Relacje

Słowenia
Alpy Julijskie
27.08 – 09.09 2008

27 sierpnia a.d. 2008 z Dworca Głównego w Poznaniu wyruszyła z zaledwie godzinnym poślizgiem w kierunku południowo-zachodnim nasza 9-osobowa ekipa w dwóch samochodach. W pierwszym: Tymek, Ela, Aga i Szymon, a w drugim Łukasz, Monika, Danka, Sabina i ja. Celem była Słowenia, a konkretnie: tamtejsze Alpy Julijskie i pasmo Karawanki. Podróż przebiegłą w sumie bez żadnych sensacji, poza tym, że w pewnym momencie widoczność spadła do zera z powodu ulewy. Lecz legendarne niemieckie autostrady nie zawiodły nas i na miejsce dotarliśmy nawet wcześniej niż się spodziewaliśmy, bo ok. godz. 22.30, a nie 24. Zatrzymaliśmy się w małej wiosce u podnóża Alp-Dovje. Po drugiej stronie tej uroczej miejscowości wznosiły się Karawanki. Natychmiast po zameldowaniu się na tamtejszym kempingu, w pośpiechu rozbiliśmy namioty, bo właśnie zaczynało padać. Siąpiło dość solidnie całą noc i jeszcze rano, ale pomalutku, pomalutku zaczynało się przejaśniać, w miarę jak upływał poranek. Ten dzień postanowiliśmy przeznaczyć na wypoczynek po podróży, więc towarzystwo dość leniwie wyłaziło z namiotów. Z naszego kempingu mieliśmy wspaniały widok na Alpy, coraz ładniejszy, w miarę jak się wypogadzało.

Ponieważ jako się rzekło,

mieliśmy tego dnia odpoczywać, postanowiliśmy sobie urządzić mało forsowną wycieczkę do położonej niedaleko miejscowości wypoczynkowej Bled. Znajdowała się ona nad pięknym jeziorem o nazwie Blejsko Jezero. Na środku jeziora znajdowała się wyspa z kościołem, którego szerokie schody schodziły prosto do wody. Dostać się tam można było jedynie łódką, toteż przy brzegu kołysało się mnóstwo rozmaitych wehikułów do przewożenia turystów: od zwykłych łódek po kiczowate gondole w kształcie łabędzi. Zrezygnowaliśmy z wyprawy na wyspę ze względu na budżet i przyłączyliśmy się do tłumów niedzielnych spacerowiczów, krążących leniwie wokół jeziora. Po drodze można było zwiedzić zamek Bled, mający co najmniej tysiąc lat. Był on położony na skale, wysoko nad jeziorem, toteż roztaczał się stamtąd przepiękny widok. Ponieważ wstęp na zamek był płatny, część grupy zadowoliła się oglądaniem zabytku z zewnątrz. Potem obeszliśmy jezioro dookoła, następnie zaś poszliśmy do wąwozu Vintgar. Jest to niezwykle piękne miejsce, na dnie wąwozu płynie wartko rzeka z licznymi wodospadami, które rozpryskują wodny pył dookoła. Wąwóz otaczają skały, lub porośnięte drzewami skarpy. Zrobiliśmy wokół niego pętlę, docierając do ogromnego wodospadu na końcu, przy którym, jak wszyscy turyści, zrobiliśmy sobie zdjęcia. Dzień zakończyliśmy pizzą w knajpce na końcu szlaku wiodącego z wąwozu.

W poniedziałek poszliśmy już w góry.

Chcieliśmy zacząć łagodnie, żeby nie przeforsować się tak od razu, więc zaczęliśmy od wejścia na znajdującą się w paśmie Karawanek górę Baba. Podejście wiodło przez las, pastwiska i łąki. Pod wierzchołkiem Baby znajdowało się schronisko, do którego jednak nie weszliśmy, wypoczęliśmy bowiem na łące nieco poniżej. Ze szczytu rozciągał się wspaniały widok na Karawanki z jednej i na Alpy Julijskie z drugiej strony. Szlak był bardzo przyjemny i niemęczący, do tego ładna pogoda. Traska w sam raz na rozruszanie. A wieczorem wizyta w supermarkecie w Dovje, jako miły akcent na koniec dnia.

We wtorek żarty się skończyły

ruszyliśmy w Alpy. Naszym celem był Stenar (2501 m n.p.m.), oraz położony obok nieco niższy Križ (2410 m n.p.m.). Najpierw szliśmy kawałek lasem, dolna partia szlaku łączyła się ze szlakiem na Triglav (przez przełęcz Luknjia). Po wynurzeniu się z lasu szliśmy ścieżką wiodącą między skałkami, których było coraz więcej, w miarę jak zyskiwaliśmy wysokość. Gdy się odwracaliśmy, widzieliśmy groźną ścianę masywu Triglav, przez pierwszą część dnia skrytą w cieniu. Na szlaku, który pokonywaliśmy zaznaczona była na mapie kropeczkami via ferrata o pierwszym stopniu trudności, której wszyscy niecierpliwie wyglądaliśmy. Szliśmy jednak i szliśmy, aż doszliśmy do przełęczy, która miała być już po niej. Okazało się, że chodziło tu o raptem jedną czy dwie liny przyczepione do skał, na które nawet nie zwróciliśmy uwagi i wydawało nam się, że bez nich też byśmy sobie poradzili, tym bardziej, że w tamtym miejscu prawie w ogóle nie było ekspozycji. Na przełęczy, gdzie krzyżowało się kilka szlaków odpoczęliśmy trochę, a później ruszyliśmy na Stenar. Po drodze minęliśmy dwa wspaniałe okazy kozicy, który to gatunek okazał się być bardzo pospolity w tych górach. Zdawały być dość oswojone z widokiem ludzi, bo nie uciekały daleko na nasz widok, stały jednak zawsze w bezpiecznej odległości. Droga na Stenar była z tych co to górołazy lubią najbardziej: prowadziła piargiem, a więc trzeba było uważać, aby się nie zsunąć po ruchomych kamieniach, zwłaszcza przy późniejszym schodzeniu. Szymon i Agnieszka postanowili nie wchodzić na Stenar, tylko pójść od razu na Križ i potem zaczekać na nas w schronisku u podnóża gdzie zostawiliśmy samochody. My zaś weszliśmy na Stenar, gdzie było bardzo przyjemnie, bo nie wiało i można było podziwiać widoki. Pofociliśmy trochę, wpisaliśmy się do znajdującej się w specjalnym metalowym pojemniku ochronnym książki pamiątkowej i ruszyliśmy na Križ. Przy wchodzeniu na tą górę doświadczyliśmy pewnego paradoksu: na mapie zaznaczona była owa niepozorna via ferrata, którą ledwie zauważyliśmy, nie było natomiast żadnego oznaczenia, które wskazywałoby na to, że podejście na Križ jest znacznie trudniejsze. Tutaj była ekspozycja i lina znacznie dłuższa niż poprzednio, a także klamry i haki, zarówno przy wejściu jak i zejściu. Zdaje się, że ta trasa była nawet trudniejsza niż podejście na Triglav! Nie spodziewaliśmy się tego, na mapie górka wyglądała niewinnie… Pokonaliśmy ją jednak i ruszyliśmy w dół, mijając po drodze szlak na najtrudniejszy szczyt Alp Julijskich – Skrlaticę. Stwierdziliśmy jednak, że mamy już dość wrażeń na dziś i pójdziemy tam może innym razem… Gdzieś tak w połowie drogi znajdowała się chatka do spania (Bivak IV), bardzo dobrze zaopatrzona w materace, koce, drewno na opał, świece itd… Polecam na przyszłość, bardzo urokliwe miejsce. Po drodze spłoszyliśmy jeszcze stadko kozic i na dół udało nam się dotrzeć przed zapadnięciem zmroku, gdzie Aga i Szymon nudzili się już strasznie, czekając na nas od paru godzin. Trochę marudziliśmy na postojach… Gdy już wszyscy zeszli szczęśliwie, bardzo zmęczeni, ruszyliśmy do naszych samochodów. Po drodze mijały nas niedobitki schodzące jeszcze z Triglavu. W ten pamiętny wieczór Łukasz otrzymał swoją ksywę „Jan”, jako nasz – mój, Danki, Sabiny i Moniki szofer.

We środę przenosiliśmy się z Dovje na kemping w Trencie, skąd łatwiej było nam atakować Triglav. Spakowaliśmy się więc z rana i ruszyliśmy do Jasenic, aby tam zrobić zakupy, następnie grupa się podzieliła: nasza załoga ruszyła na górę Golicę, która słynęła jako punkt widokowy. Ela, Tymek, Aga i Szymon postanowili się trochę jeszcze zrelaksować w Jasenicach. Ruszyliśmy zatem i po dwóch godzinach dotarliśmy do schroniska pod szczytem Golicy (Koča na Golicy). Okazało się, że podają tam pyszne strucle z jabłkami oraz naleśniki z czekoladą. Aby zaspokoić swoją ciekawość, co oznacza ostatnia pozycja w menu, Sabina zamówiła ją i dostała coś niezwykle dziwnego: bardzo dobrze wysuszoną twardą kiełbasę a do niej… górę smalcu, o którym z początku myśleliśmy że to chrzan. Do tego dwie grube pajdy chleba. Posiłek dla drwala jednym słowem.

Na samą Golicę weszłyśmy tylko Monika i ja.

Reszta została w schronisku, uwiedziona struclami (każdy zamówił przynajmniej dwa, straciłam w końcu rachubę ile ich tak naprawdę pożarliśmy…). Na szczyt dotarłyśmy po ok. pół godziny i naszym oczom ukazał się niesamowity widok: po drugiej stronie góry, stronie austriackiej ciągnęła się piękna dolina z długim lazurowym jeziorem, z początku myślałyśmy, że to rzeka. „Ciekawe co to jest za jezioro, koniecznie trzeba się dowiedzieć.” Nie pamiętam, która z nas to powiedziała, ale chyba wywołała wilka z lasu, miejsce to bowiem w niedalekiej przyszłości miałyśmy poznać aż za dobrze… No i zlazłyśmy stamtąd, zapominając o sprawdzeniu co to za woda. Oderwaliśmy resztę grupy od strucli i ruszyliśmy z powrotem, nieco inną drogą, niż weszliśmy. Szlak był jednak bardzo słabo oznakowany i niebawem straciliśmy zupełnie orientację. Właśnie tkwiliśmy na końcu jakiejś drogi, która okazała się ślepą, gdy z lasu wyłoniła się sympatyczna starsza pani z kijkami do trekkingu. Spytaliśmy, czy tą dróżką, którą przyszła można dojść do Planiny pod Golico. Obrzuciła nas uważnym spojrzeniem, po czym zawyrokowała: „ja dojdę, wy nie… Ale chodźcie za mną, idę w waszą stronę, bo robię pętlę.” I ruszyła z kopyta, tak, że ledwie mogliśmy za nią nadążyć, co miało z pewnością związek z ilością zjedzonych strucli. Po drodze, bez śladu zadyszki opowiadała nam, że ma 65 lat, jest emerytowanym wykładowcą uniwersyteckim i kocha góry od dziecka. Niestety, bezpośrednio z jej ust słyszał to tylko Jan, bo tylko on był w stanie dotrzymać jej kroku, co go zresztą skrajnie wyczerpało. Niebawem dotarliśmy szczęśliwie do naszego samochodu, spotkaliśmy się z resztą ekipy i pojechaliśmy do Trenty. Dotarliśmy tam wieczorem po pokonaniu przełęczy, na którą wiodła bardzo kręta i bardzo stroma droga. To samo dotyczyło zjazdu. Dojechaliśmy jednak szczęśliwie i znaleźliśmy miejsce na jednym z dwóch kempingów, które się tam znajdowały.

Następnego dnia, w czwartek

ta część ekipy, która miała ze sobą sprzęt ferratkowy postanowiła pójść na Mojstrovkę – górę uchodzącą za najlepsze miejsce do wprawiania się w chodzeniu po ferratach. Reszta miała pójść na położoną niedaleko górkę Sleme. Odprowadziliśmy więc najpierw ekipę ze sprzętem do ferraty. Nie wyglądała groźnie i nieliczni zaczynali podchodzenie bez sprzętu. Dlatego przez krótką chwilę zastanawiałam się, czy może jednak nie zaryzykować. Postanowiłam jednak nie iść, bo przecież nie wiadomo, jak trasa wygląda dalej. A więc czwórka z nas: Danka, Aga, Jan i ja ruszyliśmy na Sleme. Spacer był bardzo przyjemny, szczyt jednakże, mimo roztaczających się wokół pięknych widoków był mało urokliwym miejscem a to z powodu owiec, które się tam wypasały i potwornie zanieczyściły całe to miejsce. Siedzieliśmy tam mimo to jakąś godzinę, dopóki nie przylazła jedna z owiec i nie zaczęła przeraźliwie beczeć, pokazując zęby. A mówi się, że owce takie łagodne… No po prostu zmusiła nas do wyniesienia się. A tam, i tak już mieliśmy schodzić… Udaliśmy się więc w drogę powrotną i po ok. 2,5 h byliśmy na parkingu obok schroniska, gdzie czekał już na nas Szymon, któremu pewnie tęsknota za Agą dodała skrzydeł, na których przefrunął przez przełęcz. Niestety potwierdził moje i Danki obawy: mogłyśmy spokojnie leźć na tą Mojstrovkę bez sprzętu, nie było to wcale takie trudne… Szyman sam po pewnym czasie przestał używać sprzętu, bo stwierdził, że to wpinanie i wypinanie się z ferraty tylko spowalnia wspinaczkę. Reszta jeszcze była daleko w tyle, więc poszliśmy sobie na herbatkę do schroniska, gdzie posiedzieliśmy około godziny. Nie lada rozrywką było dla nas patrzenie na trasę schodzącą z Mojstrovki, doskonale widoczną z tarasu przy schronisku. Droga prowadziła przez piarg i wg Szymona łatwo się można tam było przewrócić, na tych kamyczkach lecących spod nóg. Niemal każdy pokonywał tą drogę inaczej: jedni szli zakosami, inni trzymając się ściany skalnej, ciągnącej się w górnych partiach wzdłuż szlaku, a jeszcze inni, kompletni szaleńcy szli „na krechę”, ciągnąc za sobą tumany kurzu. Wyglądali zupełnie jak zjeżdżający narciarze. Dowiedzieliśmy się zresztą, że zimą biegnie tamtędy trasa zjazdowa. A między tymi wszystkimi ludźmi swobodnie łaziły sobie owce, dla których poruszanie się po tych kamieniach nie stanowiło żadnego problemu. Wyglądało to komicznie. Doczekaliśmy się wreszcie pozostałych i ruszyliśmy z powrotem. Tego wieczora zastanawialiśmy się, czy iść następnego dnia na Triglav, czy może jeszcze zaczekać. Argumentem przeciw był fakt, że zdobywalibyśmy tę górę w weekend, co oznaczało, że na szlaku będą tłumy i nie będzie miejsc w schroniskach. Triglav to prawdziwa święta góra Słoweńców. Nie wejść tam przynajmniej raz do roku to dla nich ogromny wstyd. W ogóle darzą swoje góry ogromnym sentymentem, tak jak my nasze Tatry czy Bieszczady, co wzbudzało moją ogromną sympatię. Argumentem za była natomiast pogoda, która od poniedziałku miała się popsuć, a wchodzenie na Triglav przy złej pogodzie jest bardzo ryzykowne, no i średnio przyjemne. Postanowiliśmy więc jednak ruszyć nazajutrz, czyli w piątek. Wyprawa miała trwać 3 dni, umówiliśmy się więc z właścicielem kempingu, że zwiniemy na ten czas namioty do samochodów, które za niewielką opłatą mogą stać na jego terenie.

Ruszyliśmy w piątek wcześnie rano.

To miał być najcięższy dzień wyprawy, mieliśmy zrobić około 2000 m przewyższenia. Jednak nie było tak źle. Szliśmy do schroniska Trzaska Koča tzw. Drogą mułów. Była to zygzakowata droga, niezbyt stroma, dobrze utrzymana, więc nawet nie zauważyliśmy, kiedy najgorsza część drogi była za nami. Pogoda była przepiękna. Szliśmy około 3 h pod górę i wkrótce zobaczyliśmy przełęcz, na której było schronisko. Chcieliśmy tam nocować, ale odesłano nas z braku miejsc do wyżej położonego schroniska – do Domu Planika, znajdującego się ok.400m pod wierzchołkiem Triglavu. Zrobiliśmy więc w Trzaskiej Kočy popas i ruszyliśmy dalej. Dotarliśmy do Domu Planika po dwóch godzinach. W środku było już tłoczno, cudem znaleźliśmy wolny stół, przy którym się rozłożyliśmy. Wszystkie miejsca były już oczywiście w schronisku zarezerwowane, tamtejsza obsługa kazała nam czekać do 22, kiedy to zamykają schronisko i będzie pewne ilu jest gości. Siedzieliśmy więc sobie, zajadaliśmy zupki chińskie i odpoczywaliśmy. Koło nas rozsiadło się dość hałaśliwe towarzystwo składające się z trochę już podchmielonych facetów po 40, najwyraźniej jakiś „męski weekend”, więc nie było zbyt komfortowo. Część z nas wyszła więc na zewnątrz mimo zimna i podziwiała zachód słońca. Ja niestety nie mogłam tak zrobić, ponieważ już od początku wyjazdu męczyła mnie jakaś infekcja, która chyba wtedy osiągnęła swoje apogeum. Siedziałam więc z temperaturą i strasznym katarem i zastanawiałam się, czy w ogóle włazić jutro na szczyt. O 22 okazało się, że nocleg będziemy mieli komfortowy: dla naszej 9-osobowej grupy znalazł się 5-osobowy pokój. Nie było to tanie, ale co tam, nie codziennie śpi się pod Triglavem. Poszliśmy więc spać z nadzieją na piękne widoki o wschodzie słońca. Nie zawiedliśmy się. Rano mieliśmy u stóp morze chmur, które wspaniale odbijały blask wschodzącego słońca. Ponad chmurami sterczały wierzchołki pozostałych gór, jak korona otaczająca króla gór słoweńskich. Ja oczywiście wstałam za późno z powodu choroby i mogłam obserwować tylko koniec tego spektaklu. Jednak widok i tak był wspaniały, dawał poczucie, że jest się na jakiejś wyspie pośrodku ogromnego morza, było po prostu cudnie. Zjedliśmy śniadanko i ruszyliśmy zdobywać szczyt, wraz z tłumem innych turystów. Wejście nie było trudne, mimo lin i haków, a raczej właśnie dzięki nim. Zabezpieczeń było tyle, że można było wybierać za co się złapać i gdzie postawić stopę. Gdy minęliśmy Mały Triglav, oczom naszym ukazał się widok, jaki pewnie często można oglądać na Rysach: ze wszystkich stron na szczyt ciągnęły „tramwaje” turystów. Wisieli jeden za drugim na ferracie. Zadziwiające było, że większość turystów była raczej niemłoda: dziadkowie i babcie w kolorowych wdziankach ortalionowych. No tak, Słowienia jest w końcu krajem rozwiniętym, czego konsekwencją jest starzejące się społeczeństwo. No więc dołączyliśmy do ogonka i po godzinie byliśmy już na szczycie, totalnie oblężonym przez babcie, dziadków, rodziny z dziećmi, młodzież… Po środku tego całego kramu wznosił się betonowy stożek z jakąś blaszaną puszką, który oznaczał szczyt. Tam wszyscy robili sobie zdjęcia. Pod stożkiem leżał na karimacie facet, który prowadził tam mini biznes: po horrendalnych cenach sprzedawał colę, red-bulle, koszulki pamiątkowe i czekoladę. Ale popyt był. Byłam więc trochę zawiedziona, że tak wygląda ten dumny szczyt Słowenii, którego zdobycie niektórzy przypłacają życiem… Jednak pamiętać należy, że na Triglav prowadzi kilka tras, a my wybraliśmy jedną z łatwiejszych. Schodziliśmy natomiast trudniejszą, co dało nam trochę satysfakcji. Była to via ferrata, z mnóstwem lin, klamer i haków, które tym razem były raczej niezbędne. Do tego trzeba było bardzo uważać na kamienie lecące z góry, strącane przez ludzi idących za nami. Schodzenie bez kasku było dość ryzykowne, ale jakoś przeżyliśmy. Wypoczęliśmy w Domu Planika (przy okazji, niezastąpiona Monika sprawdziła, co to znaczy planika – okazało się, że jest to nazwa dość pospolitego w Alpach kwiatka, wyglądającego trochę jak przerośnięta stokrotka o żółtych płatkach.), po czym zwinęliśmy stamtąd żagle i poszliśmy z powrotem do Trzaskiej Kočy. Tam grupa znów się podzieliła: Aga z Szymonem postanowili wracać, Ela, Tymek, Danka, Sabina i Monika postanowili jeszcze wejść na pobliski Kanjavec, a ja z Janem zdecydowaliśmy ominąć ten szczyt i pójść dołem do schroniska o nazwie Zasavska Koča. Mimo gorączki zdobyłam wprawdzie Triglav, ale na tym moje możliwości na tamten dzień się kończyły. No więc doszliśmy sobie spokojnie po około 3 godzinach do schroniska, spotkaliśmy po drodze sympatyczne starsze małżeństwo z Australii. Mężczyzna powiedział, że miał ojca Polaka, więc był to ciekawy zbieg okoliczności. Przy okazji zachęcał nas gorąco do wyprawy na Tasmanię i pochodzenia po tamtejszych górach. Zabił Janowi ćwieka, ciekawe co z tego wyniknie… Schronisko Zasavska Koča położone jest malowniczo nad jednym z jezior na początku Doliny 7 Jezior. Ponieważ nie było już miejsca w środku, dosiedliśmy się do kolejnego małżeństwa, tym razem niemiecko-angielskiego, bardzo charakterystycznego i trochę zabawnego. Byli tacy… typowi, że aż intrygujący. Niedługo cieszyli się oni ciszą i spokojem, bo najpierw dosiedliśmy się my z Janem, a wkrótce nadciągnęła reszta naszej grupy, która, naturalnie usiadła z nami. Kiedy zaczął zapadać zmrok, zrobiło się zimno i postanowiliśmy jednak wbić się jakoś do środka. Usiedliśmy na ławie pod ścianą obok drzwi. W schronisku nie było już oczywiście wolnych pokoi, więc znów polecono nam czekać do 22. Wtedy miano przygotować główną izbę do noclegu na ziemi. Siedzieliśmy więc tam przez 2 godziny. Aby nam nie było markotno, Jan kupił butelkę wina, a skoro zgadał się z chłopakiem obsługującym bufet, że oboje kibicują tej samej drużynie hokejowej z Vancouver, dostał gratis następną. No więc czekanie nie było takie złe, nawet ja się poczułam lepiej po dwóch szklaneczkach tego słoweńskiego wina. Trochę się martwiliśmy, czy aby na pewno dadzą nam się tu wyspać, około 21.40 zabawa trwała jeszcze w najlepsze, Słoweńcy łupali przy stołach w karty, popijając wódkę, było dość głośno. Ale skoro tylko nadeszła 22 wszyscy jak na komendę opuścili salę, w pięć minut stoły poustawiano pod ścianami, a podłogę zasłano karimatami i kocami. Na karimatki, które były pierwotnie dla nas, rzucili się nagle z niezwykłą gwałtownością tak dotąd spokojny Niemiec i Angielka. Monika im tłumaczyła, że karimatki są zarezerwowane dla nas ale oni nie chcieli się ruszyć z miejsca. No co tam, jakoś się w końcu pomieściliśmy. Nocleg był może mało komfortowy, ale z pewnością najweselszy na tym wyjeździe. Słoweńcy jeszcze chwilę śmiali się i dogadywali, później zapadła cisza. W nocy podobno spadł jeden ze śpiących na stołach, ale tego już nie usłyszałam. Rano posiedzieliśmy sobie trochę dłużej przy śniadaniu, bo już nigdzie się nie spieszyliśmy, po czym grupa – naturalnie – podzieliła się. Tymek z Elą postanowili jak najkrótszą drogą wracać już do Trenty, my natomiast chcieliśmy przejść jeszcze przez Dolinę 7 Jezior przez Planine za Skalo. Warto było. Jeziora były piękne, otoczone sosnami, które odbijały się w taflach wody. Bywały w świecie Jan powiedział, że krajobraz przypomina mu Kanadę. Ponadto rankiem we mgle widzieliśmy kilka kozic, do których udało nam się podejść bardzo blisko, o czym świadczą zdjęcia. Doszliśmy do schroniska 7 Jezior, które okazało się sporym gmachem. Cieszyliśmy się, że nareszcie mamy dostęp do bieżącej wody oraz, że menu jest bardziej rozbudowane niż w wyższych schroniskach. Tam królował bowiem jedynie gulasz z tzw. polentą, czyli kukurydzą utłuczoną na miazgę, albo wielka kiełbasa z musztardą, ewentualnie bardzo pożywna zupa fasolowa. Tu już były naleśniczki, makaron i co się tylko chciało. Najedliśmy się i ruszyliśmy dalej w stronę Planiny za Skalo. Gdy tam dotarliśmy, okazało się, że jest to miejsce niesamowite: były to skały krasowe, na podobieństwo poukładanych na sobie blatów stołu o księżycowej powierzchni. Biała skała nosiła ślady niezliczonych wypłukań, które utworzyły na jej powierzchni mnóstwo rozpadlin, kolein i kanalików, stożków i dołków. Zdawało się, że to jakaś zaczarowana kraina, tym bardziej, że nie widać było końca tych skał – ginął we mgle… Spędziliśmy tam dobrą godzinę łażąc po szczelinach i podziwiając ten cud natury. A potem już było tylko schodzenie, schodzenie… Wydawało nam się, że nigdy już nie dojdziemy do drogi asfaltowej. W końcu jednak doszliśmy i złapaliśmy nawet stopa – rolnika, który zgodził się nas kawałek podwieźć w przyczepie na siano. Gdy nas wysadził, do Trenty było jednak jeszcze daleko. Złapaliśmy więc kolejnego stopa, tym razem samochód osobowy, pojechałam tylko ja z Janem, który później wrócił już swoim wozem po resztę ekipy. Tak to właśnie skończyła się nasza wyprawa na Triglav.

Następny dzień daliśmy sobie na odsapnięcie

(wadą podróżowania samochodem i zatrzymywania się na kempingach jest przy górskiej wyprawie to, że za każdym razem trzeba od nowa zyskiwać wysokość, co jest dość męczące, nawet z lekkim plecakiem). Trochę odespaliśmy i poszliśmy do wodospadu Boka znajdującego się w pobliżu miejscowości Zaga. Najpierw poszliśmy do mniejszego wodospadu, gdzie wleźliśmy za spadającą wodę i zrobiliśmy sobie zdjęcia. A potem poszliśmy do Boki. Grupa jak zwykle się podzieliła: na tych, którzy postanowili oglądać wodospad z dołu i na tych, którzy ambitnie postanowili wejść i zobaczyć źródło owego wodospadu. Ja należałam do tej drugiej grupy. Droga do źródła miała trwać 45 min. Okazało się, że jest to 1,5 godz. dość morderczego podejścia, stromego i z ferratkami na końcu. W dodatku na górze nie było nic ciekawego do zobaczenia, ponieważ wszystko zasłaniały drzewa. Aby zobaczyć spadającą wodę, trzeba by się tam było rzucić z urwiska. Byłby to ostatni piękny widok w życiu… No więc posiedzieliśmy tam tylko, myśląc z goryczą o reszcie grupy, która po 15 min spacerku miała pewnie przepiękny widok na wodospad… Co zresztą potwierdziło się, gdy się spotkaliśmy na dole. No cóż, ambicja bywa czasem zwodnicza i nie każdy wybór należy podejmować kierując się nią. Potraktowaliśmy to jako rundę honorową: w końcu dzień bez spocenia się i bólu mięśni jest dniem straconym!

Następny dzień był już przedostatnim naszym dniem w górach, więc ekipa znowu zabrała się poważnie do dzieła: celem był szczyt Prisojnik, raczej niedostępny bez sprzętu asekuracyjnego. Dlatego Jan, Monika i ja poszliśmy tego dnia na Rombon: bardzo spiczasty zielony szczyt, wznoszący się nad miejscowością Bovec . W miarę jak wchodziliśmy, pogoda psuła się coraz bardziej. Gdy doszliśmy do przewyższenia zwanego Čukla, od którego trzeba było podejść na szczyt jeszcze jakieś 400m, rozpadało się na dobre. Już od dłuższego czasu spostrzegliśmy, że idziemy przez okolicę dość niesamowitą: wszędzie były ruiny jakichś chat z kamienia oraz wykute w skale groty. Było bardzo cicho i mgliście, no i ten deszcz do tego. Wtedy zobaczyliśmy, że wejście do jednej z grot blokują przywleczone tu skądś drzwi z szybką. Grota miała też małe okienko, również oszklone, przez które widać było butlę gazową, najwyraźniej dawno nie używaną. Przed wejściem stały garnki, do których tajemniczy mieszkaniec najwyraźniej zbierał sobie wodę. Postanowiliśmy wejść do środka, bo lało. Jan ostrożnie wystawił więc drzwi i znaleźliśmy się w czymś w rodzaju izby. Pod okienkiem stał stół, a na nim mnóstwo jakichś narzędzi i szmat. W kącie było łóżko, ale takie, że chyba nieboszczyk tylko by się w nim wyspał, tylko po ramie poznaliśmy czym jest ta kupa szmat i desek. A na środku stała plastikowa niebieska beczka, z tych co się kisi kapustę, albo… w których kanibale z amerykańskich horrorów lubią marynować mięsko. Nie zajrzeliśmy do środka, chociaż Jan nas uspokajał, że na pewno mieszka tu po prostu jakiś poczciwy juhas, tym bardziej, że wszędzie na zewnątrz były ślady owiec. I tak zresztą było po sezonie i pasterze na pewno zeszli już dawno do doliny. Mimo to odetchnęłam z ulgą, kiedy przestało padać i ruszyliśmy z powrotem. Tak, odpuściliśmy sobie szczyt, bo nie zanosiło się na lepszą pogodę. Okazało się, że dobrze zrobiliśmy, bo w drodze powrotnej tak lunęło, że przemokliśmy do nitki. Zjedliśmy więc sobie w Bovcu po gorącym burku – bałkańskim przysmaku, którego miałam okazję kosztować wcześniej również w Bułgarii, tyle, że tam nazywa się on banica. Jest to rodzaj smażonego w głębokim tłuszczu ciasta, podobnego do ciasta francuskiego z nadzieniem ze słonego sera lub mięsa mielonego. Po jednym kawałku człowiek ma naprawdę dość. Na kempingu spotkaliśmy resztę grupy, która również się poddała z powodu pogody. Wrócili o wiele wcześniej i gdy przyjechaliśmy, wszyscy spali w swoich namiotach.

We środę 7.09. jedna część grupy ruszyła na górę Krn, a druga, którą bolały już kolana (w tym ja) pojechała do górskiej miejscowości wypoczynkowej Kobarid, w której mieliśmy zanocować. Było tam co nieco do pozwiedzania, a także wspaniałe warunki do raftingu w płynącej przez tę miejscowość rzece Soča, zwanej również szmaragdową lub lazurową rzeką. Przepiękny kolor zawdzięczała woda wapiennym skałom na dnie. Rozbiliśmy namioty na jednym z tamtejszych kempingów, nie najtańszym może, ale bardzo dobrze wyposażonym: mieliśmy swój własny tzw. taras, czyli kawałek ziemi odgrodzony od innych, na którym mogliśmy się rozbić, miejsce na ognisko i zadaszone stoliki z siedziskami. Kiedy już się rozbiliśmy, poszliśmy do słynnego w okolicy wodospadu Kozjak. Po drodze zwiedzaliśmy coś w rodzaju fortyfikacji, nie znam się na tym, w każdym razie były to tunele drążone w ziemi, wzmocnione drewnem, w których podczas wojny stacjonowało wojsko. Doszliśmy najpierw do pierwszego małego wodospadu (Mały Kozjak), a potem już do Kozjaka. Było to naprawdę piękne miejsce: wodospad znajdował się w grocie w kształcie kopuły, zwężającej się u góry w małą szczelinę, tak że do środka wpadał tylko wąski strumień światła. Wodospad miał jakieś 10m wysokości. Spadał do wypłukanej w skałach misy, gdzie woda przybierała kolor głęboko szmaragdowy w najgłębszym miejscu. Później poszliśmy jeszcze obejrzeć reklamowaną w folderach naturalną ściankę wspinaczkową. Obiecałam sobie, że tam kiedyś wrócę ze sprzętem. Następnie skierowaliśmy się w stronę miasta. Zjedliśmy w piekarni obowiązkowego burka, od którego już się zaczynaliśmy uzależniać i ruszyliśmy oglądać zabytkową włoską drogę krzyżową, prowadzącą do kościoła i grobu 500 poległych podczas wojny nieznanych żołnierzy. O ile droga krzyżowa była bardzo piękna, zarówno kościół jak i grób okazały się topornymi pomnikami epoki socjalizmu. Ale był stamtąd bardzo piękny widok na miasto. Przy tej okazji zauważyliśmy, że od strony gór nadciąga zupełnie czarna chmura i usłyszeliśmy grzmoty. Nie zdążyliśmy dobiec do miasta, strasznie nas zmoczyło. Burza wyżywała się nad okolicą przez całą noc. Całe szczęście, że ekipie, która poszła na Krn nic nie było. I fajnie, że mieliśmy zadaszone miejsce do jedzenia, bo udało się mimo wszystko zrobić pyszną kolację z kiełbaskami z ogniska. To już był nasz ostatni wieczór w górach. Nazajutrz ruszyliśmy w stronę wybrzeża. Trochę błądziliśmy zanim dotarliśmy do miejsca przeznaczenia: miejscowości Isola i tamtejszego kempingu. W końcu jednak rozbiliśmy się szczęśliwie i ruszyliśmy się przywitać z Adriatykiem. Część grupy wykąpała się w słonej wodzie jeszcze tamtego wieczora, ale ja jako zmarzluch, wolałam poczekać na słońce. Tej nocy część ekipy wybrała nocleg na dworze, ponieważ było bardzo ciepło, a od morza wiał miły wiaterek. Jednakże w nocy zaczęło padać, pokropiło raptem kilka minut, a następnego dnia pogoda znowu była ładna.

W piątek poplażowaliśmy się trochę,

popływaliśmy, a później pojechaliśmy do leżącej niedaleko miejscowości Piran, będącej niegdyś ważnym punktem, jeśli chodzi o handel i rybołówstwo. Było to bardzo urokliwe miasteczko, o niezwykle wąskich uliczkach, zupełnie jak w Wenecji i ślicznych domkach. Pełno tam było wałkoniących się kotów i prania wiszącego na sznurach przeciągniętych z jednego końca wąskiej uliczki na drugi, a także knajpek, gdzie miejscowi sączyli winko i jedli jakieś swoje przysmaki. Wspięliśmy się na średniowieczne mury miasta, skąd widzieliśmy całą miejscowość i zatokę. Był to widok naprawdę niezwykły, zwłaszcza, że dzień zaczynał już przybierać barwy przed zachodem słońca. Potem zjedliśmy obiad we włoskiej pizzerii nad samym morzem. W ogóle włoskich akcentów było tam sporo, z powodu bliskości granicy włosko-słoweńskiej. Wieczorem poszliśmy w Isoli „na miasto”. Niestety, po sezonie wszystkie lokale były już zamknięte, otwarty był jedynie night club, do którego weszliśmy naprawdę tylko przez pomyłkę (Jana w końcu jakoś wyciągnęłyśmy stamtąd siłą, skoro tylko się okazało co to za miejsce…). Przespacerowaliśmy się więc po mieście, zatrzymując się na dłużej tylko w miejscowej winiarni. Mieszkańcy zbierali się tam najwidoczniej co wieczór, aby przy lampce ulubionego trunku pogawędzić ze znajomymi. Było to na cichym placyku, pośrodku którego wznosił się kościół. Słychać było głosy ludzi, siedzących zarówno przy stołach przed winiarnią, jak i na długiej kamiennej ławce pod kościołem. Tchnęło to atmosferą typowej miejscowości południowej, przypomniały mi się Włochy, gdzie ludzie zaczynają żyć dopiero po 22, skoro słońce przestanie prażyć. Nie znaliśmy się oczywiście kompletnie na winach. Chcieliśmy coś czerwonego półsłodkiego, na co pani za kontuarem popatrzyła na nas dziwnie, jakbyśmy poprosili i bekon w czekoladzie i powiedziała, że czegoś takiego nie mają. Czerwone wino Słoweńcy piją tylko wytrawne, nawet o półwytrawne trudno. Słodkie jest tylko białe. Gdy zamówiłam sobie jedną taką lampkę, stwierdziłam, że rzeczywiście, jest aż za słodkie. Gdy tak siedzieliśmy, dosiadł się do nas pewien sympatyczny Słowieniec i trochę nas oświecił, co piją tutaj porządni ludzie. Powiedział, jakie winko jest dla kobiet, jakie dla mężczyzn, jakie się pije w upał, jakie wieczorem, a jakie do obiadu… Gdy zobaczył nasz wybór, tzn. to nieszczęsne białe słodkie, skrzywił się. Ostrzegł, że jeśli wypijemy więcej niż jedną lampkę, to nas będzie rano bolała głowa. Była to zła wiadomość dla Jana, który właśnie kończył drugą. Ale chyba nie było z nim tak źle, a przynajmniej nie skarżył się na następny dzień.

A nazajutrz ruszyliśmy w drogę powrotną…

Łatwiej jednak powiedzieć „wracamy do domu”

niż to zrobić… Jeszcze nie dojechaliśmy do Lublany, gdy Jana zaniepokoił jakiś odgłos w prawym przednim kole. Niestety ani on, ani Tymek nie byli w stanie po oględzinach podwozia stwierdzić, co jest nie tak. Dojechaliśmy więc do Lublany, gdzie po długich poszukiwaniach znaleźliśmy w końcu serwis samochodowy, czynny także w soboty i niedziele. Po pewnym czasie tamtejsi mechanicy postawili diagnozę: pęknięty wał napędowy. Dla mnie brzmiało to po chińsku, ale to, że z tak poważną usterką nie dojedziemy do Polski zrozumiałam już doskonale. Zastanawialiśmy się, co robić. Wiadome było, że usterka może być naprawiona najwcześniej w poniedziałek lub we wtorek. Najpierw zastanawialiśmy się, czy nie zostawić Jana z wozem, a samemu jechać do Polski na stopa. Zwłaszcza Sabina się spieszyła do pracy. W końcu jednak ustaliliśmy, że w takim razie pakujemy Sabinę i jej dobytek do samochodu Tymka, a reszta nas, czyli ja, Danka i Monika zostanie z Janem, aby mu dodawać otuchy. A poza tym wietrzyłyśmy przygodę i niespodziewane przedłużenie wakacji. Postanowiliśmy doturlać się do Klagenfurtu w Austrii, gdyż tamtejsze warsztaty budziły nasze większe zaufanie. Poza tym, Klagenfurt jest pięknie położony nad jeziorem Wörthersee, wśród gór i przymusowy pobyt tam może będzie znośniejszy niż w stolicy, gdzie drożyzna. No i pojechaliśmy. Dotarliśmy tam ok. 22.30 i udało nam się znaleźć niedrogi camping, prowadzony przez pewne starsze małżeństwo. Do dyspozycji mieliśmy całkiem spory kawałek ziemi porośnięty miękką trawą, a także dużą świetlicę w budynku oraz znajdujące się tam prysznice i toalety. Starsza pani powiedziała, że dobrze trafiliśmy, bo właśnie wieje fen i jest ciepło. Fen, jak wiadomo, to taki alpejski halny, tylko chyba trochę silniejszy. Skoro tylko się rozbiliśmy, położyliśmy się spać, wykończeni stresem i niepewnością jutra… A nazajutrz była niedziela i piękna pogoda. Wyświeżeni, pojechaliśmy naszym zepsutym wozem najpierw do całodobowego pogotowia samochodowego, które poleciła nam nasza kochana gospodyni, gdzie nas jednak nie przyjęto, bo nie byliśmy członkami jakiegoś tam stowarzyszenia, a potem, skoro już i tak byliśmy w mieście, poszliśmy sobie na niedzielny spacerek. Klagenfurt jest uroczym miasteczkiem, pięknym, jak cała Austria zresztą. Zwiedziliśmy główny plac z kamiennym smokiem – symbolem Klagenfurtu, obejrzeliśmy ratusz i farę, pospacerowaliśmy po parkach miejskich, pohuśtaliśmy się na placach zabaw, wstąpiliśmy na mszę itd… Charakterystyczne dla kultur zachodnich, a przede wszystkim Niemiec i Austrii jest to, że w weekend na ulicach miast trudno spotkać żywą duszę. Trochę ludzi kręci się niby przy kościele, trochę przy kafejce na rynku, ale ogólnie jest pusto. Po przejażdżce wróciliśmy na nasz camping, zjedliśmy obiad i postanowiliśmy przejść się na plażę. Nad jezioro nie mieliśmy daleko, ale miny nam się wydłużyły, kiedy się dowiedzieliśmy, że wstęp jest płatny i to całkiem sporo: 2.50 ojro. Kiedy jednak weszliśmy, musieliśmy przyznać, że było za co płacić: na plaży była zjeżdżalnia, kilka pomostów z drabinkami oraz okrągłe platformy drewniane pośrodku kąpieliska, do których można było dopłynąć i poleżeć sobie na ciepłych deskach. Woda była niebieściutka i przezroczysta. I ciepła. Kąpielisko było bardzo duże, więc naprawdę można się było wyżyć, jeżeli chodzi o pływanie. Po jednej stronie jeziora wznosiły się Alpy, a po drugiej… Golica i Karawanki. No to się z Moniką dowiedziałyśmy, na jaką to wodę patrzyłyśmy z Golicy. Po jakiejś godzinie, a było to ok. 17 pogoda zaczęła się psuć. Znad gór nadciągnęły czarne chmury i zerwał się ów fen, o którym mówiła Austriaczka. Był to naprawdę bardzo ciepły i bardzo porwisty wiatr. Do tego stopnia porwisty, że na jeziorze powstały bałwany, jak na morzu. Było to naprawdę bardzo ciekawe zjawisko i piękny widok. Austriacy nic sobie nie robili z wichury: leżeli na pomostach w rozpiętych koszulach i gapili się na fale. Wieczorem lunęło i rozpętała się burza. Ale nam było ciepło i sucho, bo siedzieliśmy sobie w świetlicy. Świętowaliśmy urodziny Jana, ale nie powiem które, żeby mnie nie posądzono o niedyskrecję. Mężczyźni są wrażliwsi na punkcie wieku niż kobiety, wbrew pozorom…

Następnego dnia udało nam się odstawić samochód do salonu Toyoty. Okazało się, że gotowy będzie dopiero na wtorek, ponieważ trzeba przywieźć z Wiednia cały nowy wał napędowy. W Polsce może i by wymienili drobniejsze części, ale Austriacy już się w takie rzeczy nie bawią, więc niestety naprawa była dość droga. Najważniejsze jednak, że pojawiła się nadzieja powrotu do domu. Po południu znowu poszliśmy na plażę, jednak tym razem wzięliśmy się na sposób: postanowiliśmy, że my, dziewczyny przepłyniemy na płatną plażę, wchodząc do wody na bezpłatnej plaży dla psów, a Jan zabierze nasze rzeczy i jako jedyny zapłaci za wstęp. Tak, tak, była tam plaża dla psówJ Upatrzyłyśmy moment, kiedy żaden z pupilów nie był w wodzie i jazda! Udało się, bo jednak Polak potrafi, no i miałyśmy plażowanie za darmo. Później poszliśmy na spacer wzdłuż jeziora. Była tam asfaltowa droga do jeżdżenia na rolkach, na rowerze i do uprawiania joggingu. Średnia wieku sportowców z niej korzystających wynosiła jakieś 65 lat… No cóż, starzejące się społeczeństwo. To było widać.

Mimo wszystko cieszyliśmy się

że nam się popsuł ten samochód. We wtorek był już naprawiony i ruszyliśmy do Polski, tym razem już naprawdę….

Gratuluję dobrnięcia do końca moich wypocin.

Ola Popiołkiewicz

<< powrót

© 2008 - 2012 Akademicki Klub Górski „Halny” Poznań