Relacje
Pireneje 2000
Andora

Uczestnicy wyjazdu:
- Marek Czekalski - kierownik wyprawy
- Łukasz Hildebrand
- Agnieszka Klimowska
- Ania Wielicka
- Piotr Zawistowski
Wyprawę na podbój pirenejskich szlaków rozpoczęliśmy 30 czerwca 2000 roku. Głównym celem naszej eskapady była Andora. Kilka dni wędrowaliśmy także po hiszpańskiej części Pirenejów i około tygodnia po stronie francuskiej tych niezwykle pięknych i malowniczych gór. Z Poznania do Frankfurtu nad Odrą dojechaliśmy pociągiem, a stamtąd po wykupieniu biletu weekendowego za 35 DM (bilet grupowy dla max. 5 osób na określone pociągi kursujące na terenie Niemiec) i po kilkugodzinnym oczekiwaniu ruszyliśmy w stronę granicy niemiecko-francuskiej. W informacji DB można poprosić o wydrukowanie całego planu podróży podając docelową miejscowość. Przejazd przez Niemcy przebiegł sprawnie i bezproblemowo, gdyż pod wieczór przekraczaliśmy granicę niemiecko-francuską wysiadając w Strasbourgu. Na całą Francję wykupiliśmy w Polsce bilet EURO DOMINO-26, który jest ważny 1 miesiąc, a w ciągu tego miesiąca wybiera się 3 dni (nie muszą to być 3 następujące po sobie dni), podczas których się przemieszczaliśmy (daty wpisuje się samemu do biletu) wszystkimi pociągami jeżdżącymi po terenie Francji. Bilet kosztował ok. 400 zł.
Ze Strasbourga pociągiem z kuszetkami dojechaliśmy w ciągu 10 godzin do Narbonne, a stamtąd do Perpignian. Mając trochę czasu skoczyliśmy się wykąpać w Morzu Śródziemnym (uważać na jeżowce; mogą nieźle pokaleczyć stopy). Późnym popołudniem z Perpignian wyruszyliśmy koleją do Villefranche de-Conflent. Tam czekała na nas największa atrakcja dnia, a mianowicie podróżkolejką turystyczną do Bourg-Madame, pomiędzy otaczającymi nas zewsząd górami. Podróż wagonem bez dachu jest niezwykle atrakcyjna, gdyż o wiele więcej można zobaczyć. Trasa kolejki trawersowała zbocza górskie, prowadziła kamiennymi wiaduktami oraz kilkoma, nawet sporej długości tunelami. Trzygodzinna podróż, w tak pięknym otoczeniu, minęła niepostrzeżenie i już trzeba było wysiadać. W Bourg-Madame znaleĄliśmy kemping za 25 franków za osobę i po załatwieniu formalności poszliśmy spać. Następnego dnia zaopatrzyliśmy się w mapy ( francuskie wydanie - carte de randonnees; Haute - Ariege - Andorre; mapa nr 7; skala 1:50000; cena około 65 franków) i po przejściu na hiszpańską część Pirenejów przez Puigcerdę ruszyliśmy w góry. Minęliśmy po drodze kilka ciekawych "kamiennych" wiosek i kierując się oznaczeniami międzynarodowego szlaku GR 11 zaczęliśmy się zbliżać do głównej grani Pirenejów. W części hiszpańskiej mieliśmy 2 noclegi. Pierwszy przy Refugi de la Feixa, które okazało się zwykłą chatą pasterską pozbawioną drzwi i okien; poza tym wszystkie krowy i konie z dzwonkami na szyi na noc podchodzą do chaty. Z tego powodu jest niezły hałas. Do tego można się przyzwyczaić, ale na pewno nie po pierwszym dniu. Brak drzwi sprawia, że zwierzyna włazi gdzie popadnie a nikt przecież nie chce obudzić się z krową w śpiworze.
Drugi nocleg spędziliśmy w Refugi Joarquim Folch i Girona ( inna nazwa Refugi Engorgs- schronisko jest darmowe). Niewielki kamienny domek otoczony zewsząd koroną szczytów, położony w pięknej okolicy. Posiada 12 miejsc noclegowych, długi stół, koce, trochę jedzenia pod warunkiem, że zostawią go poprzednicy, nawet zaopatrzony jest w telefon alarmowy w razie wypadku. Niedaleko chaty bieżąca woda. Przemierzając szlakiem GR 11 warto wskoczyć sobie na Puig Pedros (2914 m. npm.) zostawiając bagaże w Refugi de Malniu. Wejście trochę upierdliwe na krechę, ale widoki rekompensują monotonne podejście. Ze schroniska Engorgs męczące podejście, zwłaszcza jak się ma 20kg na plecach. Po wejściu na grań ostre zejście głęboko w dolinę ok. 900 m. Stamtąd wejście na przełęcz Alto - Vall - Civera. Początkowo dolina wznosi się łagodnie, by w końcu jeszcze nas pomęczyć przy wchodzeniu stromym zboczem na przełęcz. Z przełęczy szlak GR11 łagodnie schodzi do samego schroniska Estany de Illla, znajdującego się już w Andorze, mijając po drodze zbiornik wodny z zaporą. Tam spędziliśmy kolejna noc. Schronisko należy do jednego z największych schronisk w Andorze (ok. 50 miejsc noclegowych, 2 pomieszczenia, kominek, bieżąca woda, stół, sprzęt do cięcia drewna na opał). Wszystkie tego typu schroniska w Andorze są darmowe. Jest ich 26 i są rozmieszczone w miarę równomiernie w całym państewku. W każdym schronisku jest mapka z rozmieszczeniem schronisk oraz ze zdjęciem cabany i liczbą miejsc noclegowych. Główne szlaki w Andorze są dobrze oznaczone; inne szlaki to czysty horror. Z tego względu istotnymi atrybutami są: dobra mapa, kompas, orientacja w terenie, odrobina intuicji i rozsądku. W wielu miejscach poruszamy się na czuja.
W schronisku de Illla zostaliśmy dwa dni i z lekkimi plecakami zwiedziliśmy okolicę. Udaliśmy się w rejon Pic de Montmalus (2827 m. npm.) oraz zeszliśmy w dolinę dels Pessons. Kolejny dzień to przemieszczenie się do schroniska Perafita (schronisko 6-osobowe) i wieczorna kąpiel w jeziorku de la Nou (2231 m. npm.). Wbrew pozorom niektóre jeziorka górskie są bardzo ciepłe i można się w nich kąpać. Następnego dnia zeszliśmy do Andorry la Vella, by zrobić zakupy. Tłok i hałas, jaki tam panują zmusił nas do jak najszybszego opuszczenia stolicy. Szybko opuściliśmy miasto jadąc autobusem do Ordino, a póĄniej do Llorts. W Llorts znajduje się kemping za ok. 400 Ptas za osobę / dobę, czyli w sam raz na polską kieszeń. Na kempingu pozostaliśmy 4 dni. W tym czasie zwiedziliśmy sobie Muzeum Miniatur oraz Muzeum Ikon w Ordino, zwiedziliśmy starówkę tej malowniczej miejscowości, obejrzeliśmy zawody drwali w La Massanie itp. Oprócz tego zdobyliśmy szczyt Pic de les Fonts oraz spojrzeliśmy tylko na szczyt La Coma Pedrosa, gdyż nie starczyło nam czasu, aby go zdobyć. Któregoś dnia wyruszyliśmy na Pic de l'Estanyo, ale doszliśmy tylko do schroniska Coma Obaga, w którym przeczekaliśmy niezłą burzę i opady deszczu. Warto co kilka dni zanocować na kempingu, gdyż można zrobić pranie i doprowadzić się do stanu używalności.
Po kilkudniowym pobycie na kempingu w Llorts udaliśmy się do schroniska Rialb, leżącego w płn- zach części Andory. Wieczorem, mając jeszcze trochę sił zwiedziliśmy sobie okolicę. Wczesnym rankiem ze schroniska wykurzyła nas grupa malarzy, którzy właśnie w ten dzień mieli zamiar odmalować wnętrze schroniska. Kolejną noc spędziliśmy w schronisku Jan. Po drodze wskoczyliśmy sobie na Pic de Serrera (2912 m npm.), skąd roztaczał się niesamowity widok we wszystkich kierunkach. Następne dni przyniosły nam deszcz czyli pogodę barową. Tak się dobrze złożyło, że spotkaliśmy się w te dni ze znajomymi. Jacek wraz z kolegą szli w przeciwnym kierunku i opowiedzieli nam co nas będzie czekać, a my przekazaliśmy informacje o naszej trasie Wszystko to odbywało się przy "wyśmienitym żarciu" zakrapianym winkiem z kartonika.
Następnego dnia pożegnaliśmy się ruszyliśmy w przeciwnych kierunkach, chociaż po nocnej imprezie było ciężko ruszyć którąkolwiek z kończyn. Na dodatek padał jeszcze deszcz. Pakowanie zajęło nam ok. 4 godzin, a wyszliśmy gdzieś koło godziny 14.00. Nocleg spędziliśmy w Cabana Sorda z rodzinką Hiszpanów Od momentu naszego przyjścia do momentu położenia się spać Hiszpanie bez przerwy ze sobą gadali. Ja przynajmniej nie pamiętam momentu, żeby na chwilę zapanowała cisza. Przekrzykiwali się nawzajem, wchodzili sobie w zdania. Czułem się, jakbym oglądał na żywo serial brazylijski; przynajmniej 20 odcinków bez przerwy na reklamy. U nas na dodatek takie filmy są chociaż tłumaczone Rodzinka miała ze sobą 2 ogromne psiaki, które chodziły za wszystkimi którzy wychodzili ze schroniska Nie było problemu gdy osoby wychodzące chciały się przejść po okolicy. Problem zaczynał się wówczas gdy trzeba było wyjść za potrzebą. Psy nie odstępowały cię na krok. Trzeba było stosować różne fortele, a wiadomo jak kogoś przyprze to nie ma czasu na zabawę z pieskami. Trzeba było tak działać, aby wykonując potrzeby fizjologiczne nie doznać uszczerbku na zdrowiu, a pieski ząbki miały pokaĄnych rozmiarów. Następnego dnia pożegnaliśmy się z rozgadanymi Hiszpanami i ich niesfornymi pieskami i ruszyliśmy do schroniska Juclar Schronisko ma jedną dużą salę z około 50 miejscami noclegowymi i świetnym kominkiem. Gorsza sprawa jest z opałem, gdyż w pobliżu wszystko jest ogołocone, a siekiera zepsuta. Po spędzeniu wspaniałego wieczoru i nocki ruszyliśmy dnia następnego na stronę francuską opuszczając Andorę. Zaczęliśmy oddalać się od strzelistych szczytów Pirenejów i weszliśmy w coraz łagodniejsze górki podobne do naszych Bieszczadów. Minęliśmy Refugi de Ruhle i stamtąd szlakiem GR10 udaliśmy się na nocleg obok chaty pasterskiej Artaran. Nocleg oczywiście w namiotach. W chacie znajdował się fajny stół do przygotowania posiłków, ławeczka Niestety część sypialna była lekko zdewastowana. Rano obudziła nas ogromna grupa turystów (chyba mieli jakiś rajd z piknikiem przy naszym noclegu), z dwoma osiołkami, które niosły jedzonko i winko w baniakach. Wyglądało to dosyć efektownie. Po pewnym czasie przewodnik ogłosił konkurs, w którym chodziło o trafienie strumieniem wina wyciskanego z bukłaka do buzi z jak najdalszej odległości. Oczywiście zostaliśmy zaproszeni do zabawy i okazaliśmy się dosyć dobrzy, pomimo, że wcześniej nie trenowaliśmy. Nagrodzeni oklaskami podziękowaliśmy za zaproszenie i szybko zmyliśmy się z pola konkursowego.
Tegoż dnia dotarliśmy na kemping w Capoulet. Tam spędziliśmy dwa dni, podczas których zwiedziliśmy jaskinię w Niaux, która słynie z malowideł naskalnych sprzed 15000 lat. Zwiedziliśmy również Grotę de la Vache, w której można obejrzeć rysunki rzeĄbione na przedmiotach. Zaskakująca jest precyzja wykonania i drobiazgowość szczegółów. Można również zobaczyć i dowiedzieć się od przewodnika o sposobach życia ludzi z okresu magdaleńskiego. Ceny biletów do jaskini de Niaux - dla studentów 35 FF, dla dorosłych 60 FF, do groty de la Vache 25 FF dla studentów (po negocjacjach, gdyż normalnie nie ma taryfy dla studentów). Zwiedziliśmy sobie również miejscowość Tarascon. Niestety był to ostatni etap naszego pobytu w Pirenejach. Następnego dnia z Tarascon ruszyliśmy pociągiem do Tuluzy, ale dojechaliśmy autobusem, gdyż pociąg w połowie drogi się rozkraczył i podstawiono autobusy. Z Tuluzy pojechaliśmy pociągiem TGV do Paryża. Podróż trwała 6 godzin i o 23.00 byliśmy w Paryżu. Miasto zwiedziliśmy nocą w odróżnieniu od 99 % turystów. Jest to dosyć ciekawe doświadczenie. W dzień też troszeczkę pozwiedzaliśmy i o godz. 19.00 opuściliśmy Paryż. Po kilkunastu godzinach ujrzeliśmy poznańskie blokowiska. Trzytygodniowa podróż minęła bardzo szybko i teraz nadszedł czas na regenerację sił do kolejnych wojaży.
Spisał Marek Czekalski
