Relacje

Klubowa Wyprawa w góry Rumunii 2004
05-29.VIII.2004

Wyjechaliśmy 05.08 o 14:15 z Poznania w kierunku Krakowa w składzie: Ania Wielicka, Kasia Olma, Marcin i Piotr Skrobichowie, Michał Pilc, Dawid Chmiel, Rożek i ja. W Krakowie dołaczyła do nas uczestniczka z Warszawy - Magda Kwintal. Tam wsiedliśmy w pociąg Cracovia jadący do Bukaresztu, ale... to nie jest koniec przesiadek. Zapłacone mieliśmy do przejścia granicznego, za odcinek graniczny daliśmy w łapę konduktorowi (już od dłuższego czasu czatował koło naszych przedziałów żeby zgarnąć od nas łapówę). Na Słowacji dojechaliśmy do Koszyc i tam przesiedliśmy się w autobus do Miskolca. Najbardziej rozwalił mnie widok kierowcy, który nie miał kalkulatora i usiłował na jakimś skrawku kartki pisemnie w słupkach obliczyć należną mu kwotę. W sumie bilet miał długość z 1,5 metra. Gdzieś tam go upchnąłem. W Miszkolcu błądziliśmy w poszukiwaniu najpierw dworca kolejowego, a następnie kantoru. Prawda jest taka, że poza Budapesztem na Węgrzech no i może Segedem, itp. reszta to straszne zadupie, gdzie nie dogadasz się dosłownie z nikim w żadnym języku obcym, poza oczywiście węgierskim. Poszliśmy trochę na logikę - udaliśmy się w kierunku majaczącego z oddali wiaduktu. Tam musiały być jakieś tory! I były. Ale zanim znaleźliśmy dworzec minęło kolejnych 45 min. W kasie dostałem bilet bardzo ładny, kolorowy ale długi... na jakiś metr. Podczas kontroli konduktor chwycił się za głowę gdy usiłował go sprawdzić. Wił mu się w łapie i uciekał :) Trzema pociągami dojechaliśmy do przygranicznego miasteczka Biharkerestesz, tam taksą podjechaliśmy do przejścia granicznego w Bors. I... Byliśmy już w Rumunii. Jeszcze kilka kilometrów podróży i przywitała nas Oradea. Na dworcu w Oradei roiło się od natrętnych Cyganów. Proszę nie mylić Rumunów i Cyganów. To są zupełnie dwie różne nacje. Rumuni są bardzo przyjaźni i uczynni, a z Cyganami jest bardzo różnie, szczególnie w tym kraju. Na dworcu dołączyła do nas Agnieszka Koper i ekipa była w pełnym składzie. O 2:56 rano wyjechaliśmy pociągiem osobowym do Kluża. Tam mieliśmy 21 min na przesiadkę, co okazało się zbyt mało, bo punktualność rumuńskich pociągów pozostawia wiele do życzenia. Nasz "trenul" (po rumuńsku pociąg) spóźnił się 15 min. Zanim zdążyliśmy się połapać, o co chodzi na dworcu, wybiła godzina odjazdu kolejnego pociągu. Pobiegłem do jakiegoś człowieka z pytaniem gdzie znajduje się peron 3a, a gdy ten mi pokazał na pociąg, koło którego stał gwiżdżący na odjazd konduktor, pognaliśmy co sił... I cudem... cudem! zdążyliśmy! Następna przesiadka czekała nas w Vintu de Jos gdzie umyliśmy się, ogoliliśmy i zrobiliśmy pranie przy kranie wystającym z murku na dworcu. Odświeżeni pojechaliśmy do Sibiu a stamtąd do Racovity. Od miejscowych dowiedzieliśmy się, że sierpień to najgorsza pora roku na góry Fagaras, czyli te, w które zmierzaliśmy. Z Racovity przeszliśmy z 8 do 10 km do Sebestu de Sus. Szliśmy żwawo. Za miejscowością zaczęło się ostre podejście, więc od razu wywaliliśmy języki na wierzch. Stwierdziliśmy, że wyżej nie ma sensu się rozbijać, więc postawiliśmy nasze namioty zaraz za wsią.

Dzień 08.08. Niedziela.

Wyszliśmy około 10:00. Przeszliśmy odcinek trasy nieco miejscami zarośniętej, fragmentami w paprociach i pokrzywach po pas. Podejście nie było zbyt strome, ale czasochłonne. Pogoda z rana słoneczna, robiła się coraz bardziej pochmurna i gdy doszliśmy do ruin spalonego schroniska Suru na wysokości 1450 m n. p. m. nastała ulewa. Schroniliśmy się pod daszkiem budy zbitej z cegieł i blachy, i tam zrobiliśmy sobie ciepły posiłek. Po ustaniu deszczu ruszyliśmy dalej, na zbocze góry Cecoriciu (2034) gdzie się rozbiliśmy. Widoki były niesamowite, jak z Władcy Pierścieni J. Zielone łąki, wodospady, mgiełka i potężny, kopulasty szczyt Suru (2283).

Dzień 09.08. Poniedziałek.

Wyruszyliśmy mniej więcej tej samej godzinie, co dnia poprzedniego. Wcześniej jednakże widzieliśmy wschód słońca oraz zamglone doliny. Dzień zapowiadał się świetnie i później okazało się że to był jeden z dwóch w Fogaraszach, w których widzieliśmy słońce. Po przejściu około 20 min. znaleźliśmy strumień, w którym wykąpała się część męska wyprawy. Nie obyło się bez sesji zdjęćJ. Część żeńska pognała do przodu i później przez większą część dnia próbowaliśmy je dogonić. Minęliśmy szczyty Suru, Capul Surului (2274) i masywny Budislavu (2371). Doszliśmy do przełęczy Avrigului, skąd rozpościerał się wspaniały widok na całkiem spore jezioro Avrig w otoczeniu szczytów o wysokości ponad 2400 m. Tam też spotkaliśmy grupkę Polaków z Wrocławia, którzy tego dnia jeszcze chcieli szturmować Negoiu (2535). Zważywszy na to, że była już 14:00, a przed nimi była grań Serboty, która opisywana w przewodniku była jako bardzo trudna do przejścia, patrzyliśmy na nich jak na głupców. Wg naszych obliczeń do Negoiu było co najmniej 10 godzin drogi. Jezioro Avrig okazało się fatalnie zanieczyszczone, a wokół niego dosłownie góry zardzewiałych puszek po konserwach. Kupa śmieci. Tam też spotkaliśmy się z wykąpanymi już dziewczynami w tymże jeziorze. Razem ruszyliśmy ostro pod górę, wszedłszy z 200 m na przełęcz Piscul Girbova ujrzeliśmy potężną Scarę (2306). Szczyt ten narobił nam odrobinę niespodzianek. Ilekroć wdawało nam się, że już go zdobyliśmy, tylekroć po wejściu na wcześniej domniemany szczyt ukazywało nam się kolejne 50 m stromego podejścia. Końcu go zdobyliśmy. Ze Scary widać było Serbotę i Negoiu. Naprawdę wspaniały widok. W dole, na przełęczy Scary majaczyło różowe refugiu - cel naszej całodniowej wędrówki. Tam też się rozbiliśmy. Noc należała do jednej z zimniejszych. Temperatura spadła w okolice zera. Wieczorem spadł dość obfity deszcz - wtedy pomyśleliśmy, że nie zazdrościmy naszym kolegom z Wrocławia.

Dzień 10.08. Wtorek.

Ten dzień także zapowiadał się bardzo ładnie, ale nie wiedzieliśmy, że narobi nam tyle problemów, co żaden z całego chyba wyjazdu. Łagodnym wejściem doszliśmy do Serboty. Do tej pory góry miały charakter typowy dla Tatr Zachodnich, łagodne pagórki, strome wejścia + duże wysokości względne. No i oczywiście dużo zieleni. Bogate w żelazo zardzewiały skały wyglądały jak kawałki blachy wygrzebane ze złomowiska. W takich warunkach bardzo obawialiśmy się burzy, bo było niezwykle duże prawdopodobieństwo uderzenia pioruna gdzieś w pobliże. Nawet w przewodniku napisane było, że w razie widocznej zmiany pogody należy spie... z grani co sił w nogach, bo burze w Fogaraszach należą do dużo groźniejszych niż w Tatrach. Jak wcześniej wspomniałem, zdobyliśmy Serbotę i to, co ujrzeliśmy, nieco zmieniło wyraz na naszych twarzach. Myśleliśmy, że przewodnik jak zwykle przesadza. Ale nie - zejście prowadziło po bardzo ostrej grani szerokiej miejscami na 0,5 m ograniczonej półkilometrowymi przepaściami po bokach. Było tam mnóstwo skalnych półek i przejść bezłańcuchowych. Można to przyrównać do naszej Orlej Perci, tyle że bez żadnych drabinek, łańcuchów i klamer. Schodzić nam było niewesoło, ponieważ mieliśmy przytłaczająco ciężkie plecaki z namiotami i jedzeniem na 2 tygodnie. Czasem trzeba było podawać plecaki, albo spuszczać je na lince. Wtedy też współczuliśmy naszym kolegom z Wrocławia, którzy szli tę trasę w deszczu. Dużo było odcinków pionowej ścianki pomiędzy skalnymi półkami. Szlak był bardzo zniszczony, ale nie bardzo wyślizgany. Przy trasie w całych Fogaraszach było sporo krzyży o informacji, że ktoś w danym miejscu zginął, co powodowało jeszcze większy dreszczyk emocji. Ostra grań prowadziła aż do samego Negoiu ale wg mapy przed szczytem była przełęcz, z której odchodził szlak obchodzący Negoiu do następnego refugiu. Refugiu to taki bunkier, coś w rodzaju naszych bacówek. Zamierzaliśmy obejść Negoiu, ponieważ za szczytem była słynna, podobno trudna technicznie Strunga Dracului (żleb Drakuli). Przejście grani Serboty trwało już ok. 6 godzin, co zaczynało nas bardzo niepokoić. Szliśmy w bardzo gęstych chmurach przy widoczności na maź 50 m. Grupa rozbiła się na dwie: szybciej idącą - Aga, Magda, bracia Skrobichy i ja oraz nieco wolniejszą- Ania, Kasia, Rożek i Michu. Jeszcze trochę bardziej z tyłu był Dave. Szlak nieustannie prowadził w góre i w górę.Wtedy też stwierdziliśmy, że zejście z przełęczy musieliśmy już przeoczyć, ponieważ zbyt dużo weszliśmy. To musiał już być Negoiu!!! Grupa, która szybciej szła, doszła do miejsca, w którym zza mgły majaczyły niezwykle ostre i poszarpane skały. Wtem zerwał się bardzo silny wiatr, na tyle silny, że trudno było ustać na nogach, więc postanowiliśmy się nieco wycofać i poczekać na resztę grupy po to, by ustalić, co dalej robić. Zaczęło kropić i długo nie trzeba było czekać, by uderzył piorun w skały, mniej więcej te, koło których wcześniej staliśmy. Co robić? Przed nami skały, w które trzaskają pioruny, za nami bardzo trudny do przejścia próg skalny, który niedawno pokonaliśmy myśląc, że nie chcielibyśmy nim schodzić. po bokach pionowe urwiska skalne sięgające 0,5 km. Włos się na głowie jeżył, bo nie było gdzie uciekać. Rzuciliśmy plecaki pod skały, sami odeszliśmy od nich i kucaliśmy. Druga, wolniejsza grupa coś długo się nie pojawiała. Po ok. godzinie burza ustała. Wiedzieliśmy jedno- tuż przed nami był Negoiu, ponieważ burzowe chmury krążyły wokół jakiegoś obiektu przed nami tworząc kocioł, co jest zjawiskiem charakterystycznym dla bliskiego sąsiedztwa najwyższego w okolicy szczytu, którym mógł być tylko Negoiu. Wszystko nam przemokło, dygotaliśmy z zimna, a zęby nam dzwoniły. Było niesamowicie zimno. Podeszliśmy do skalnej półki i zaczęliśmy nawoływać resztę grupy. Odezwali się. Okazało się, że znaleźli jakąś grotę, w której się schronili. Nie chcieli się za nic w świecie ruszyć. Czekaliśmy na nich z 20 min, do czasu aż znów zagrzmiało. Przyszła druga burza, dużo gorsza od poprzedniej. Najpierw zasypał nas grad wielkości grochu później zaczęły walić pioruny nawet w odległości 50 m od nas. Trwało to z dobrą godzinę. Gdy się wszystko uspokoiło stwierdziliśmy, że zamarzamy. Nie panowaliśmy nad ruchami ciała, takich dostaliśmy drgawek, ręce zrobiły się fioletowe. Byliśmy na tyle zdesperowani do pójścia dalej, nawet przez Negoiu, że po nawiązaniu kontaktu z drugą grupą ruszyliśmy w drogę. Był mróz. Jak spadł grad, tak leżał w postaci lodu. Po 2-3 min. drogi znaleźliśmy przełęcz, o której myśleliśmy, że przeoczyliśmy. Gdybyśmy wcześniej o tym wiedzieli!my. Byliśmy na wysokości 2300m. Postanowiłem, że zejdziemy w dół, jak najniżej, byleby tylko było sucho i w miarę ciepło. Zejście okazało się bardzo trudne-wśród olbrzymich głazów i 20-metrowych iglic wśród gęstej, wręcz fioletowej mgły. Cały czas lało, krajobraz był upiorny. Szliśmy po głazach koło gigantycznych wodospadów wysokich na 100m. Skały były bardzo śliskie, cali się pozdzieraliśmy, a Piotr stracił kawałek palca. Zeszliśmy z 700 m w dół, gdy drogę zagrodziła nam szeroka rzeka. Tyle spadło deszczu, że zwykły strumień zamienił się w rzekę. Trzeba to było jakoś przejść. Na szlaku zostawialiśmy znaki dla reszty grupy, by wiedzieli jak mają iść. Zbawieniem był dla nas napotkany drogowskaz "Cabana Negoiu 1-3/4 ore". Od tego czasu szliśmy nieco żwawiej. Szlak prowadził w niezłej gęstwinie, przez mostki kratowe ze stali wiszące nad przepaściami, co odrobinę przypominało nam Słowacki Raj. Gdy już się robiło ciemno, dotarliśmy do wspomnianej Cabany, Gdzie spotkaliśmy wszystkich spotkanych tamtejszego dnia turystów. Wszyscy bez wyjątku się wycofali. Mówili, że pod Negoiu było istne piekło, nie do wytrzymania. W schronisku stwierdziliśmy, że najbardziej suche rzeczy mamy na sobie. W plecaku miałem ze 2 litry wody. Posililiśmy się, wzięliśmy ciepły prysznic, zaczęliśmy wielkie suszenie. Wtedy przypomnieliśmy sobie o Davie. Przecież on mógł nie zauważyć drugiej grupy w grocie. Tej nocy zapewne był sam. A co z resztą? Postanowiliśmy wyruszyć następnego dnia wcześnie rano i rozpocząć poszukiwania. Spaliśmy bardzo twardo.

Dzień 11.08. środa. Wstaliśmy dość wcześnie. Sprawdziliśmy czy doszły odpowiedzi od drugiej grupy na nasze SMSy wysłane jeszcze poprzedniego wieczoru. Moja komórka ześwirowała, bo trochę zamokła. Jednak zdołałem odebrać wiadomość: "Nocujemy w grocie. Kasia". Wysłano ok. 21:00 dnia poprzedniego. Dosłownie nam szczęki opadły. Myśleliśmy, że oni tam zamarzli. Jeszcze bardziej nas rozwalił widok idącego Dave'a w kierunku schroniska. Przyszedł do nas, ale był chory. Noc spędził w namiocie, który rozbił na jednym z kratowych mostów nad przepaścią - to było jedyne równe miejsce. Miał całą mokrą odzież. Był w takim stanie, że chwilami wydawało mu się, że w namiocie nie jest sam. Pomogliśmy mu się rozpakować i przebrać w suche rzeczy, sami poszliśmy szukać reszty grupy. Wychodząc ze schroniska spojrzeliśmy na schronisko. Na balkonach wszyscy porozwieszali mokre śpiwory i namioty oraz przemoczoną odzież. śmiesznie to wyglądało. Byliśmy bez plecaków, bo wszystko suszyliśmy. Doszliśmy do przełęczy, z której poprzedniego dnia uciekaliśmy przed burzą i po 15 min byliśmy na Negoiu. Za szczytem była Strunga Dracului, która okazała się nie tak trudna, stopniem trudności przypominająca Zawrat. Następnie zeszliśmy w dolinę, w której leżały spore połacie śniegu. Po godzinie doszliśmy do refugiul Caltun, gdzie spotkaliśmy się z resztą naszej grupy. Oni przenocowali w grocie pod Negoiu na wysokości 2200m, przez co staliśmy się sławni w Fogaraszach. Następnie przeszli przez Negoiu- jak im ktoś polecił, bo w planie chcieliśmy ominąć szczyt Strungą Ciabanului, która wg miejscowych byłą trudniejszą od Dracului. Nieco się zdziwili, gdy przychodząc do refugiul nas nie zastali. Wypytywali się turystów, czy nie widzieli żadnej grupy schodzącej poprzedniego dnia z Negoiu. Któryś z nich odpowiedział: "Panie, świeć nad ich duszami". Jednak w krótkim czasie odebrali od nas SMSa, że siedzimy w Cabanie. Wspólnymi siłami ustaliliśmy, że grupa z refugiul dojdzie do Cabany przy Balea Lac, przy trasie Transfogaraskiej. My mieliśmy tam do nich dołączyć, z tym, że my mieliśmy 10 godz. trasy, a oni 3. Wróciliśmy do Cabany przez Strungę Ciabanului, która rzeczywiście okazała się bardzo trudną, bez żadnych zabezpieczeń. W drodze powrotnej skusiliśmy się na jagody. Wieczorem Dave stwierdził, że zostanie w schronisku kilka dni dłużej i później do nas dołączy po uprzednim skontaktowaniu się na komórkę. Jednak nie skontaktował się z nami, ponieważ nie mieliśmy później zasięgu. Cóż - to okazał się koniec jego wędrówki. W ten sposób pożegnaliśmy jednego z uczestników. A szkoda. Wieczorem spadł obfity deszcz.

Dzień 12.08. Czwartek.

Kolejny, drugi ładny dzień w Fagarasz. Ruszyliśmy z plecakami plecakami kierunku Strungi Ciabanului, którą poprzedniego dnia nazwaliśmy przełęczą świstaka, a to z okazji napotkania ładnego okazu na szlaku. Tuż przed przełęczą zrobiliśmy postój. Bez plecaka wypróbowałem, którą stroną najlepiej by się wchodziło. Wszedłem 20 m wyżej wykorzystując każdą szczelinę w ścianie i... zacząłem zjeżdżać po gładkiej ściance po której sączył się strumyczek wody. Myślałem że już nie żyję, bo za plecami miałem 150 m w dół. Cudem zahaczyłem butem o jakiś głaz i się zatrzymałem. Zdarłem cały łokieć, kurtka mi się przykleiła do ręki. Ale co tam. Piszę o tej strundze, ale nie wspomniałem jak wygląda. Otóż jest to podwójny żleb szeroki na 50-100 cm każdy w otoczeniu pionowych ścian wysokich na 5 m i więcej, co odrobinę przypomina Rohatkę ze Słowackich Tatr Wysokich. Po środku biegnie przegroda skalna wysokości 2-3 m. W żlebie są progi skalne wysokie na 1,5-2,5 m, całe poharatane, pocięte jakby siekierą. Problem w tym, że nie są pionowe, tylko pochylone pod kątem 60 stopni w stronę przeciwną dla wchodzącego, czyli nie ma gdzie postawić nogi! Spróbowałem lewą stroną żlebu i stwierdziłem, że się nie zmieszczę. Odpiąłem namiot i postanowiłem go wrzucać na każdą kolejną półkę. W pewnym momencie wspinaczki fatalnie się zaklinowałem wisząc na 3 palcach ręki z plecakiem na plecach. Zdarło się kolano i krew pociekła do buta. Znów myślałem, że po mnie. Aga spróbowała prawą stroną żlebu. Weszła wyżej niż ja, ale też się zaklinowała. Właściwie można rzec, że wisiała na jednej nodze. Najlepiej wyszła reszta, która poszła środkiem. Ja się jakoś odblokowałem i wszedłem do końca. Po drugiej stronie przełęczy był próg skalny wysokości 4-5 m. Trzeba było zdjąć plecaki i podawać osobom, które zeszły już niżej. I po godzinie było po wszystkim. Szlak prowadził zboczem gór. Po drodze było więcej pionowych stopni, na których jeszcze bardziej się pozdzieraliśmy. To był zdecydowanie najtrudniejszy szlak w Fogaraszach, którym rzadko kto chodzi. Ociekaliśmy krwią. Doszliśmy do ref. Caltun, gdzie zrobiliśmy sobie ciepły posiłek. Byliśmy na tyle znużeni, że zasypialiśmy na kuckach. Ale czas było w drogę. Po kolejnej godzinie ruszyliśmy na grań. Weszliśmy na Laitel (2390), gdzie zatrzymaliśmy się na pół godziny. Stamtąd mieliśmy wspaniały widok na Negoiu. Przeszliśmy ciekawą granią do szczytu Laita (2294), poniżej którego było fantastyczne miejsce do rozbicia namiotów. Następnie dotarliśmy do Paltinu (2399) skąd widzieliśmy już Balea Lac i hotel na jeziorze. No i oczywiście trasę Transfogaraską z tunelem prowadzącym przez góry. W schronisku spotkaliśmy się z resztą grupy. Rozbijaliśmy się po ciemku, przez co rano musieliśmy zwijać się bardzo szybko.

Dzień 13.08. Piątek. Tak, tak : trzynastego w piątek wszystko się może zdarzyć. Zaspani poszliśmy z Michem na bazar po zakupy. Było dość drogo. Ale wszystko dawali na spróbę zanim się cokolwiek kupiło. To już taki wschodni zwyczaj. Dla nas, wygłodniałych ceny nie były takie straszne. Wróciłem do naszego obozowiska, podczas gdy reszta poszła po zakupy. Zgasił mnie widok znaku z przekreślonym namiotem i napisem "teren prywatny", za którym z 50m było nasze obozowisko. W dużym pośpiechu zwijaliśmy nasze namioty, by nikt się do nas nie przyczepił. Nie zamierzaliśmy płacić za noc tyle co w hotelu Balea Lac, czyli kilkadziesiąt (chyba 40) Euro za noc. W południe poszliśmy na piwo do restauracji w hotelu. Cholernie zalatywało tam kiczem, denna muza, flagi niemieckie, ohyda. No i oczywiście tłumy niemieckich turystów uradowanych klimatem. Należałoby wspomnieć, że hotel dawniej był willą dyktatora Caucescu. W góry wyszliśmy późno o 14:30! Doszliśmy do przełęczy powyżej Balea gdzie przyłączyły się do nas 3 bezdomne psy, które stale się gryzły nawzajem. Było pełne zachmurzenie, a chwilami zaczynało mżyć. Minęliśmy szczyt Fintina, na którego zboczu spotkaliśmy pasterza. Poprosił o cigarette. Tylko idący na końcu Rożek miał przy sobie papierosy. Poczęstował pasterza. Pasterz chwilę szedł za Rożkiem i wnet zniknął gdzieś we mgle. Rożek zauważył, że ma odpiętą kieszeń plecaka, w której trzymał portfel z dokumentami. Doszliśmy do Smoczego Oka w skale, przy którym było rozwidlenie szlaku w kierunku refugiul. Zadecydowaliśmy tam zejść, ponieważ pogoda robiła się coraz gorsza. Padało coraz mocniej. No i oczywiście skradziony portfel. Na szczęście wśród skradzionych rzeczy nie było paszportu. Schodząc słyszeliśmy z oddali radosne gwizdy pasterzy. Refugiul położone było na skałach, wśród których trudno było znaleźć dobre miejsce na rozbicie namiotu. Rozbiliśmy tylko jeden namiot, na miejscu byłej latryny zresztą, reszta przespała się w ciasnym refugiul. Po mżawce rozpadało się na dobre.

Dzień 14.08. Sobota. Czasem też i sobota czternastego bywa pechowa. Przeszliśmy godzinę granią w kierunku szczytu Arpasu (2460). Grupa nieco się rozbiła na dość trudnych technicznie przejściach. Znów było pełne zachmurzenie i znów miejscami mżyło. miejscami pewnym momencie usłyszałem krzyk Micha "Uwaga!". Okazało się, że Magda spadła z 50m w przepaść. Cud, że się zatrzymała na jakimś kamieniu i tylko się trochę pozdzierała i potłukła. Z Michem skoczyliśmy na ratunek. Było na tyle ślisko, że sami pozjeżdżaliśmy. Michu znalazł Magdy aparat fotograficzny, a ja ją opatrzyłem. Była w lekkim szoku. Jej karimata przepadła bez śladu. Po godzinie ruszyliśmy dalej. Na przełęczy Podragu zauważyliśmy, że nadciąga burza, więc awaryjnie musieliśmy zejść do Cabany Podragu. Rozbiliśmy się i weszliśmy do stołówki by się ogrzać, bo na zewnątrz schroniska było niemiłosiernie zimno i lało. Tam graliśmy w mafię. W pewnym momencie przyszli Rumuni, w pobliżu których namiotu rozbiliśmy swoje namioty. Powiedzieli nam, że przyszła taka wichura, że połamała nasze namioty. Poszliśmy sprawdzić. Tak. Maszty dwóch z naszych trzech namiotów były połamane, przy czym w namiocie Micha przedarty był tropik. Z pomocą Rumunów skleiliśmy maszty oraz załataliśmy dziurę w tropiku. Przy napinaniu tropiku urwała się boczna gumka. Trzeba było przekłuć tropik śledziem i przewlec na nowo gumkę. Nie wspomniałem, że wcześniej na Suru przy zapinaniu namiotu został mi szczątek suwaka w ręce. Michu wypiął ze swojego polaru suwak i wczepił w zamekJ. Ten namiot na Podragu przedstawiał teraz istny obraz nędzy i rozpaczy. Duża łata na tropiku i garb. Od tej pory musiałem chodzić na szlaku ze sklejonym masztem w ręce, bo nie szło go nigdzie skutecznie przymocować. Przez pół nocy trzymaliśmy namiot od wewnątrz, by wiatr go nie połamał.

Dzień 15.08. Niedziela.

Już mamy dosyć Fogaraszy i tej fatalnej pogody! Zaplanowałem bardzo długą trasę, bo w poprzednich dniach za mało chodziliśmy. W pobliżu schroniska było sporo bezdomnych, wygłodniałych psów, z których jeden ugryzł Micha. Baliśmy się ich, bo rzucały się na ludzi. Wyszliśmy w rzęsistym deszczu w kierunku Moldoveanu (2544), najwyższego szczytu Rumunii. Góry straciły już charakter skalisty i znów przypominały Tatry Zachodnie. Podeszliśmy na szczyt Vistea Mare (2527), na którym zostawiliśmy plecaki i zdobyliśmy Moldoveanu. Przestało padać, co więcej trochę się przejaśniło. Zeszliśmy do refugiul Vistea, następnie doszliśmy do przełęczy Urlea (2344) gdzie zaczęły nadchodzić fioletowe chmury. W oddali usłyszeliśmy grzmot, więc popędziliśmy co sił w nogach. Przed nami był jeszcze przepiękny szczyt Fundul Bindei (2450). Wtedy rozpętała się ulewa. Ze szczytu schodziliśmy połoniną w obawie, że znów w nas uderzy piorun. Drogowskazy kilkakrotnie wskazywały czas przejścia do refugiul Zirnei (czyli naszego celu) 1,5 godziny, później kolejny ustawiony blisko poprzedniego wskazywał 0,5 h, z tym że skierowany był w przepaść - śmialiśmy się, że "na Małysza". Znalezienie ścieżki nie nastręczało większych trudności. Po godzinie a nie 0,5 znaleźliśmy się w refugiul w kształcie piłki futbolowej wkopanej do połowy w ziemię. Obiekt nie posiadał drzwi. Miejsce było fantastyczne na rozbicie namiotu. Dobrze osłonięte przed wiatrem i równe. Widoki też były wspaniałe. Noc jednakże była najzimniejszą z wszystkich na wyjeździe. Spałem na klęcząco dotykając palcami nóg, kolanami i łokciami ziemi skulony w końcu śpiwora.

Dzień 16.08. Poniedziałek. Już czas pożegnać Fagarasz! Czekała nas równie długa trasa jak dnia poprzedniego, którego przeszliśmy 1/3 długości Fogaraszy. Cóż tu dużo mówić, bez przygód dotarliśmy do ostatniego wyższego szczytu Fogaraszy Komisu (1883), gdzie zrobiliśmy dłuższy odpoczynek. I tu zaczyna się kłopot ze znalezieniem szlaku, bo wchodzimy w piętro regli. Najpierw w trawie po szyję i kosówce, później w gęste świerkowe lasy. W pewnym momencie zgubiliśmy szlak, bo trafiliśmy na drobny wyrąb lasu - skoszono kilka drzew z oznaczeniem szlakuJ. Ale poradziliśmy sobie. Szlak był fatalnie zarośnięty, chwilami znikał i szliśmy tylko na intuicję. W końcu dotarliśmy do szutrówy, przy której drogowskaz pokazywał, że do schroniska Plaiul Foii jest 10km. Szliśmy ok. 40 minut i zobaczyliśmy znak "Plaiul Foii 10km" Nieco nas to zgasiło. Po przejściu kolejnych 15 minut ujrzeliśmy znów identyczny znak. Od tamtej pory bardzo szybkim krokiem szliśmy ok. 2 godz. do samego schroniska. W sumie mogliśmy przejść przeszło 15km. Byliśmy już w Piatrze Craiului. Rozbiliśmy namioty w pobliżu strumienia, przy szutrówie. Miejsce było wyśmienite.

Dzień 17.08. Wtorek.

Ostatnie 2 dni dały nam strasznie w kość. Pojawiły się pierwsze kontuzje i ból stawów. Rozwiązanie było jedno: zrobić dzień przerwy. Wszyscy potraktowali to jak błogosławieństwo. Rano obudził nas potworny smród i jakieś dziwne odgłosy. Otwieramy namiot, a tam 3 prosiaczki biegają dookoła namiotów. Później pojawiły się jeszcze 2 większe osobniki. świnie jakoś odgoniliśmy, ale wnet zalało nas stado owiec i kóz. Przed południem poszliśmy do sklepu Ciucas (od nazwy piwa, które uważam za najlepsze w Rumunii) zrobić zakupy. Odkryliśmy bardzo dobre markizy Nigra- do końca pobytu wszystkie wykupiliśmy. Po powrocie zauważyliśmy, że tym razem do naszych namiotów zaczęły dobierać się krowy. Właściwie przez cały dzień nic się nie działo, było jedno wielkie obżarstwo, które po okresie kiepskiego odżywiania zaowocowało u niektórych biegunką. Wieczorem dziewczyny za śmiesznie niską cenę załatwiły od mleczarza 2 rodzaje sera. Zrobiliśmy pierwsze ognisko.

Dzień 18.08. środa. Po dniu odpoczynku w szeregi naszej grupy wkradła się lekka demoralizacja. Od rana strasznie się grzebaliśmy. Plecaki daliśmy pod opiekę pani z baru Ciucas, a namioty pod opiekę nieopodal rozbitych Rumunów. Wyszliśmy w Piatrę. Pierwsze strome podejście nas wykończyło - zaobserwowaliśmy spadek formy. Po dojściu do skały napotkaliśmy kolonię dzieciaków szturmujących szczyt La Om. Wejście było fatalne - żlebem przy sypiących się kamieniach i w tłumie. Trzeba było bardzo uważać na strącane przez dzieciaki kamienie, bo kilka razy o mały włos byśmy oberwali w głowę. W takim klimacie szliśmy ponad 2 godziny. Następnie przemierzyliśmy grań Piatry w kierunku północnym. Z początku fajne, nietrudne, stało się potwornie nudne. Jedyne co było warte naszej wspinaczki to widoki, które do końca dnia się nie zmieniły. Przy zejściu napotkaliśmy grupę ludzi ze Szczecina, których później przy schodzeniu przeklinaliśmy za spuszczanie na głowę lawin. Ich to nic nie obchodziło, bo mieli kijki dzięki którym mogli zjeżdżać po kamyczkach jak na nartach po śniegu. Po powrocie do Plaiul Foii zauważyliśmy, że nie ma już naszych sąsiadów, którzy pilnowali naszych namiotów. Jednak chwilę później ktoś zawołał nas z drugiej strony strumienia, że nasi poprzedni sąsiedzi kazali mu mieć oko na nasze obozowisko. Razem z nim była rodzina. Zaprosili nas na pyszną zupę, bo powiedzieli, że po całym dniu wędrówki musimy dobrze zjeść.

Dzień 19.08. Czwartek.

Piatra tylko potęguje nasze lenistwo. Nie wspomniałem, że od czasu zejścia z Fagarasz gnębiły nas ponad 30 stopniowe upały, a wiadomo, że w takich warunkach chodzi się bardzo trudno. Postanowiliśmy szutrówą przejść do Żarnesti, miejscowości oddalonej od Plaiul Foii 12km. Podzieliliśmy się na 2-3 osobowe grupy, by móc łatwiej złapać stopa, ale nikt nie chciał się zatrzymać. Nasza grupka składała się z 3 osób: Ania, Marcin i ja. Gdy byliśmy z 1km przed Żarnesti, złapaliśmy na stopa białą Dacię (w Rumunii z 80% samochodów to Dacie), z której wysiadł policjant. Okazało się, że jest na wakacjach. Podwiózł nas na dworzec kolejowy, gdzie sprawdziliśmy odjazdy pociągów do Braszowa - celu jutrzejszej wyprawy. Następnie dołączyliśmy przy głównym skrzyżowaniu do reszty grupy. Co charakterystycznego można zauważyć w rumuńskich miasteczkach? Większość domów ma 100 - 150 lat (przynajmniej w Żarnesti), są mocno zniszczone, ale nadal ładne. Nisko przy murze - tuż przy chodniku- biegną średniej grubości, żółte rury, które można spotkać w niemal każdym małym miasteczku. Co jeszcze można zauważyć? Aha! Rumunki są całkiem urodziwe. W Żarnesti próbowałem znaleźć sklep, w którym mógłbym kupić siekierę (przydałaby się przy rąbaniu drzewa na ognisko). Zapytałem faceta przed bankiem, gdzie można nabyć siekierę. Ten zaprowadził mnie do swojego samochodu i dał mi piłę. Podczas pobytu w miastach robiliśmy zrzutę plecaków plecaków jedno miejsce i zostawialiśmy dwuosobową wartę. Gdy wróciłem z piłą, przy plecakach czekały dziewczyny i jadły pączki. Jak mi powiedziały, przed chwilą wyszła do nich kobieta z pobliskiej piekarni i zapytała się, czy nie potrzebują noclegów, czy jakiejkolwiek pomocy. Na odpowiedź "nie" na chwilę wróciła, po czym po chwili wyszła z pączkami. Rumuni naprawdę są bardzo mili! Tego wieczoru rozbiliśmy się w wąwozie koło Żarnesti.

<< powrót

© 2008 - 2012 Akademicki Klub Górski „Halny” Poznań