoro nie ma tam przełęczy położonych na wysokości 5000 m n.p.m., lepiej podróżować jest po Danii niż po Argentynie? czy: Czy naprawdę można rozróżnić płeć pancernika po oczach i stylu poruszania się?, to jednak na koniec przekonał nas do tego, że podróż jest wartością samą w sobie, że niejednokrotnie nieważny jest cel, do którego zmierzamy, lecz sam proces podróżowania, jego rytm i trwanie. Po prelekcji klubowa biblioteczka wzbogaciła się o ostatnią książkę autorstwa Piotra pt. „Powidoki”. Natomiast podczas kolejnego pokazu Łukasz Supergan przybliżył nam historię swego samotnego przejścia irańskich gór Zagros, które to przejście, nawet po obejrzeniu zdjęć z prezentacji, wydaje się przedsięwzięciem na granicy ludzkich możliwości. O niszowości obranego przez Łukasza kierunku może być fakt, że podczas całej swej pieszej wędrówki spotkał on 1 (słowem: jednego) turystę, a większość jego trasy wiodła mało uczęszczanymi drogami i bezdrożami.

Zdjęcia na festiwalowych prelekcjach wykonywali Maciej Przybylak i Łukasz Flis.

W czasie pomiędzy dwiema piątkowymi prelekcjami poznaliśmy zwycięzców konkursu fotograficznego zorganizowanego przez nasz Klub. Na ogłoszony na długo przed Festiwalem konkurs wpłynęło 35 prac, w większości od osób ściśle związanych z „Halnym”, z których lwią część można było oglądać podczas Festiwalu na wystawie przed wejściem do auli. Zarząd i Komisja Rewizyjna stanowiła jury, które przyznało pierwszą nagrodę oraz wyróżnienie, natomiast równolegle na naszym facebookowym profilu na najlepsze zdjęcia mogli głosować uczestnicy Festiwalu. Werdykt odczytała sekretarz Klubu Zuzanna Tundak. Nagrodę Publiczności otrzymał Marek Wąsik za zdjęcie „Najstraszniejszy, ale i najprostszy odcinek górskiego traktu (na tle masywu Annapurny)”; nagrodę Jury otrzymał Radosław Siekierzyński za zdjęcie „Dom w chmurach – wioska Ranca w Rumunii”, zaś wyróżnienie otrzymał Łukasz Flis za zdjęcie „Nocne poszukiwania skarbu III Rzeszy w Górach Sowich”. Wszyscy laureaci konkursu otrzymali atrakcyjne nagrody: książki i klubowe gadżety.

W trakcie dwóch ostatnich festiwalowych dni zbierane były również datki na rzecz ofiar trzęsienia ziemi z 25 kwietnia br. – przed prelekcjami cele i założenia akcji „Ej, odbudujmy Nepal” przedstawiała Tija Grebieniow.

V Festiwal Slajdów Podróżniczych AKG „Halny” zakończył się w piątek 8 maja bardzo późnym wieczorem. Z perspektywy czasu jego organizacja zakończyła się dużym sukcesem. Czterdzieste pierwsze urodziny naszego Klubu uświetnione zostały rekordową liczbą pokazów slajdów prowadzonych przez absolutną czołówkę polskich podróżników. Frekwencja nie była rekordowa – co być może było spowodowane słabą reklamą, a być może małym zaangażowaniem ludzi związanych z Klubem – niemniej jednak na najciekawszych pokazach publiczność liczyła ponad 150 osób. Prelekcje zbierały same pozytywne opinie wśród widzów wywołując niejednokrotnie długie i pełne zaangażowania dyskusje. Co do organizacji imprezy zostaną wyciągnięte odpowiednie wnioski. Mam szczerą nadzieję, że po Festiwalu Slajdów Podróżniczych pozostanie w nas duchowa jego cząstka, a w szczególności marzenie o dalekich podróżach i nierozerwalnie z nimi związaną wolnością, tak celnie opisaną w piosence wplecionej w pokaz Piotra Strzeżysza: Włóczykije, włóczykije / Jak się wam na świecie żyje? / Stare porzucacie miejsca / By gdzie indziej szukać szczęścia.

Andrzej Gładysiak

Po kursie turystyki zimowej

W dniach 26.02.-01.03.2015 roku grupa Halniaków wzięła udział w kursie turystki zimowej w słowackich Wysokich Tatrach – w Chacie przy Zielonym Stawie Kieżmarskim.  Jednym z uczestników kursu była Marlena Kloska (inżynier bezpieczeństwa, były Sekretarz klubu).

Mateusz Berger: Skąd taki pomysł, żeby wziąć udział w takim kursie?

Marlena Kloska: Pomysł zrodził się na początku 2014 roku przez Marka Wąsika, który chciał jechać na kurs lawinowo-lodowcowy, jednakże większość z nas nie mogła pojechać ze względu na studia (sesja, ERASMUS itp.). Pojechaliśmy w maju w Alpy Bergamskie i zauważyliśmy, że nie umiemy oszacować ryzyka związanego z lawinami oraz nie wzięliśmy ze sobą takiego sprzętu jak raki, czekan. W związku z tym musieliśmy się wycofać z gór wysokich w niższe pasma górskie. Czytaj dalej „Po kursie turystyki zimowej”

Dni skitour’u, freeride’u i śladówek w Tuttu Poznań

Jak wiecie wybór sprzętu Skitourowego, FR i Backcountry w sklepach w Polsce jest ograniczony. W TUTTU postanowiliśmy to zmienić, organizując w naszych sklepach dni skitour’u, freeride’u i śladówek. Niestety po niej wybór sprzętu skiturowego dostępnego od ręki w Poznaniu będzie sporo mniejszy, więc warto do nas zawitać w środę, 3 grudnia!

W ramach akcji:
•       Porady przez cały dzień, do dyspozycji nasi eksperci, którzy przetestowali ponad 100 modeli nart.
•       Testy wiązania Backcountry do butów turystycznych.
•       Duży wybór nart (ok. 80 modeli także super szerokie FR), butów (ok. 20 modeli), plecaków lawinowych ABS (-34%) http://www.tuttu.pl/plecaki,plecak-lawinowy-patrol-24-abs-butla-stal-273-k-8329-21609-p.
•       Super ceny tylko w te dni , średnio rabat -15% ; na sprzęt skiturowo – FR i odzież skiturowo – narciarską.
•       Po za tym liczne modele nart , butów, plecaków, rękawic… z poprzednich lat do -50.
•         Promocja książki Lawiny (-30%)

Dni Skitour & Freeride odbywają się w Poznaniu 3 grudnia 2014. Sklep mieści się przy ulicy Dąbrowskiego 54.

Imprezę wspierają nasi przyjaciele : Black Diamond, Dynafit, Fjord Nansen, K2, Majesty, Marker, Marmot, BCA, www.skimagazyn.plwww.narty-austria.pl (kwatery , szkolenia freeride`owe po polsku w Austrii);

z Rajdu „Na Przekór” 2014 w Bieszczady

Tak jak zaćmienie Słońca, pojawienie się w kalendarzu święta narodowego we wtorek jest zjawiskiem niezwykle rzadkim. Gdy dodatkowo wspomnimy fakt, że tegoroczny początek listopada był ciepły i bezdeszczowy, uczyni to sytuację jeszcze większym szczęśliwym zbiegiem okoliczności. W takich warunkach istniał tylko jeden właściwy sposób wykorzystania czasu: wyjazd w Bieszczady.

Skoro w kalendarzu są trzy, a z poniedziałkiem to nawet cztery wolne dni, to czemu sobie nie wydłużyć weekendu i rozpocząć go już w piątek? Podążając takim właśnie rozumowaniem już w czwartek wieczorem wyruszyliśmy w najbardziej oddalone od Poznania góry. Na przekór.

W piątek o poranku byliśmy jeszcze w drodze. Już zza szyb autobusu można było dostrzec piękno barw Pogórza. Jednak dopiero na miejscu mogliśmy poczuć je na własnej skórze. Przygoda rozpoczęła się w piątek rano, gdy autokar dowiózł nas do Ustrzyk Górnych. Po krótkim oporządzeniu się ruszyliśmy na szlak. Droga na Szeroki Wierch prowadziła przez bukowy las – mimo iż liście leżały już na ziemi tworząc brunatny kobierzec, nie ujmowało to ani trochę uroku Karpackiej Puszczy. Powyżej granicy lasu zaczęło solidnie wiać. Owszem, mogło wróżyć to zmianę pogody, ta jednak pozostała stabilna. Na Tarnicy siła wiatru wprost uniemożliwiała pozostanie pewnie w miejscu choć przez chwilę. Co innego było pewne – wyżej podczas tego wyjazdu już nie będziemy.

Dalsza droga wiodła przez Bukowe Berdo. Osoby, które wcześniej nie przemierzyły tego szlaku, mogły być pozytywnie zaskoczone, jako że w jasnym słońcu listopadowego popołudnia widoki były przecudne. Może w stosunku do samego grzbietu Bukowego Berda, którym wiódł szlak, trudno było odnieść takie wrażenie, ale położony równolegle Krzemień wyglądał jak drzemiący zwierz, który przykryty warstwą ziemi pokazuje jedynie swój skalisty kręgosłup. Natomiast światło zachodzącego słońca rozpraszało się na gałęziach skarłowaciałej buczyny. Kres dnia zastał nas w lesie, wieczorem zaś mogliśmy przypomnieć sobie słowa prastarej piosenki: Jak dobrze nam głęboką nocą / Wędrować jasną wstęgą szos / Patrzeć jak gwiazdy niebo złocą / I czekać co przyniesie los. Nocleg w Kolibie.

Sobotni poranek przywitał nas zawiesistą mgłą, która jednak wkrótce ustała. Stanowczo wygrali ten dzień ci, którzy wybrali trasę wiodącą obiema Połoninami: Caryńską i Wetlińską. Widoki były wprost nie do przecenienia. Ci, którzy podążyli szlakiem przez Rawki, mogli liczyć na nieco mniej spektakularne krajobrazowe wrażenia. W pamięci jednak zachował mi się widok szerokiej panoramy z Wielkiej Rawki na tę część Bieszczadów, majaczące w oddali słupy znaczące „prawdziwą” polsko-ukraińską granicę oraz widok przytłoczonej wiatrem, ale jednak śmiało zagarniającej obniżenie pomiędzy Wielką a Małą Rawką kępy karłowatych buków. Mała Rawka po raz wtóry, pożegnania, schodzenie w dół. Znów zmrok na szlaku – przypadek?

Moim skromnym zdaniem najpiękniejszym dniem była jednak niedziela, a nie była to bynajmniej lazy Sunday. Gdy rano otworzyliśmy oczy i choć trochę wyściubiliśmy nos ze schroniska w Wetlinie, od razu w krajobrazie dała się zauważyć znacząca zmiana (poprzedniego dnia raczej niezauważalna z powodu przybycia do Wetliny po zmroku). Miejsce buków zajęły w znaczącym stopniu modrzewie, a barwy ich igieł wywoływały same przyjemne skojarzenia. Można je było porównać albo do złotomiedzianego zachodu słońca w pogodny dzień, albo do pełnego garnka bigosu gotowanego jesienią (to prawda – nawet ocalała jeszcze gdzieniegdzie przed zżółknięciem zieleń przywodziła na myśl niedogotowaną kapustę). Takie obrazy pozostają w pamięci na bardzo długo. Na szczęście można na trochę zachować ich część – na przykład wpinając sobie modrzewiową gałązkę do butonierki.

Pierwszy etap niedzielnej wędrówki zakładał zdobycie Fereczatej. Na pewnym etapie pojawił się problem – zmęczenie powoli dawało się we znaki, miało się wrażenie, że szczyt jest bliski, więc każde wypłaszczenie było lekkim rozczarowaniem, w końcu nie wiedziało się ile już się idzie, ile zostało do przejścia i czy w ogóle nie ominęło się szczytu. Tego ostatniego jednak nie dało się nie zauważyć. Roztaczała się zeń przepiękna panorama, którą można było podziwiać wespół z innymi amatorami górskich widoków spotkanymi na szczycie. Miało się nawet wrażenie, że pogodną listopadową niedzielę cała Polska spędza w Bieszczadach.

Następnymi, ciekawymi krajobrazowo szczytami były: Okrąglik, Wielkie Jasło i Małe Jasło. Słońce ładnie przygrzewało, co zachęcało do zdejmowania wierzchniej odzieży. Pobyt na Małym Jaśle obrósł natomiast swego rodzaju legendą, jednak jej idiotyczną treść będą znać jedynie zainteresowani. Znowu dzień skończył się zanim wyraziliśmy na to zgodę. Do Cisnej schodziło się sprawnie, jednak w miarę utraty wysokości coraz bardziej dokuczało bieszczadzkie błoto. Chciałoby się powiedzieć: ach, to przesławne prawdziwe bieszczadzkie błoto! (Gwoli ścisłości: po co najmniej czterech dniach bez deszczu).

Poniedziałek zapowiadał się ostatnim dniem wędrówek, niektórzy więc wyszli z założenia, że tego dnia można już powiedzieć  sobie „dość” i poprzestać na krótkiej trasie; inni – wprost przeciwnie, wzięli sobie za cel przejście trasą długą lub specjalną. Ta ostatnia zachęcała szczególnie swym barwnym opisem w Informatorku: Skoro jesteśmy „Pod Honem”, to już na niego wejdźmy (Hon, 820 m n.p.m). Szlakiem czerwonym. Skoro już jesteśmy na Wysokim Dziale, to już nim idźmy. Gdzieś za Wołosaniem zaczyna się robić nudno, więc zmieńmy szlak na czarny. Tu przynajmniej szumi potok Czerteż. I tak dalej, i tak dalej… W rzeczywistości praktyczna implementacja tego zdawałoby się sądzić prostego algorytmu implikacji „jeżeli – to” okazała się jednak dość nietrywialna. Hon nie był aż taki prosty w zdobyciu, natomiast dojście do Jabłonek – miejscowości położonej w połowie trasy – okazało się możliwe daleko po połowie dnia. Niebo bywało czasami naburmuszone, a widoki tylko niekiedy wywoływały niebiańskie wrażenia na siatkówkach oczu (tu wspomnę bajeczną panoramie z łąki nad Jabłonkami). Atrakcją trasy były natomiast wytwory działalności ludzkiej – widzieliśmy retorty (swoją drogą, świetne hasło do krzyżówki) do wyrobu węgla drzewnego, miejsca po dawnych cerkwiach i prawosławnych cmentarzach oraz pomnik gen. Świerczewskiego w Jabłonkach. Każda atrakcja z innej minionej epoki.

Niekiedy można poczuć smak porażki, gdy planuje się trasę na odpowiednią liczbę godzin, a jednak schodzi się po zmroku. Kiedy jednak słońce zachodzi zanim osiąga się punkt kulminacyjny wycieczki, wtedy poczucie przegranej staje się jeszcze bardziej dojmujące. Tak było i w tym przypadku, kiedy szczyt Łopiennika zdobyliśmy w towarzystwie księżyca i mnóstwa gwiazd. W takich warunkach czekolada i wafelki smakują najlepiej. Ale chyba nie takie uczucia przepełniały Wincentego Pola, kiedy opowiadał gawędy na szczycie Łopiennika w 1833 roku.

Noc czerniała, czas mijał, szlak tracił wysokość nad poziomem morza, a my, przepojeni wzruszeniem, musieliśmy już pożegnać się z bieszczadzkim szlakiem i naszą bieszczadzką przygodą. Wśród lasu, wpatrując się w gwieździste niebo, każdy mógł sobie zadać nurtujące go pytanie i poszukać odpowiedzi. Cisza listopadowego wieczoru dawała myślom wprost niczym nieograniczone pole do popisu. Nie wiem kto w końcu ją przerwał i zaproponował powrót.

– Mamy wszystko?

– Wszystkiego nie mamy, ale to, co mamy, bierzemy ze sobą.

Zejście. Autostop. Bacówka. Meta. Meta! Meta… Meta? Meta. Powrót. Autokar. Poznań. Niepotrzebne skreślić.

Andrzej Gładysiak

Dziękujemy naszemu sponsorowi Tuttu za nagrody, które można było wygrać na mecie rajdu.