Relacje

Klubowa Wyprawa Alpejska 2004
Dolina Lys wraz z otaczającymi górami, lodowcami, potokami, szczelinami...
02-16.VII.2004

Część pierwsza - droga

A miało być inaczej - tzn. miało być nas o jednego więcej. Nic jednak żaden z nas nie mógł poradzić na pecha, jaki przytrafił się Pawłowi - podczas kilkunastogodzinnego zaledwie pobytu w naszym pięknym mieście zagubił paszport. No i niestety - o ile my pomknęliśmy busem przez rozległe wzgórza Czech, Niemiec i Austrii na południe, Paweł skończył swą podróż już w Jakuszycach.

Tymczasem było juz sobotnie późne przedpołudnie, my przecinaliśmy właśnie niemałe górki wokół austriackiego Landecku. Później wjazd do niesamowitego wąwozu rzeki Inn na granicy szwajcarskiej, przejazd przez kraj Fioletowych Krów, szaleńczy zjazd w kierunku włoskiej Chiavenny, piękne widoki na jezioro Como, potem już tylko Mediolan, San Siro, i to coraz silniejsze marzenie, żeby już był tylko koniec tej jazdy.... Te 27 godzin każdemu z nas dało się mocno we znaki. Ale suma sumarum znaleźliśmy się wreszcie tam, gdzie chcieliśmy - w małym miasteczku Gresonney St Jean w dolinie rzeki Lys wypływającej z lodowcowego jęzora o tej samej nazwie spod szczytu Liskamm.

Jest to dość nietypowa dolina. O ile podczas swoich wcześniejszych pobytów w górach północnych Włoch zdążyłem przyzwyczaić się do włosko-niemieckiej dwujęzyczności tych ziem, to włosko-francuska dwujęzyczność była dla mnie nowością. Ale włodarze autonomicznego regionu Aosta tak mocno dbali zarówno o zjadaczy makaronu, jak i miłośników żabich udek, że nawet śpiewniki kościelne przygotowane były w obu językach. Jakkolwiek Msza w niedzielę odprawiona została po włosku!

Część druga - rozgrzewka

Wymyślony przeze mnie jeszcze w Poznaniu plan wyprawy zakładał dwudniowe wyjście aklimatyzacyjne do bivacco Lateltin, pod szczytem Testa Grigia. Jak postanowiono, tak zrobiono. Wszystkie namioty złożyliśmy i spakowaliśmy do jedynego, jaki pozostał rozbity na kempingu, większość maneli do środka, mniejszość maneli do plecaka i ..... w drogę. Początek podejścia nie obfitował w widoki, ot tradycyjne, upierdliwe podejście lasem do góry. Po niespełna zrobiło się ciekawiej - mała osada pasterska, zawieszona na stromym zboczu gdzieś 400 m nad doliną Gresonney. A potem wreszcie poczuliśmy smak Alp - wprawdzie w górze doliny widać było tylko okolice Castora, to jednak widoki na bliższe partie były dużo bardziej obiecujące - coraz stromsze granitowe, ociekające wodą skały, pierwsze płachetki śniegu, malownicze jeziorka polodowcowe, opustoszałe kamienne pasterskie chatki, dosięgające niemal poziomu szczytu Rysów...

I w końcu przełęcz Pinter, 2777, stąd już do bivacca miała być niespełna godzina. I była. Tę wędrówkę na przekór wciskającemu się do ust i pod kurtkę wiatrowi zapamiętam na długo. Podobnie jak chmury siejące wokół piorunami i strome, nieprzyjemne pola śniegu... Z tym większym zachwytem powitałem bivacco - nasze schronienie na najbliższe kilkanaście godzin. Nominalnie 14-osobowe, ale w praktyce wejdzie tam spokojnie 25-30 osób, stoły, taborety, naczynia, świeczki. Kibelek o napędzie grawitacyjnym w bezpiecznej, zapewniającej komfort zapachowy, odległości. Po prostu luksus. Brakowało tylko jednego - wodę musieliśmy niestety topić ze śniegu, zużywając cenny gaz, który mógł nam być później potrzebny wyżej...

Kiedy już dotarliśmy, okazało się, że brakuje Waldka, który właśnie rozchadzał swoje nowe buty, z wiadomym zresztą skutkiem. Kiedy w szalejącym wietrze wyskoczyłem na chwilę z bivacco, aby zobaczyć, ile jeszcze mu brakuje do chatki, piorun uderzył w stojący opodal krzyż. Poczułem ciarki na grzbiecie i pot na dłoniach... Tym bardziej, że przecież w niewielkiej odległości stąd znajdowała się Góra, na której 3 lata wcześniej w taki właśnie sposób zginął mój dobry kolega...

Popołudnie i wieczór zamieniło się w jedno wielkie odsypianie, jedzenie i picie. Te dwa ostatnie punkty były z natury rzeczy uboższe od naszych oczekiwań właśnie ze względu na w/w brak wody w stanie ciekłym.

Ranek na szczęście wstał dużo pogodniejszy niż wieczór. Gdzieś daleko na wschodnim horyzoncie majaczył masyw Ecrins, bliżej przed nim śmiało swe śniegi wznosił Gran Paradiso. Niestety, nadal nie było widać rejonu, w którym spędzimy większość tegorocznego wyjazdu, a więc głownych wierzchołków Monte Rosy. My z rana udaliśmy się na wznoszący się nad bivacciem szczyt Testa Grigia. I warto było. Na chwilę, dosłownie na kilkanaście sekund, rozświetlił się pierwszy (i przedostatni) raz w tym sezoni, Matterhorn, a po kilkunastu minutach widać było jak na dłoni podejście i szczyty Rosy. Wreszcie !!!

My tymczasem wróciliśmy na przełęcz po plecaki i ruszyliśmy w dół. Początek był tylko stromy, chociaż jeszcze oznakowany. Po jakimś kwadransie znaki znikły całkowicie, a my kluczyliśmy w dół dla odmiany : skałkami, polami śnieżnymi, wodospadami, piargami, łączkami i czym to jeszcze dusza nie zapragnie... Zejście na płasienkę na ok. 2400 wyczerpało nas dość mocno (w tym psychicznie...). A tu niestety - z większego popasu wiele nie wyszło, zza grani wypłynęły pierwsze tego dnia cumulonimbusy, zwiastując rychłą burzę. Burza przyszła wprawdzie dopiero za ok. 3 godziny, kiedy już wszyscy siedzieliśmy na kempingu, ale dzięki tym chmurom prędzej znaleźliśmy się w świecie jedzenia i wody w płynie bez ograniczeń.

Nazajutrz wstaliśmy skoro świt, czyli po 5tej. Ale niestety - trzeba było, aby zdążyć na wyruszający niemal sprzed kempingu autobus na samą góre doliny. Szybkie pakowanie, ostatni posiłek w "cywilizacji", ostatnie równie cywilizowane mycie, batohy na zady i ... na przystanek. Autobus okazał się być wyjętym z lepszej bajki pojazdem z klimą i uprzejmym kierowcą, który wszystkie nasze bagaże, wraz z dziabami, linami, rakami itp. upchnął cudem do bagażnika. Po nieco ponad 30 minutach znaleźliśmy się w Tschaval, osadzie wyciągowo-parkingowej na samiuśkim końcu doliny. Stąd wyżej można było już tylko iść lub... jechać - tym razem kolejkami. Nasze ciężkie ponad wszystko plecaki i gęstniejące chmury powodowały, że coraz chętniej spoglądaliśmy na kolejkę. Kiedy gisówa zaczęła się na dobre, doszliśmy (po długich wszelako zastanowieniach), że jednak pierwszy odcinek podjedziemy kolejką, by nie moczyć tak bardzo naszego dobytku.

Kilkanaście minut potem, po mrożcym krew w żyłach wejściu (i na szczęście także wyjściu) z wagoników, byliśmy już 500 m wyżej. Deszczowe, ołowiane chmury pałętały się jeśli nie pod nogami, to przynajmniej tuż nad głowami. Pogoda ciągle nie wyglądała dobrze. Najgorsze prognozy spełniły się w ciągu dosłownie kilkunastu minut - lunęło konkretnie, zmuszając nas do schronienia się w maszynowni kolejki. Czas upływał, deszcz padał i padał, a nasze dobre nastroje odpływały wraz z kapiącą z dachów deszczówką. Już krótko po południu postanowiliśmy zapytać obsługi kolejki o darmowe możliwości noclegowe w okolicy. Szczególną chętkę mieliśmy na małe chatki pasterskie położone nieopodal. Pracownicy teleferyczki jakby wiedzieli, na czym nam zależy i powiedzieli, że przypuszczalnie jedna z chat, oddalona o ok. pół godziny drogi od stacji jest otwarta i że nocują w niej czasami zbłąkani turyści. Korzystając z przerwy w deszczu 4-osoba ekipa poszła na zwiad. Chatka (jedna z czterech w tej okolicy) faktycznie była (prawie) otwarta. Prawie - gdyż wystarczyło, bym z pomocą Kuby odgiął 3 czy 4 gwoździe. Wnętrze (suche !!!) stanęło przed nami otworem. Czem prędzej zeszliśmy do stacji, informując resztę ekipy o znalezisku i kiedy tylko ponownie deszcz zrobił sobie przerwę na kawkę, uderzyliśmy ponownie do góry, tym razem juz z plecakami.

Chatka, która (jak pokazała przyszłość) miała być naszym domem na najbliższe ponad 40 godzin, nie była piękna. Ot, kamienne ściany, kamienny dach, drewniana podłoga z dziurami, wszędzie cuchnęło owczym (chyba ?) łajnem, a kiedy w nocy padał grad, to kilka bryłek uderzyło Jacka i Bognę. No - ale mieliśmy przecież dach nad głową, było nam cieplej niż na zewnątrz i (last, but not least) nie musieliśmy za to lokum płacić.

Popołudnie upłynęło szybko - obiadek, kanapki, kolejna woda na herbatkę, zupkę czy nieśmiertelny kus-kus. I tak, ululani miarowym stukotem deszczu odeszliśmy do Morfeusza.

Poranek dnia, który miał być naszym dniem dojścia na lodowiec, wstał niewiele lepszy od poprzedniego wieczora - mżawka, momentami deszcz, ale też kilka przejaśnień, rodzących (o naiwności !!!) nadzieje na lepsze czasy. Mając telefon do miejscowego biura przewodnickiego, postanowiliśmy zasięgnąć języka właśnie tam - jakaż to ma być dzisiaj pogoda. Doszwonić udało się za 3 czy 4 razem. Na moje standardowe pytanie "Do you speak English?" usłyszałem w słuchawce "Oh, nein, naturlich nicht". Cóż, Włosi!

Prognoza nie była zachęcająca - w ciągu dnia deszcz, popołudniu burze, dopiero wieczorem i jutro poprawa pogody. Cóż - w perspektywie było kilkanaście godzin nudy w pasterskiej chacie, gdzieś na 2450 w środku Alp, wśród łąk odwiedzanych masowo przez świstaki i koziorożce. Płynące powoli minuty urozmaicaliśmy sobie grą w nieśmiertelną mafię, kolejnymi herbatkami (w tym jedną z przyniesionym tu przez Waldka prądem), kuk-kusem - łącznie z wersją extreme : czyli na sucho. Po południu faktycznie nieźle pogrzmiało, po czym zaczęło się przejaśniać. Coraz większe kawałki błękitu na niebie zwiastowały, iz nazajutrz wyruszymy w górę! Wcześniej jednak było nam jeszcze dane obejrzeć niesamowite walki koziorożców, wędrujące po nieoległej grani kilkunasto-osobnicze stadka tych majestatycznych zwierząt (a także jednoosobowe stada pałętającego się ciągle po okolicy Waldka) i oczywiście wrzucić w siebie kolejne porcje kalorii. Morfeusz upomniał się o swoje prawa.

Poranek wstał rzeczywiście piękny. Już przed 9tą byliśmy gotowi do wymarszu. Szybki powrót do głównego szlaku i - wreszcie - w górę ! Juz po kilkunastu minutach dwie pierwsze niespodzianki - najpierw biegnący kilka metrów przed nami świstak, chwilę potem - wędrujący równolegle do nas piękny koziorożec. Dalsza droga też co chwilę czymś nas zaskakiwała - a to strome pole śnieżne, a to potoczek, a to (seria inwektyw) głęboki śnieg i lądowanie w plecakiem wśród białych płatków . I wreszcie, z płasienki na nieco ponad 3000 ujrzeliśmy cel na dziś - Rifugio Mantova. To właśnie leżące nad nim śniegi miały być naszym domem przez kolejne dni. Ale nim tam dotarliśmy, trzeba było przekroczyć jeszcze kilka żeber, przetrwersować szeroki, choć płytki żleb i wskrobać się kolejne 500 metrów w górę. Aż w końcu - ostatnie wbicie czekana w śnieg i byłem na schroniskowym tarasie. Poczułem od razu na sobie pytające spojrzenia kilku westamanów "Po co mu namiot i karimata, skoro tu jest schronisko?" Mniej więcej półgodzinny postój, aż w końcu padło pytanie, które paść musiało : Gdzie się rozstawiamy. Po ponadgodzinnych poszukiwaniach padło na leżący ok 30 m w pionie nad schroniskiem boczny płat śniegu, blisko schroniskowego "wodociągu", z pięknym (jak pokazał tego dnia wieczór) widokiem na Mont Blanc. Dwugodzinna walka ze śniegiem, namiotem, odciągami, kamieniami i wreszcie można było wyciągnąć się na karimacie i odpocząć.

Zostawiliśmy za sobą ostatni pas zieleni. Od tego miejsca nasz świat miał być jałową, monochromatyczną pustynią skały i omiatanego wiatrem lodu.

Największy wysiłek tego wyjazdu był za nami.

Część trzecia - Góra

Obudziliśmy się po czwartej. Szybki ruch zamka błyskawicznego namiotu, ocena sytuacji "za oknem" i decyzja "wstajemy"!!! Złożone z kaszki mlecznej śniadanko (miało to stać się rutyną na najbliższe parę dni), potem rutyna pakowania plecaka, ubierania się i szpejenia i wreszcie...

Podczas nocy nasze cuchnące oddechy skraplały się na wewnętrznych ściankach namiotu i osadzały się na nich kruchą warstewką szronu. Kiedy rano usiadłem, macając dookoła w poszukiwaniu różnych części ubrania, z konieczności musiałem co chwila ocierać się o niskie nylonowe ścianki, powodując za każdym razem prysznic pokrywający wszystko lodowymi kryształkami.

Kolejna decyzja "zostańmy, pogoda wygląda niestabilnie". Z nieukrywaną radością wróciliśmy do puchowych pieleszy. Faktycznie - w ciągu kilkunastu minut wiatr zaczął wyprawiać dzikie harce, furkoczące w wichurze ścianki namiotu powodowały, że sen nie wracał. Na dodatek wkrótce zaczęły sypać krupy śnieżne, może grad... Dopiero po siódmej burza zaczęła się uspokajać i można było na poważnie myśleć o wstaniu.

Ubrani byliśmy, więc założenie uprzęży i raków nie zabrało zbyt wiele czasu. W końcu, o ósmej, wyruszyliśmy. Pierwsze, żmudne jeszcze podejście na górę. Ciężki oddech, co kilkanaście kroków postój dla wyrównania oddechu. Po mniej więcej 250 metrach podejścia z marszu na Vincent Piramide zrezygnowała Hania, nieco później - także Bogna.

Po niespełna dwóch i pół godzinach znaleźliśmy się 500 metrów na naszym obozem, na rozwidleniu szlaków - o ile można tym mianem określić wydeptane przez dziesiątki apinistów ślady na śniegu... Stąd my podążyliśmy w prawo - właśnie na Vincenta. Strome, twarde zbocze, kilka ukrytych szczelin, na końcu jeszcze tylko częściowo przekopany nawis i... szczyt ! Dla większości z naszej szóstki pierwszy 4-tysięcznik. Euforia szczytu, trzaskające migawki aparatów, standardowe pytania "A tamto to co to za góra???" i po kilkudziesięciu minutach powrót do trochę bardziej normalnego świata. Na około 3800 postanowiliśmy się rozwiązać, śnieg zmiękł na tyle (było juz krótko po 12), że można było iść bez raków. Tylko rozsądek nakazywał marsz w długich spodniach i w kurtce. Bez osłony przed wszechobecnym słońcem wyglądalibyśmy wkrótce nieciekawie...

Nazajutrz pobudka została odtrąbiona już o 3:30. I znów ta sama rutyna mroźnego przedświtu - zgasić pikający zegarek, rozwiązać wszelakie śpiworowe sznurki, dzięki którym w kokonie było ciepło i wyjrzeć na dwór. Tym razem piękny kobalt nieba nie dawał żadnych wątpliwości - idziemy. Tego dnia w planie mieliśmy dwa najwyższe włoskie szczyty masywu : Zumsteinspitze i Signalkuppe. Prawie 1100 metrów do podejścia... Przed piątą ruszyliśmy. Na początku jeszcze niezwiązani - ot zwykłe śnieżne zbocze między schroniskami Mantova i Gnifetti. Dopiero na widok pierwszych szczelin lina z plecaka ujrzała światło dzienne. I potem znów powolny marsz, świszczący na wietrze oddech, wiatr wciskający się pod kaptur kurtki, niesione nim lodowe igiełki uderzające boleśnie w policzki i każdy nieosłonięty kawałek skóry.

naszej epoce łatwych, niemal mechanicznych podbojów, zapomnieliśmy o czymś ważnym. Zapomnieliśmy, że to Góra wciąż ma w rękach swą atutową kartę i jeśli okaże przychylność, to tylko na swoich warunkach i w przez siebie wybranym czasie.

Niemal zerowa widoczność, powolna utrata czucia na twarzy i w palcach... Po mniej więcej 2 godzinach, gdzieś na 4150 Michał postanowił zejść do namiotów, bał się o swoje palce.

Alpinizm zdaje się przyciągać ludzi niełatwo dających się odwieść od swoich celów. Do tego etapu wyprawy wszyscy tyle wycierpieliśmy i narażaliśmy się na takie niebezpieczeństwa, że rozsądniejsi osobnicy już dawno spakowaliby manatki i wrócili do domu.

My jednak brnęliśmy dalej, na przekór wiatrowi, zimnu i chmurom. I opłaciło się!!! Dosłownie kilkanaście minut później ostatni podmuch wichury rozwiał chmury, naszym oczom ukazała się piękna, równoramienna piramida Parrotspitze, zbocza Ludwikshoehe, a bardziej w oddali skalista południowa ściana Dufourspitze, drugiego szczytu Europy. Nasze wychłostane wiatrem ciała czekał jeszcze jeden wysiłek : długi trawers, nadal w cieniu. Pokonałem go na tyle szybko, na ile pozwalała mi wysokość, wszak byliśmy już niemal na 4300. Później juz tylko dość strome podejście na przełęcz między Signall i Zumstein i ostatnie (aczkolwiek treściwe) 100 metrów podejścia na Signall i już! Najwyżej położony budynek Europy (z adekwatnie najwyższymi cenami), śmiało ustawiony na wąskiej granii Signall. Ponadgodzinny postój, herbatka za 13 złotych, i grzanie się, grzanie, grzanie... Silny wiatr, jaki znów rozpanoszył się po wierchach, skutecznie wywiał nam z głowy pomysł wejścia na Zumstein. Cóż, pozostanie na następny raz !

My tymczasem podążaliśmy w dół, pora była już (jak na Alpy) dość późna, tzn minęło właśnie południe. Po raz kolejny przekonaliśmy, jak łatwo maleją odległości, gdy wspomaga nas grawitacja. Dłuższy postój zrobiliśmy dopiero przy początku podejścia na Balmenhorn. I na niego udało się wejść, kolejny 4-tysięcznik zdobyty ! Potem już znaną nam z zejścia z Vincenta ścieżką wśród coraz większej liczby szczelin szybko zbiegliśmy na dół. Popołudnie upłynęło wśród niezliczonych herbat, zupek, kisieli i oczywiście : kus-kusa.

Kolejny dzień i kolejna rutyna poranka, tym razem szybko zamieniona w powrót do pieleszy. Wędrujące wśród księżycowej poświaty chmury i błyski nad doliną Alagna'y wskazywały jednoznacznie, że tego dnia poranek lepiej będzie spędzić we własnym namiocie. Pomimo to o tradycyjnej porze (czyli przed wpół szóstą) na stromym zboczu pod Rifugio Gnifetti zobaczyliśmy liczne światałeka czołówek zespołów prących - pomimo niepogody - ku górze. Kiedy my już wstaliśmy, a więc 3-4 godziny później, widzieliśmy te same zespoły podążające pod opieką przewodników w dół. Wczesna pora powrotu tłumaczyła jedno - u góry warunki musiały być dużo gorsze niż na naszym poziomie 3500... Pytanie tylko, dlaczego przewodnicy wychodzili świtem ze swoimi klientami, skoro pogoda była ewidentnie zła...

Sądzimy, że ludzie płacą nam za podejmowanie słusznych decyzji, ale tak naprawdę ludzie płacą nam za to, żeby się dostać na szczyt.

Nam dzień upływał długo i powoli na partyjkach karcianych, zupkach, herbatkach... Cóż, nawet alpejska dupówa ma swoje uroki. Popołudnie zdawało się dawać nam do zrozumienia, że kolejny dzień też będzie taki, ale już wieczór przyniósł o wiele lepsze widoki na przyszłość. Tak też było.

Wtorek miał być dniem zdobycia trzech kolejnych 4-tysięczników : Ludwikshoehe, Parrotspitze i Corno Nero. W tym miejscu po raz kolejny należałoby napisać "O naiwności"... Wyruszyliśmy tradycyjnie, około piątej. Dziś po raz pierwszy szła z nami Hania, która przez poprzednie dni walczyła z chorobą wysokościową. Na przełęczy pod Vincentem byliśmy krótko przed siódmą. I podobnie, jak przed dwoma dnia, na 4000 powitał nas silny wiatr, wydmuchujący resztki ciepła i energii do działania spod wszystkich warstw polarów i *.texów. Tym razem na górę szliśmy wokół Balmenhormu, ot tak, dla odmiany. Pod Ludwikiem okazało się, że trasa opisana w nieocenionym przewodniku Geodekego jest nieco nieaktualna - no chyba, że ktoś zamierza przedzierać się przez pola seraków tudzież inne szczeliny brzeżne. Nam udało się znaleźć ślady na śniegu po poprzednikach sprzed godziny, może półtorej i tą właśnie drogą, od południa ruszyliśmy na szczyt. Wcześniej - po wcale niekrótkich rozmyslaniach odłączyły się od nas Kasia z Hanią, które (bojąc się o odmrożenia, gdyż nadal mocno wiało) stwierdziły, że "schodzą na dół". Jak pokazała przyszłość dół to bardzo szerokie pojęcie.

Tymczasem nasza czwórka, już 100% męska ruszyła na przełęcz między Ludwikiem i sąsiednim Corno Nero. Na siodle odłączył się od nas Waldek, który jednak postanowił poczekać na nas wracających ze szczytu. Już w trójkę parliśmy dalej. Droga okazała się wcale nie tak trudna technicznie, ale stroma, częściowo zalodzona i z nawisami, wymagało to więc ciągłej uwagi, a w zejściu asekurowaliśmy się odcinkami na pół-sztywno i schodziliśmy twarzą do stoku. Rutyna alpejskiego dnia : wybierz, daj blok, 3 metry luzu - te zwykłe niby komendy w czasie wejścia i zejścia z Ludwika starczały nam za całą komunikację.

Jak wiele z uroków alpinizmu kryje się w uproszczeniu związków międzyludzkich, zredukowaniu przyjaźni do suchej, czystej formy komunikowania się, a nawet zastąpieniu jej sama istotą wspinania - wyzwaniem rzuconym przez Góry...

Na szczycie (4341) zabawiliśmy tylko chwilę - herbatka z termosu, którka pogaducha z zespołem niemieckim i w dół. Waldka "odebraliśmy" na przełęczy i w tej samej chwili, jednogłośnie, ze względu na ciągle fatalna aurę zrezygnowaliśmy z Corno i Parrota. Cóż, pozostało juz tylko półtoragodzinne zejście do namiotów. Szło się powoli - ciągle nowe szczeliny, momentami niemal zerowa widoczność, sporo świeżego lub nawianego śniegu z szansą na drobne lawinki... Do namiotów dotarliśmy więc dopiero przed 12tą. A tu... nie ma dziewczyn. Pierwszy pomysł, że siedzą w położonym 5 min poniżej schronisku Mantova szybko odrzuciliśmy "Przecież wtedy zostawiłyby szpej przy namiotach!!!". To było naprtawdę dziwne : miały nad nami godzinę przewagi, my schodziliśmy całkiem powoli, była wprawdzie miejscami mgła, ale nie aż taka, by minąć się w odległości kilku metrów i nie zauważyć koleżanek z namiotów. A więc: coś się musiało stać !

Po zakrapianej herbatą z termosu i zagryzanej orzachami włoskimi debacie przyszedł czas na konkretne działania : ja udałem się do Mantovy, by porozumieć się z włoskimi słuzbami ratowniczymi, Michał z Waldkiem przygotowywali się do pójścia w górę z termosem, jedzeniem, NRCtkami i nadzieją, a Kuba miał pełnić funkcję łącznika między mną a tą dwójką. Rozmowa z Włoskim Soccorso Alpino do łatwych nie należała, ale jednak dzięki nawiązanej nici współpracy udało mi się w ciągu niespełna godziny wywoływać przez walkie-talkie kilka okolicznych (łącznie ze Szwajcarskimi !) schronisk, bivacców, rozmawiać z wieloma ludźmi, którzy - jako doświadczeni przez Góry i lata Życia - wiedzieli, co może oznaczać "nie ma dwóch dziewczyn" w warunkach alpejskiej śnieżycy na 4200... Kiedy po tej niemal godzinie wyczerpująch rozmów (prowadzonych niemal jednocześnie po włosku, angielsku i niemiecku, przy czym ja znam tylko dwa ostatnie języki) wracałem do namiotów ujrzałem Michała z Waldkiem już kilkadziesiąt metrów powyżej, jak złączeni liną posuwali się powoli ku górze. Ja tymczasem uzyskałem zapewnienie, że jak tylko poprawią się warunki w dolinie (co miało nastąpić za niespełna godzinę), z Aosty wyleci śmigło, by poszukać naszych zgub. No ale ... helikopter jednak nie musiał startować. dziewczyny znalazły się same - jak się okazało, zatrzymały się na prawie 4 godziny w bivacco na Balmenhornie. Fakt, leżało ono "na dół" (ale tylko jakieś 20 metrów) od miejsca naszego rozstania pod Ludwikshoehe, co więcej, leżało w odległości głosu od drogi, którą nasza czwórka schodziła z góry. Gdyby choć jedna z nich stanęła w drzwiach chatki i krzyknęła...

Tymczasem pogoda zrobiła się znów fatalna - niemal cały czas silnie wiało i sypał świeży śnieg. Wiadomo było, że nawet jutrzejsza poprawa pogody nie pozwoli nazajutrz na żadną ambitniejszą turę - spadły śnieg musi się trochę uleżeć. Chcąc nie chcąc podjęliśmy decyzję o zejściu następnego dnia w doliny.

Część czwarta - powrót

Tym razem nie spieszyliśmy się. Wstaliśmy jak przystało na ludzi na wakacjach - a więc około dziewiątej. Śniadanko, pakowanie, likwidacja obozu i... w dół. Wybraliśmy nieco inny, niż po drodze w górę, wariant - więcej śniegu, mniej skał, dzięki czemu aż niemal do 2900 można było iść w rakach i z dziabą. Potem trzeba było przerzucić się na sprzęt "nizinny" (czyli kijki) i krok za krokiem zmierzać do świata zieleni, owadów, świstaków, wody płynącej w nieograniczonych ilościach, twardego ciepła desek w owczej chatce i tego czegoś, co może dać tylko żywa, tętniąca Przyroda.

Ale świat skał i lodu ciągle wzywa byśmy do niego wrócili. Kto wie, pewnie znów za rok....

Rafał Jankowiak

Wszystkie cytaty w tekście relacji pochodzą z ksiązki Jona Krakauera "Wszystko za Everest".

<< powrót

© 2008 - 2012 Akademicki Klub Górski „Halny” Poznań