Relacje

Klubowa Wyprawa w góry Rumunii 2004
05-29.VIII.2004

Dzień 20.08. Piątek.

Wstaliśmy o 5:00 rano, by zdążyć na pociąg do Braszowa. Teraz czas pożegnać Piatrę! W Braszowie byliśmy przed 8:00. Braszów to duże i całkiem nowoczesne miasto. Warto zwrócić uwagę na ratusz, przy którym mieści się muzeum, za rynkowymi kamienicami widać wieżę - pozostałość po braszowskim zamku. W południowo-zachodniej części rynku stoi bardzo stara katedra.

Przez pół dnia robiliśmy zakupy. Poszliśmy do marketu Star, ale chyba weszliśmy nie tam gdzie trzeba. To było coś w rodzaju zabudowanego targowiska, gdzie mieściły się na przemian stanowiska pełne i puste. Zaleciało nam Polską z przed lat 20. Klimat super. Cokolwiek się kupowało, trzeba było najpierw spróbować - czyli zrobić tzw. rumuńskie degustare. Miasta Rumunii charakteryzują się tym, że ludzie raczej spędzają dzień na ulicy, jest dość tłoczno i gwarno. Zasady ruchu za bardzo nie obowiązują. Zdarzało się, że trzeba było uciekać na przejściu dla pieszych przed pędzącymi wprost samochodami, pomimo że dla nich było czerwone światło. Czasem też jechali lewą stroną jezdni, jak w Anglii.

Czas było jechać dalej. W trolejbusie ukradziono Agnieszce portfel. Pociągiem pojechaliśmy do Rasznowa, w którym zrezygnowaliśmy ze zwiedzenia dość kiepsko zapowiadającego się z wyglądu zamku. Z Rasznowa łapaliśmy stopa do Bran. Ania, Aga, Michał i Rożek trafili na faceta, który w czasie drogi powiedział im, że powinni mu zapłacić 200 tys. lei od osoby (22 zł) na odcinku 14km. Odpowiedzieli mu, że ma natychmiast ich wysadzić. Facet wziął komórkę w łapę i zaczął dzwonić po swoich kumpli. W końcu nasi dojechali do Bran za darmo, ale później mieli lekkiego stracha. Zamek Drakuli niestety był już zamknięty, a my nie mogliśmy czekać do następnego dnia, więc skończyło się na paru fotkach z zamkiem w tle. Rozbiliśmy się pod lasem przed Bucegami, kolejnym pasmem górskim.

Dzień 21-22.08. Sobota i niedziela.

Ruszyliśmy na Scarę (2422), pierwszy szczyt Bucegów. Podejście było bardzo strome, niemal bez zakosów. Szlak prowadził wymytym korytem. Góry miały dziwaczny charakter, przypominający chwilami mini kanion Kolorado - takie schodki: raz pion skały, raz ukośnie położone, trawiaste łączki. Weszliśmy na Omu (2507) gdzie czekaliśmy na Rożka, bo jak się okazało - zasnął na szlaku. Z powodu złej pogody przesiedzieliśmy następną godzinę, później przeszliśmy do schroniska Babele. Przy Babele jest kilka ciekawych skałek, z których jedna przypomina Wieżę Babel. Inna z kolei wygląda zupełnie jak Sfinx, stąd nosi nazwę Sfinxula. W nocy była burza, przez którą się nie wyspaliśmy, ponieważ trzeba było trzymać namiot. Następnego dnia zeszliśmy do doliny w kierunku hotelu Pestera. Tam też zwiedziliśmy kapliczkę przy grocie. Dalej nasza trasa prowadziła przez wiatrołomy, gdzie trudno było znaleźć szlak. Doszliśmy do Sinai, w której, w pobliżu zamku Peles rozbiliśmy namioty.

Sinaia była kiedyś miejscowością uzdrowiskową, w której możni budowali sobie pałacyki stylizowane na wzór zamku. W Sinai są 3 takie obiekty: Foisor, Pelisor i Peles, który jest najładniejszy i największy. Dookoła prowadzą dwie alejki. W jednej z nich siedział sobie facet i przepięknie grał na gitarze. Oferował przechodniom płyty, skąd widać było, że gra w orkiestrze...

Dzień 23.08. Poniedziałek.

Nie udało nam się zwiedzić zamku Peles, bo tylko był otwarty w czwartki i niedziele. A szkoda. Poszliśmy łapać stopa w kierunku Darste - południowej dzielnicy Braszowa. Łapaliśmy 2 godziny, ale jak już się udało, to pojechaliśmy hurtowo w 5 osób. Z Darste przeszliśmy do Sacele, małej, ale bardzo długiej miejscowości. Wg mapy miała 11km. W samej miejscowości bieda aż krzyczała, a w po zapuszczeniu się w boczne uliczki można było przekonać się, że ludzie tu żyją z dziuplowania luksusowych samochodów. Kupiliśmy fantastyczną, surową kiełbasę, która po usmażeniu przy ognisku smakowała jak żadna inna. I tu zaczęły się problemy ze złapaniem stopa do Cheia, miejscowości w górach Ciucas. Rozbiliśmy się na 2-3 osobowe grupki: Magda i Michał; Aga i Piotr; Ania i Rożek; Kasia, Marcin i ja. Nasza trójka + Aga i Piotr była na końcu. Postanowiliśmy podjechać na gapę komunikacją miejską na koniec wioski. Jadąc minęliśmy Anię i Rożka, ale Magdy i Micha nie było. Pomyśleliśmy, że już złapali stopa do Cheia. Wychodząc z Sacele ukazał nam się widok cygańskiej wioski. Ludzie ciekawie się na nas patrzyli. Należałoby zaznaczyć, że stopa już łapaliśmy od przeszło 2 godzin licząc wcześniejsze próby w Sacele. Wnet ujrzeliśmy jadących Anię i Rożka. Szczęściarze! Nam było nie wesoło, bo cygańska wioska wyglądała na niezłe slumsy. Było nawet gorzej - robiło się ciemno! Wtem zatrzymał się samochód jadący od strony Cheia. Facet powiedział, że z tamtąd jedzie, ale nas zabierze, bo w miejscu, w którym stoimy jest bardzo niebezpiecznie i nikt się nie odważy zatrzymać. Co za człowiek! Specjalnie dla nas jechał z powrotem 40km w jedną stronę! Później nawet nie chciał zapłaty. W piątkę ruszyliśmy wypakowanym na max samochodem. Wioska wyglądała okropnie. Na ulicach stały grupki Cyganów około dziesięcioosobowe w kolorach brudnej czerwieni, zieleni i niebieskiego - przynajmniej takie przeważały. Przyuliczne domy wyglądały na ruiny, te dalsze na wysypisko śmieci. W pamięci mi utkwił sklep, który mieścił się w budynku w kształcie kostki koloru zagrzybiałego beżu. Okno jeżeli można nazwać wystawowym było złożone z kwadratów o dużej grubości szkła koloru seledynowego. Koło ulicy przechodził Cygan z siekierą na ramieniu. Wtem patrzymy, a tu w samym centrum wioski stoi Magda i Michał, i próbują złapać stopa. Włosy nam się na głowach zjeżyły. To było najgorsze miejsce, jakie tylko można było sobie wybrać.

Góry, przez które prowadziła droga, były bardzo dzikie, wyludnione. Następną miejscowością miała być oddalona 40km Cheia. Jak się okazało była najwyżej 1,5 tys. wioską, ale myślę, że i tak mocno zawyżyłem jej populację. Było już ciemno. Góry wyglądały mistycznie - świeciła połówka księżyca, dookoła którego były chmury. Szczyty zalesionych pagórków ginęły w chmurach. Wysiedliśmy przy monastyrze, gdzie spotkaliśmy się z Anią i z Rożkiem. Bardzo martwiliśmy się o Magdę i Michała, ale niedługo. Wkrótce podjechał biały bus, z którego oboje wysiedli.

Opowiedzieli nam, że przeszli całe Sacele aż do cygańskiej wioski. Tam zaczęli łapać stopa, choć miejsce wcale nie wyglądało na zbyt ciekawe. Wtedy też przejechał jakiś rowerzysta, który pokazał im, że dostaną w mordę. Podszedł też do nich człowiek i powiedział, że w razie czego załatwi im nocleg w domu naprzeciwko komisariatu policji. Pomógł im zrobić kartkę z napisem Cheia.

Jak się później przekonaliśmy, do Cheia można się dostać tylko na stopa, bo nie kursuje tam żaden autobus czy pociąg. Rozbiliśmy się przy drodze, którą i tak samochód przejeżdżał raz na kilka, kilkanaście minut.

Byliśmy w Ciucas.

Dzień 24.08. Wtorek.

Kontuzje spowodowały, że tego dnia przeszliśmy bardzo niewiele. Najpierw kręciliśmy się po Cheia, w poszukiwaniu jakiegoś magazin alimentari. Były cztery. Później szukałem sklepu, w którym mógłbym kupić siekierę. Ktoś mi wskazał na drewnianą szopę z wypłowiałymi napisami, przed którą było niezłe, rozryte błocko. Ale siekiery tam nie mieli. Zwiedziliśmy siedemnastowieczny monastyr Cheia, później złapaliśmy busa z drogowcami remontującymi drogę, który zawiózł nas do drugiego monastyru Suzany. Wracając złapaliśmy busa dostawczego. Cała grupa poza mną wsiadła do tyłu - ulokowali się na skrzynkach z piwem. Ja usiadłem obok kierowcy. Przez pół drogi puszczali rumuńskie disco, w końcu facet się zniecierpliwił i zaczął szperać w kieszonce. Zapytał mi się, czy lubię hip hop. Nie chciałem być niegrzeczny i przytaknąłem. Ten wygrzebał kasetę z napisem Mafia. Próbował odpalić, ale nie działała, więc w mgnieniu oka wywalił ją przez okno.

Po powrocie do Cheia poszliśmy w góry. Rozbiliśmy się na skraju lasu, na polance nieopodal pasterskiej chatki. Podeszli do nas pasterze, z którymi nie mogliśmy się dogadać, bo posługiwali się dziwnym dialektem. Jeden z nich miał tylko jednego, żółtego zęba. Później przyszedł młodszy pasterz, który zaczął nam coś mówić o ursu. Ursu to po rumuńsku niedźwiedź. Wywnioskowaliśmy, że ostrzegał nas przed niedźwiedziami i że w tych górach nie ma bezpiecznych miejsc, bo chadzają wszędzie.

Góry z tego miejsca wyglądały fantastycznie, a w dole majaczyły światełka z Cheia.

Dzień 25.08. Środa.

Zabrakło nam wody. Jak się przekonaliśmy, te góry to istna pustynia. Poprzedniego dnia jednak bezzębny pasterz wskazał palcem na las mówiąc ochrypłym głosem "apa", co znaczy woda. Poszliśmy tam razem z Michałem i znaleźliśmy korytko dla zwierząt do którego sączyła się po rynience wyżłobionej w pniu drzewa woda. Po posiłku wszyscy wyszliśmy w góry, w kierunku ciekawie zapowiadających się skałek. Rożek i ja zostaliśmy z tyłu, gdy nagle dopadły nas 4 psy pasterskie. Jeden z nich był olbrzymi, kudłaty, szary. Ten był najagresywniejszy. Ledwie człowiek odwrócił się do niego plecami, to rzucał się na kark. Rożek bronił się kijkami. Później dołączyły jeszcze dwa psy z chatki pasterza. Psy nie reagowały na nawoływania właścicieli, dopiero, gdy jeden z pasterzy rzucił w szarego kamieniem, to się trochę uspokoiły - na tyle by móc ostrożnie uciec.

Weszliśmy w piętro skał. Skały Ciucas są bardzo dziwne. Wyglądają jak wymurowane przez człowieka - składają się z małych kamieni równo ułożonych i zespojonych z sobą jakby zaprawą. Zespoły skał przypominają ruiny zamków. Często też spotyka się głazy w kształcie jaja albo piłki rugby wbitej w pionie w ziemię. Pomiędzy szczytami są trawiaste połoniny. Przeszliśmy szczyt Gropsoare (1883), z którego mogliśmy zobaczyć niemal cały Ciucas oraz stada pasących się owiec, koni i osłów. Z jednego z łagodniejszych szczytów ujrzeliśmy całe zbocze porośnięte jagodami, więc zaczęło się obżarstwo. Po 1,5 godzinie ruszyliśmy dalej. Szlak wprowadził nas w dość gęsty chwilami las, później weszliśmy na trawiaste wzgórze, z którego zobaczyliśmy Cabanę Ciucas. Wcześniej nas uprzedzono, że schronisko jest nieczynne, więc poszliśmy dalej, omijając je w pewnej odległości. Doszliśmy do okropnie brudnego jeziorka, pośrodku którego była brunatna plama. Postanowiliśmy się tam rozbić, ponieważ miejsce było nieźle osłonięte przed wiatrem, a i do lasu po drzewo na ognisko było niedaleko. Z Anią poszliśmy do pasterzy, których chatki widzieliśmy ze szlaku, po to by zapytać się o wodę pitną. Spotkaliśmy dwóch. Jeden był młodszy, wyglądał z miejska, miał na sobie jaskrawo-pomarańczowy T-shirt. Na pytanie "apa" wskazali nam szlak, który prowadził w dolinę, w las. Udaliśmy się tam, a wracając stamtąd ponownie zaczepiliśmy pomarańczowego, tym razem pytając o ser. Odpowiedział, że nie ma. Zapytał się, gdzie zamierzamy nocować. Nie umieliśmy mu wytłumaczyć, więc powiedział słowo "lac" (jezioro) i wskazał palcem w tamtą stronę. Przytaknęliśmy. Wtem pasterz mocno się zaniepokoił i zaczął coś dużo mówić o ursu. Z jego słów zrozumieliśmy, że to jezioro, to jedno z dwóch miejsc w promieniu kilku kilometrów, w którym jest woda, i że do tego jeziorka niemal co noc przychodzą niedźwiedzie, by się napić. Na dodatek kilka dni wcześniej znaleźli nad tym jeziorkiem dwóch rozszarpanych turystów. I zaczął pokazywać na sobie, w jaki sposób byli rozszarpani. Bardzo się tą wiadomością zaniepokoiliśmy i za radą pasterzy rozbiliśmy się przy opuszczonej cabanie Ciucas.

Cabana przedstawiała obraz nędzy i rozpaczy. Szyby w oknach powybijane, kupa śmieci i potłuczonych butelek po piwie Ciucas. Przed cabaną leżało mnóstwo krowich i owczych odchodów. W szopie koło cabany stał rozebrany agregat, a ogrodzenie z drutem kolczastym w połowie legło w trawie.

Widok na góry był niesamowity. Przed nami były niebieskie przy świetle zachodzącego słońca skały w kształcie wieży Babel, jakby z obrazka. I delikatnie zaczerwienione niebo. Rozbiliśmy się i rozpaliliśmy ognisko. Próbowaliśmy grać w mafię, ale jakoś nam się to nie kleiło. Z pobliskiej, pasterskiej zagrody było słychać rżenie jakby zaniepokojonych koni. Poszliśmy spać.

Dzień 26-27.08. Czwartek - piątek.

Obudziłem się około 4:00, przez co długo musiałem słuchać skrobania myszy dochodzącego z cabany. Tego dnia zdobyliśmy Ciucas (1954), najwyższy szczyt masywu. Następnie zeszliśmy granią w kierunku przełęczy Bratocea, do szosy. Następnie przeszliśmy w kierunku Cheia łapiąc stopa z 10km. Raz nawet udało nam się zatrzymać wiśniowego busa, ale jak powiedzieliśmy, że chcemy podjechać do Cheia, to facet odpowiedział, że zostały nam tylko 3km, i że tyle możemy przejść. I odjechał. Spaliśmy w Cheia, przy szosie.

Następnego dnia żegnaliśmy Ciucas. Złapaliśmy na stopa jakiegoś starego hipisa jadącego Dacią Pickup. Zapakowaliśmy się. Facet przez pół drogi puszczał Abbę, później zatrzymał się na środku drogi, bo stwierdził, że musi zmienić kasetę. Wysiadł z samochodu i zaczął grzebać w przyczepce. Tym razem puścił nam rocka z przełomu lat 60/70. Jechał przeważnie lewą stroną drogi, która była tak zniszczona jak żadna inna. Dziury były gigantyczne. Minęliśmy samochód, któremu w dziurze urwało się koło.

Dojechaliśmy do Braszowa. Wieczorem wsiedliśmy w pociąg do Suczawy.

Dzień 28-29.08. Sobota - niedziela.

Obudziliśmy się w miejscowości Veresti, tuż przed Suczawą. Następna stacja, na której zatrzymał się pociąg wyglądała na nieco dużą, ale opustoszałą, w kolorze żółtej cegły i drewna. Wg planu powinna to być Suczawa, ale żaden napis nam tego nie mówił. Pytałem się ludzi w pociągu, lecz nikt mi nie umiał tego powiedzieć. Otworzyłem okno. Przy mnie stał jakiś młody Rumun, który też oczekiwał jakiejś informacji. Zapytałem przechodzącego torami faceta. Na odpowiedź "Da" stojący koło mnie chłopak zerwał się, chwycił pod rękę swoje manatki i pobiegł do wyjścia. Pociąg ruszał... Wyskoczył z jadącego już dość szybko pociągu. To była Suczawa Główna.

Wysiedliśmy w Suczawie Nord, skąd mieliśmy 5km do centrum miasta. Po godzinie doszliśmy do dworca autobusowego. W informacji dowiedziałem się od faceta, który posługiwał się rosyjskim, że autobus do Czerniowiec jest o 13:00 i kosztuje 200 tys. lei.

No dobra... Zrobiliśmy zrzutę plecaków w kąt i reszta grupy poza Marcinem, Piotrkiem, Michem i mną poszła pohulać po mieście. Zrobiliśmy śniadanie. Wtedy zleciała się szarańcza, czyli cygańskie dzieciaki. Te cholery potrafią siedzieć i 3 godziny przy Tobie skubiąc Ciebie palcami, a następnie wyciągając dłoń i mówiąc "dajte". Na koniec jeszcze potrafią wyciągnąć Ci niespostrzeżenie portfel. Tym razem była dwójka, chłopiec i dziewczynka. Trzeba było je ostro skrzyczeć po polsku odpychając od siebie. Na chwilę poskutkowało. Wzięliśmy kawałek kartki i napisaliśmy "N-AM BANI", co znaczy "nie mam pieniędzy". Przed kartką, na ziemi położyliśmy Micha czapkę tzw. ryboka (a... taki rybacki fason), zzieleniałą już zresztą i potwornie przepoconą... Cholerny malec wrócił i próbował ją gwizdnąć, ale Michu dzielnie bronił części swego odzienia. W końcu dzieciaki pożegnały nas kopiąc plecak Rożka. Po godzinie przyszedł jakiś facet i powiedział, że nas zawiezie za tyle samo busem, o godzinie, o której nam będzie pasować. Jego wsziscy znaju, on pewny, a z autobusem to różnie, bo to ukrainskoje maszina. W sumie może i ma rację? Autobusu nie było w rozkładzie jazdy. Powiedzieliśmy, że jak tylko nasi wrócą, to ruszamy.

Przyszedł też facet z informacji i pokazał mi miejsce, w którym parkuje ukrainskoje maszina. Godzina odjazdu uległa zmianie - 11:00. To nawet lepiej...

Na dworcu spotkaliśmy dwie grupy ziomków. Trochę z nimi pogadaliśmy... Ponownie przyszedł facet z informacji i powiadomił nas, że ukrainskoje maszina przybyła. Było to coś w rodzaju naszego ogóra... je je je! Biały, zaopatrzony w trzy czerwone paski po obydwu bokach. Od pewnych ludzi dowiedzieliśmy się, że przewiezie nas za 100 tys. lei. Poszedłem sprawdzić realność tej informacji. Widzę: stoi sobie facet w skórze na schodkach od autobusu, łokciem oparty o futrynę drzwi... i pali sobie, tak po luzacku. Powiedział mi, że za stówę nas przewiezie, a na pytanie o cenę za bagaż machnął ręką. Odjeżdżał o 11:15... ale podobno normalnie, to jeździ między 14:00 a 15:00. Czyli... autobus widmo. Jak przyjedzie, tak odjedzie. Później okazało się, że godziny odjazdu zależą niemal wyłącznie od zmiany celników na granicy... :)))

Plecaki poszły na tylne siedzenia... a nie do bagażnika, do którego najprawdopodobniej poszedł tylko tzw. kamuflaż. Facet coś przemycał. Wszystkie zasłonki były zasłonięte i pod żadnym pozorem nie wolno ich było odsłaniać. Pewnie facet nie posiadał licencji na przewóz ludzi, czy coś w tym stylu.

Gdy wszyscy już zajęliśmy swoje miejsca, Ukrainiec zebrał od nas kasę. Jak się okazało, każdy podróżny płacił tyle, ile się wytargował. My płaciliśmy najmniej. 11:15. No to pora w drogę... Ale zaraz, zaraz... A gdzie Michu?! Spóźnił się, przez co omal nie osiwiałem. Tyle wstydu! Szczegółów tutaj nie zamieszczę...

Na granicy kierowca 3 razy odliczał banknoty i dawał zadowolonym celnikom w łapę. Przy ukraińskiej kontrolce dostaliśmy do wypełnienia druczki o danych osobowych i wizie. Oczywiście mieliśmy za mało długopisów, a czas wyraźnie naglił i celników, i kierowcę, więc obaj z Piotrem oddaliśmy puste kartki.

Szczęśliwie dotarliśmy do Czerniowiec. Ukraina sprawiła nam miłą niespodziankę: w sklepach bogatszy asortyment, lepiej prezentujące się budynki, czysto... W Czerniowcach nie znalazłem ani jednej gumy na chodniku! Jak już coś się napaskudziło, to zaraz podbiegał facet ze ściereczką i wycierał. Nie było też ludzi żebrzących na dworcach. Na ulicach czasem, ale nie byli tak nachalni jak w Rumunii.

Skosztowaliśmy też przejażdżki trolejbusem. Tam nie ma czegoś takiego jak jazda na gapę! Siedzi na wysoko przymocowanym fotelu taka zazwyczaj olbrzymia, przy kości baba z całkiem niezłą szopką, w czerwonym w białe kropki fartuchu (przynajmniej taka jedna mi utkwiła, bo fartuchy zdarzały się innej barwy) i nie odpuszcza nikomu z podróżnych. Kasuje na lewo i prawo. Nawet z jedną taką mamy zdjęcie. W Rumunii pamiętam, że należało jeździć na gapę, bo ani w kioskach nie było biletów, ani też kierowca ich nie miał. Tylko teoretycznie kupowało się u kierowcy, ale biletu się nie otrzymywało - czyli brał w kieszeń. Z tego powodu nikt nie mógł Ci nic zrobić, bo kontrolerzy też nie mieli biletów, ani ich pewnie na oczy nie widzieli.

Wracając do rumuńskich autobusów. Pamiętam taką scenę jak staliśmy z plecakami na przystanku w Braszowie. Podjechał autobus. Z jeszcze jadącego pojazdu wyskoczyła dwójka ludzi, my natomiast chcieliśmy wsiadać, ale tuż przed nami zamknęły się drzwi i autobus, który się nawet dobrze nie zatrzymał, przyspieszył (bo to by było najlepsze w tej sytuacji określenie)...

Poszwędaliśmy się po mieście i nadszedł czas ruszać dalej. Wsiedliśmy do pociągu do Lwowa. Pociągi ukraińskie przystosowane są do warunków rosyjskich, czyli... Mają cholernie wysokie zawieszenie, na tyle, że można przejść pod nimi prosto z pochyloną głową. Tory są szersze, przez co wagony są szersze. Jechaliśmy kuszetkami.

W środku, w wagonie nie było dokładnie odizolowanych od siebie przedziałów, bo przez nie przebiegał na mniej więcej 3 szerokości wagonu korytarz. W przedziale było 6 kuszetek, ale 4 po jednej stronie korytarza, a 2 po drugiej. W siedzeniu(dolnej kuszetce) była skrzynia na bagaż. Na każdy wagon przypadała pani, która tuż po odjeździe pociągu zbierała od podróżnych bilety. Na ich podstawie wiedziała, kto dokąd jedzie, więc budziła śpiących podróżnych, że już wkrótce mają wysiadać. Ogólnie dbała o czystość i porządek w wagonie i w toalecie. No dosłownie miodzio. Taak mi się dobrze spało jak we własnym łóżku. Pociąg, muszę przyznać, wcale tak mocno nie trząsł i nie kołysał.

Rano dotarliśmy do Lwowa. Co tu dużo mówić, wspaniałe miasto o niepowtarzalnym klimacie. Nigdzie nie jest tak, jak tylko we Lwowie. Powinniście się tam wybrać! Zwiedziliśmy wszystko, co było możliwe w ciągu jednego dnia. Np. Cmentarz Orląt Lwowskich i starą aptekę, w której zaopatrzyłem się w sporą ilość ziołowej wódki. Biorąc paragon nie trzeba się obawiać zatrzymania na granicy z powodu zbyt dużej ilości alkoholu, bo pamiętaj... wieziesz lekarstwo :))). Wódkę próbowaliśmy w pociągu z Przemyśla. Aż cud, że nikt nas nie okradł bo spaliśmy jak susły. Było tego za dużo, no ale... to było takie dobre!

I tu kończy się moja opowieść... Uff!!! Tyle jeszcze nigdy w życiu nie pisałem...

Relacjopisarz: Witek Lisiecki

<< powrót

© 2008 - 2012 Akademicki Klub Górski „Halny” Poznań