Akademicki Klub Górski „HALNY” Poznań

z Rajdu Tego Trzeciego 2015 na Małą Fatrę

Aktualizacja: 11 maja 2015

Naszą przygodę zaczęliśmy w środę, 29 kwietnia wieczorem. Zbiórka przy Dworcu Letnim zaplanowana była na godzinę 20.20.

Na miejsce zbiórki przybyłem jeszcze przed godziną 20. Nieco zdziwiłem się, kiedy okazało się że jestem pierwszy. Oczywiście nie obyło się bez kilkukrotnego sprawdzenia w informatorku, czy aby na pewno nie pomyliłem miejsc. Ale gdy już byłem pewny, że miejsce jest prawidłowe, zacząłem wyglądać kolejnych uczestników rajdu. Co prawda szukanie w okolicach dworca ludzi wyglądających na zamierzających udać się w podróż może przywodzić na myśl przysłowiową igłę w stogu siana, jednak Halniaków można dostrzec już z daleka. Gdy w tłumie zagonionych podróżnych z olbrzymimi walizkami na kółkach (tak, w głowie czytelnika ma właśnie rozbrzmiewać ten charakterystyczny stukot kółek toczących się po chodniku), znajdzie się osoba z dużym plecakiem i poprzyczepianymi do niego jakimiś dziwnymi i nie dla każdego zrozumiałymi dodatkami, to możemy mieć pewność, że mamy już do czynienia z kolejnym uczestnikiem rajdu. W końcu, kto inny nosiłby na plecach dobytek na kilka dni, śpiwory, karimaty, a czasem to nawet gitary i namioty? 🙂

Po kilku chwilach zebrała się już nas całkiem niezła grupka. Można już było przywitać się ze znajomymi z poprzednich rajdów oraz zapoznać się z osobami, które wcześniej nie miały jeszcze okazji przemierzać z nami górskich szlaków. Wkrótce po przybyciu naszych organizatorów: Moniki, Adama i Radka, każdy z uczestników stał się bogatszy o swój własny informatorek rajdowy, słowniczek, śpiewniczek oraz plakietkę rajdową. Około 20.30 na miejsce podstawił się nasz autokar. Bardzo miłym zaskoczeniem okazał się fakt, że autokar ten należy do grona luksusowych.  Dla zainteresowanych, podróżowaliśmy Scanią Irizar. Niedługo po godzinie 21 wyruszyliśmy, zabierając jeszcze po drodze jedną uczestniczkę. Jechaliśmy przez ciemne o tej porze pola i lasy, a z wnętrza szybko zaczęły dobiegać dźwięki gitar i wędrownych piosenek. Ponoć czasem nawet sarny wychodziły na obrzeża lasu zobaczyć dokąd zmierza ta wesoła gromadka. 🙂

Tutaj wielkie słowa uznania należą się naszemu kierowcy, który, podczas gdy my szukaliśmy wygodnej pozycji do snu, jechał czuwając nad naszym bezpieczeństwem całą noc. Poranek zastał nas na granicy czesko-słowackiej. Niedługo później wjechaliśmy do Żyliny, skąd zaczęły rozciągać się kuszące widoki na masyw Małej Fatry. Dalej jechaliśmy malowniczym przełomem rzeki Wag (słow. Váh) oglądając wznoszące się na skałach zamki, którym mieliśmy się bliżej przyjrzeć następnego dnia.

Niedługo później za miejscowością Martin odbiliśmy do wioski Bystrička. Tutaj wysiadły osoby, które wybrały trasę krótką. Reszta pojechała kilka kilometrów dalej do wioski Valča, by wyruszyć stamtąd w trasę długą.

 

Dzień pierwszy – czwartek 30 kwietnia

Po przyjeździe do Valčy, przed godziną 8 byliśmy już gotowi do wędrówki. Pogoda była piękna i pomimo wczesnoporannych przymrozków robiło się coraz cieplej.

Pierwsze kilometry zielonego szlaku wiodły asfaltową drogą, która biegnąc doliną, z czasem wprowadziła nas w góry. Gdy asfalt się skończył szliśmy coraz bardziej stromą ścieżką w kierunku naszego pierwszego szczytu, Úplazu. Po osiągnięciu celu z radością rozłożyliśmy się na słoneczku i zjedliśmy nasze śniadanie. Z przodu zapraszał nas już kolejny szczyt: Hnilická Kýčera. Jednak ta, mogłoby się wydawać, niepozorna 1217-metrowa góra nie dała się łatwo zdobyć. Strome podejście ułożone w linii prostej pokryte było błotem i mokrymi liśćmi, co często skutkowało dłuższym zjazdem w dół co kilka kroków. Jednak trud ten się opłacił, ponieważ ze szczytu rozciągają sie bardzo ciekawe widoki na okolice. W oddali widać już było Veľką Lúkę, za którą znajdować się miało nasze schronisko.

Podążając dalej czerwony szlak sprawiał czasem wrażenie rzadko uczęszczanego. Wąska ścieżka przeciskała się czasem pomiędzy gęsto rosnącymi choinkami i krzewami. Wielu ludzi chodząc po najwyższych szczytach Małej Fatry, takich jak Wielki Krywań czy Rozsutec, nie zdaje sobie nawet sprawy, że pasmo to ciągnie się również po zachodniej stronie rzeki Wag.

Kolejny popas zrobiliśmy sobie u podnóża Usypanej Skaly. Ziemia i plecaki posłużyły na za leżaki, a za sobą mogliśmy podziwiać Hnilicką Kýčerę i przebytą już przez nas tego dnia trasę. W ruch poszły kanapki, czekolady, oraz przepyszne daktyle.

Następnie ruszyliśmy w kierunku Hornej Lúki, na której nieco wcześniej dobili do naszego szlaku uczestnicy trasy krótkiej. Teraz pozostało już tylko przejść przez odcinek lasu i pokonać ostatnie strome podejście tego dnia – na szczyt Veterné. Otaczał nas teraz widok, którego nie sposób nie pokochać: morze gór… Wznosiliśmy się niczym na okręcie, a dookoła delikatnie falowały pobliskie i dalsze szczyty. Niektóre z tych fal były nawet spiętrzone, tak jak np. Kľak, ze swoim charakterystycznym zadziorem. 🙂

Teraz już tylko pół godziny dzieliło nas od Veľkiej Lúki. Szlak prowadził dość płaską ścieżką, jednak pozostały jeszcze miejscami śnieg mocno utrudniał stawianie kolejnych kroków. Pomimo przeciwności osiągnęliśmy w końcu cel. Ponownie obejrzeliśmy się za siebie i z dumą przyglądaliśmy się rozległym krajobrazom, z których spory kawałek pokonaliśmy tego dnia. Z kolei duży szacunek i podziw wzbudzała najwyższa część Małej Fatry, która ukazała nam się już na wschodzie. W końcu już w sobotę mieliśmy się tam znaleźć. Na szczycie zebraliśmy się nawet całkiem sporą grupą osób, które akurat równo z nami zdobyły szczyt. Oczywiście nie obyło się bez kilku pamiątkowych zdjęć.

Teraz pozostało już tylko 45 minut zejścia drogą do Schroniska na Martińskich Halach (słow. Chata na Martinských holiach), w którym mieliśmy nocleg. Trasa namiotowa wkrótce rozbiła swoje namioty koło schroniska, a cała reszta rozlokowała się w schroniskowych pokojach. W końcu można było napić się jednego z przysmaków Słowacji: zimnej kofoli lanej z beczki i podawanej w kuflach. Zmęczeni po całonocnej podróży i całodziennym chodzeniu dość szybko udaliśmy się na zasłużony odpoczynek.

 

Dzień drugi – piątek  1 maja

Poranek powitał nas niebem gęsto zasnutym chmurami. Tego dnia trasa, którą mieliśmy pokonać, nie należała do najdłuższych, dlatego mogliśmy pozwolić sobie na pobudkę nieco później niż z samego rana. Po śniadaniu pierwsze ekipy zaczęły już wyruszać na szlak. Najpierw trzeba było wrócić się nieco pod górę do czerwonego szlaku przechodzącego przez szczyt Krížava. Następnie w celu lepszego poznania kraju naszych sąsiadów obejrzeliśmy każdy zakamarek szczytu. Niektóre ze ścieżek kończyły się nawet przysłowiową tabliczką z napisem: MANOWCE. 🙂

A gdy już w końcu udało nam się znaleźć szlak (okazała się nim wąska ścieżka biegnąca wzdłuż płotu stacji nadawczej, ukryta pod śniegiem i zarastająca kosodrzewiną), wyruszyliśmy w stronę Minčola. Pogoda się nieco popsuła, zaczął padać deszcz ze śniegiem, a czasem nawet sam śnieg. Na szlak zaczęły naciągać mgły. Jednak nieprzejęci zbyt mocno tym faktem pokonywaliśmy kolejne kilometry. Niedługo przed zdobyciem wspomnianego przeze mnie przed chwilą szczytu deszcz ustał. Co więcej, nawet mgły się rozwiały i ze szczytu Minčola mogliśmy obejrzeć Veľką Lúkę oraz okoliczne panoramy górskie. Po wpisaniu kolejnych osób do pamiątkowej książki szczytowej, ruszyliśmy dalej naszym nieodłącznym czerwonym szlakiem. Ciekawym zaskoczeniem była armata stojąca nieco poniżej szczytu, a upamiętniająca walki stoczone tu w 1945 roku. Po krótkiej sesji zdjęciowej z armatą, schodziliśmy już dalej w kierunku Strečna. Robiło się coraz cieplej, z czasem też wyłonił się malowniczy widok na miejscowość i górujący nad nią zamek. Nasze zaciekawienie budziły dobiegające czasem z dali odgłosy wystrzałów.

Dzięki sprytnemu skrótowi naszego kolegi, bardzo szybko znaleźliśmy się pod samym zamkiem Strečno. Na zamku z okazji długiego weekendu (na Słowacji również trwał on od piątku) zorganizowano festyn. Na stoiskach można było spróbować miejscowych przysmaków oraz zakupić trochę souvenirów. Sporą atrakcją były też ślepe wystrzały z armaty, których huk odbijał się kilkakrotnie od okolicznych gór. Nie zabawiliśmy przy zamku zbyt długo, ponieważ chcieliśmy jeszcze zdążyć zejść do miejscowości i udać się do sklepu przed jego zamknięciem o godzinie 17. Gdy udało się już odhaczyć ten ważny punkt programu, udaliśmy się również do miejscowej restauracji z bardzo miłą obsługą, gdzie zjedliśmy pyszną pizzę. Od godziny 18 udostępniona była nam już sala gimnastyczna, w której mieliśmy nocleg. Po uszykowaniu legowisk jeszcze długi czas spędziliśmy śpiewając wędrowne piosenki oraz rozmawiając o wielu przebytych i tych dopiero planowanych przygodach. Tego dnia spotkaliśmy się już z uczestnikami 3-dniowego wariantu rajdu.

 

Dzień trzeci – sobota 2 maja

W trzeci dzień wyprawy mieliśmy bez wątpienia najdłuższą trasę do pokonania, dlatego pobudka odbyła się wcześnie rano. Po śniadaniu i spakowaniu się pierwsze osoby zaczęły wyruszać już na trasę długą. Z kolei uczestnicy trasy krótkiej o godzinie 8 wsiedli w podstawiony autobus i przejechali pod hotel Branica, by stamtąd zielonym szlakiem wejść już w góry.

Wracając do trasy długiej, którą miałem okazję przebyć, początkowo trzeba było przedostać się kładką na drugą stronę rzeki Wag. Niesamowicie wyglądał zamek Strečno wznoszący się na skale wystającej jakby z samej wody. Wrażenia dopełniały niskie mgły, które jakby nie dając rady wyżej się podnieść, zahaczały się swoimi ,,sukniami” o mury zamku. Powagi trasie dodawała wysokość w pionie, którą trzeba było tego dnia pokonać. Z 360 m n.p.m. trzeba było podejść na wysokość 1709 m n.p.m. Ale w końcu: My nie damy rady? 🙂

Nasz dobry znajomy – czerwony szlak – prowadził nas początkowo wzdłuż rzeki, by wkrótce wprowadzić nas w dolinę. Początkowo łagodne podejście zmieniło się w stromą ścieżkę w momencie odbicia od drogi w kierunku zamku Starý Hrad. Pogoda nas niestety nie rozpieszczała i wkrótce weszliśmy w gęstą mgłę. Jednak na pocieszenie dodam, że nie przeszkadzały nam przynajmniej opady deszczu.

Droga pięła się coraz wyżej i wyżej, aż w końcu dotarliśmy do pierwszego schroniska: Chaty pod Suchým. To przy nim poprzedniego wieczoru schronienie znaleźli uczestnicy trasy namiotowej. W środku wysuszyliśmy sie trochę przy kominku, delektowaliśmy się pyszną herbatką z miodem i dobrym jedzeniem. O zadowolenie klientów dbał tu szary kot, który zabawiał wszystkich oczekując w zamian tylko drobnego poczęstunku. 🙂 Nadarzyła się też dobra okazja do wymienienia się uwagami o dalszej trasie z rajdem z Polski, który przemierzał naszą trasę dzień wcześniej.

Wszystko co dobre (i suche) musi się kiedyś skończyć, więc pożegnaliśmy się ze schroniskiem i ruszyliśmy w dalszą drogę – na szczyt o nazwie Suchý. Przez zalegające tu jeszcze sporo połacie śniegu końcowe podejście okazało się nieco męczące. Jednak szczyt pojawił się dość niespodziewanie i każdy kolejny wchodząc na niego zadawał to charakterystyczne pytanie: To już jest szczyt??? 🙂

Co prawda nie nacieszyliśmy się zbytnio widokami, bo widoczność kończyła się po kilku metrach, ale satysfakcja pozostała. Kolejny odcinek wiódł granią przez Biele Skaly, Stratenec, Sedlo Priehyb aż na Mały Krywań. Kilka razy mieliśmy nawet okazję delikatnie powspinać się po dość stromych kilkumetrowych skałkach. Tego dnia chodziliśmy po bardzo popularnych (nawet przy kiepskiej pogodzie) trasach, więc słynne Ahoj czy nawet nasze polskie Cześć dość często pobrzmiewało. Jakiś czas szedłem nawet z polską parą, którą wziąłem za uczestników naszego rajdu, których jeszcze nie miałem okazji poznać. Dopiero pod koniec rozmowy okazało się, że oni nie wiedzieli o żadnym rajdzie, tylko przyjechali sobie na majówkę z Gorców. 🙂

Wracając do naszej trasy dalej szliśmy przez Sedlo Bublen, Pekelnik (na szczęście nazwa nie oznaczała piekielnie trudnego wejścia), aż pod Wielki Krywań. Czerwony szlak omija co prawda najwyższy szczyt Małej Fatry, ale będąc w takim miejscu oczywistym jest, że nie można sobie pozwolić na odpuszczenie takiej przyjemności. Dziesięć minut marszu dodatkowym szlakiem pozwoliło nam stanąć na dachu tych gór. Co prawda dalej widoki nas nie rozpieszczały, ale satysfakcja zdobywców pozostała. Później wróciliśmy na czerwony szlak i zeszliśmy na Snilovské Sedlo. Stąd po 5 minutach drogi w dół można było wejść do budynku górnej stacji kolejki biegnącej od Chaty Vrátnej, w której znajduje się restauracja. Dalej były dwa warianty trasy. Niektórzy udali się stromym zielonym szlakiem biegnącym wzdłuż wyciągu, by od Chaty Vrátnej podejść żółtym szlakiem do Chaty na Grúni.

Pozostali, by wydłużyć sobie trochę przyjemność przebywania wysoko w górach, wróciliśmy się na Snilovské Sedlo i dalej czerwonym szlakiem przez szczyty: Chleb, Hromové i Steny doszliśmy w końcu na Poludňový Grúň. Z czasem chmury zaczęły się rozwiewać i w tyle ukazały się szczyty, które zdobyliśmy tego dnia. Teraz dopiero zobaczyliśmy jak dumnie wyglądał Wielki Krywań, na który podejście nie należało wcale do specjalnie skomplikowanych.  Teraz pozostało już tylko zejść bardziej stromym niż zwykle żółtym szlakiem, do Chaty na Grúni, w której mieliśmy nasz ostatni nocleg. Wieczór okazał się przepiękny, chmury zupełnie się rozwiały, a słońce bardzo przyjemnie ogrzewało całą łąkę, na której znajduje się schronisko.

Gdy większość z nas została już rozlokowana w pokojach na łóżkach i gdzie jeszcze tylko się dało, zaczęły się wesołe rozmowy, śpiewy przy gitarze i różnego rodzaje gry. A po 22 nadeszła w końcu długo wyczekiwana meta.

Korzystając z pogody usiedliśmy wszyscy dookoła ogniska i zaczęliśmy zabawę. Pewnie niejeden zagubiony turysta widząc z góry ten ogień, czując zapach ogniska i słysząc dźwięki gitar nie marzył o niczym innym, tylko o znalezieniu się obok nas przy ognisku. 🙂

Po licznych i ciekawych konkursach dla uczestników rajdu, nadeszła wreszcie pora na zadanie dla naszych organizatorów. Monice, Adamowi i Radkowi przypadło odbyć rozmowę w języku słowackim, używając wszystkich słów znajdujących się w uszykowanych na wyjazd słowniczkach. Po chwili przygotowań udało im się to znakomicie i zostali przez członków zarządu klubu przyjęci do AKG „Halny”. Wkrótce nasza wesoła gromada przeniosła sie już do schroniska, w którego to jadalni przyjemna zabawa trwała jeszcze przez długi czas.

 

Dzień czwarty – niedziela 3 maja

Ostatniego dnia wszyscy mieli do wyboru kilka tras. Od najkrótszej polegających na zejściu do podstawionych autobusów w Stefanowej, po najdłuższą przechodzącą przez Malé Nocľachy i Tiesňavy i nieco zmodyfikowaną która wiodła przez Stefanową i wąwóz Tiesňavy, aż do wioski Terchová. Tutaj o 10.30 chętni uczestniczyli w klimatycznej mszy w miejscowym kościele. Dużą atrakcją jest drewniana ruchoma szopka, którą można podziwiać przez cały rok w przedsionku kościoła.  Później była jeszcze chwila na zrobienie zakupów na drogę, pożegnanie się ze Słowacją i po godzinie 12 wyruszyliśmy w drogę powrotną dwoma autokarami.

Ta wydająca się niektórym być może mniej ciekawa część wycieczki upłynęła nam w bardzo przyjemnej atmosferze rozmów, żartów, wspomnień i wielu piosenek zagranych nam przepięknie na ukulele przez Zuzię. „Aha aha”. I nawet siedząc w miejscu odwiedziliśmy w rozmowach Szwecję, Chorwację i wiele innych ciekawych miejsc. 😀  Niestety szybko nastał czas pożegnania się ze wszystkimi po bardzo udanym wyjeździe.

Tylko rozchodząc się każdy w głowie miał już plany na kolejne rajdy na które pojedzie z „Halnym”. 🙂

Wielkie słowa uznania i podziękowania należą się Monice, Adamowi i Radkowi, oraz wszystkim osobom odpowiedzialnym za przygotowanie bardzo ciekawego i udanego rajdu. Warto także wspomnieć o wszystkich uczestnikach, którzy swoim pozytywnym nastawieniem i pasją, i ciekawymi rozmowami nadali tym kilku dniom bardzo sympatyczną atmosferę górskich wędrówek. 🙂

Krzysztof Piwczyk

zdjęcie: Ulka Jarych

Sprawdź też: Relacje