Relacje

Obóz górski
Adamello - Brenta
12-28.VII.2002

Promienie słońca bezbłędnie odnalazły moją twarz w namiocie. Dopiero jednak po kilku minutach niespokojnego przewracania się w śpiworze uświadomiły mi, że to juz ostatni raz budząc się mam nad sobą (a dokładniej nad tropikiem namiotu) alpejskie niebo. Że to już koniec mojej kolejnej wyprawy w ten wielki łańcuch górski....

Dzień minus dwieście czterdziesty trzeci czyli jak to wszystko się zaczęło.

Tak, tak, to nie pomyłka : relacja z wyjazdu, który odbył się w lipcu 2002 sięga swymi początkami do listopada 2001. Choć tak naprawdę to po raz pierwszy pomyślałem o wyjechaniu w masywy Brenta i Adamello już w lipcu 1999 roku. Stałem wtedy na progu małego bivacco na grani Fanis w Dolomitach i gdzieś w oddali, w zachodzącym słońcu widziałem poszarpaną grań, o której nie wiedziałem jeszcze wtedy, że nosi nazwę Brenty. Zza niej wystawał wielki lodowiec, wówczas jeszcze dziki i bezimienny, a obecnie oswojony, choć (sorki, uprzedzam fakty) wciąż nie poznany. To Adamello.

Ale wróćmy do czasów znacznie bliższych : już w listopadzie 2001r. na tapecie pojawił się problem wymyślenia dokąd by tak pojechać w kolejne wakacje. Po pobieżnej analizie map, atlasów, albumów itepe pozostały cztery propozycje : Dolomity "klasyczne", masyw Monte Rosy od południowej strony, Gran Paradiso wraz z innymi szczytami wokół Doliny Aosty oraz właśnie masywy Adamello-Brento. Właściwie już po krótkim oglądzie tego, co na temat tych gór stało napisane w necie, wiedzieliśmy, że pojedziemy właśnie tam. Wprawdzie początkowy plan zakładał, że będziemy działać raczej w masywach Adamello i Ortler (czyli Alpach Retyckich), a mniej w Brencie. Jednak dopiero kiedy udało nam się (po niemałych kłopotach i dłuuugim oczekiwaniu) dostać mapy tych rejonów, zmieniliśmy wstępny pomysł właśnie ma masywy Brenty i Adamello.

Dzień 0 czyli jak trzeć karoserią o asfalt.

Zaczęło sie jak zwykle : od pakowania. Wszelakie szczegóły dotyczące skazanych z góry na niepowodzenie prób spakowania wszystkiego do plecaka pomine może milczenien - wiadomo, każdy brał tylko tyle, ile sam mógł zmieścić. Natomiast jasne było, że wszystko co każdy z nas spakował do swojego plecaka, MUSI się jakoś zmieścić w busie, którym jechaliśmy. Jednak na szczęście od czasów ubiegłorocznej wyprawy z panem Michałem (naszym kierowcą) w Alpy Julijskie widzieliśmy, że rzeczy niemożliwe wykonuje on od ręki, a cuda w ciągu niewiele dłuższego czasu. Cud zdarzył się i tym razem : 6 plecaków dużych, tyleż małych, cztery namioty, niemały chłam szpeju jakoś się zmieścił. Baliśmy sie tylko, co będzie za 70 km, kiedy to na placyku przy leszczyńskim dworcu dosiądą do nas Agata z Anką. Na szczęście dziewczyny jakoś się zmieściły, na dach doszedł kolejny namiot, a my ruszyliśmy tragicznie przeciążonym busem w kierunku granicy czeskiej. Jej przekroczenie poszło (jak to zwykle na granicy czeskiej) absolutnie bezproblemowo, nie licząc naszych zaspanych min, czyniących nas trochę niepodobnymi do tych z paszportowych fotografii.... W Ceskou Republike ponownie zapadliśmy w błogi sen....

Dzień 1 czyli różnice między drogą główną a boczną.

Ponownie obudziły mnie światła granicy czesko-niemieckiej. Krótki rzut oka na zegarek utwierdził mnie w przekonaniu, że jeszcze nie warto rozbudzać się do reszty. A więc po upływie kolejnych kilku minut równy szum niemieckich autobahn ponownie ululał mnie do snu. Na "poważnie" rozbudziliśmy się w Monachium. I warto było : tranzytowa autostrada przebiega wprawdzie trochę poza centrum, ale za to tuż przy miasteczku olimpijskim z 1968 roku oraz przy słynnym stadionie Bayernu. Niedługo potem, już na podmonachijskich przedmieściach, wśród bawarskich wiosek i miasteczek pojawiły sie pierwsze, zrazu nieśmiałe wzgórza, stopniowo rosnące i nabierające takch kształtów, jakie śnią się każdemu górołazowi prawie co noc ;). Wjazd do słynnego Garmisch-Parten-Kirchen odbywał się juz w typowo alpejskiej atmosferze. Niestety, takiej alpejskiej atmosferze towarzyszyła pogoda żywcem z naszych Tatr. Kiedy tylko wyjechaliśmy nieco ponad Ga-Pa, siąpiąca do tej pory niewinna mżawka nabrała znacznie bardziej poważnych rozmiarów, aby jeszcze wyżej, w rejonie przełęczy między Niemcami i Austrią, nabrać charakteru burzowego. I w takim właśnie "deszczyku" jechaliśmy z przerwami aż do włoskiego Bolzano. I właśnie w tym miejscu skręciliśmy w bok : w kierunku gór !!! Dlaczego właśnie tu ? Gdyż z posiadanej przez Agatę mapy wynikało, że to z Bolzano odchodzi w bok główna szosa, którą dostaniemy się do naszego upatrzonego Carisolo. Droga okazała się być w najlepszym razie 10-tej kategorii : mnóstwo zakrętów, kilka przełęczy po drodze, ciągle w górę, w dół w prawo, lewo i znów w górę, w dół.... I tak przez dobre dwie i pół godziny. Przyszłość (a dokładniej dzień wyjazdu) pokazała, że do Carisolo można się dostać od drugiej strony znacznie lepszą i wygodniejszą drogą, dodajmy, że w znacznie krótszym czasie... W każdym razie mimo okoliczności drogowych i pogodowych, i tego... i niepowatarzalnych, znaleźliśmy sie koniec końców na campingu w Carisolo. Krótkie ustalenie szczegółów z właścicielką campa (Basią z... Polski !!!!), rozpakowanie mokrych od nieustannych deszczów namiotów, potem rozpakowanie plecaków, pierwsza kolacja na obcej ziemi i na koniec : pierwsze odtrąbienie Wielkiego Spania.

Dzień 2 czyli jak fachowo zrezygnować z wyjścia w góry.

Dzień zaczął się dokładnie tak, jak powinien się zacząć pierwszy dzień pobytu w Alpach. Planowaliśmy odwiedzic doline Val Germenega, w której znajduje sie kilka uroczych (tak wynikało ze zdjęć na www) jeziorek. Wyruszyliśmy w komplecie około 9:00. Najpierw przemarsz przez całą praktycznie wioskę, potem krótkie podejście miedzy jedną a drugą drogą leśną i po chwili : up - do góry. Łatwiej powiedzieć, trudniej zrobić. Wyraźna początkowo ścieżka zaczęła stopniowo się zwężać i zarastać. Ale nic to : my parliśmy nadal do góry wzdłuż coraz bardziej mętnych niebieskich znaków narysowanych coraz rzadziej na drzewach. Po dobrych kilkudziesięciu minutach dotarliśmy do miejsca, z którego dało się jeszcze od biedy cofnąć, ale pójść dalej : już nie. Jak zwykle powstały dwa stronnictwa : próbować przebić sie dalej lub wracać. Po żywiołowej dyskusji wyszło, że jednak wracamy do drogi leśnej i nią spróbujemy dojść do innego szlaku, też prowadzącego do naszej wymarzonej doliny z jeziorkami. Wróciliśmy (już z mniejszymi przygodami) do rzeczonej drogi i poszliśmy dwa-trzy kiloemtry w górę potoku, mijając po drodze dwie ochydne betonowe tamy. Po półgodzinie dotarliśmy do drogi asfaltowej, a chwile potem naszym oczom ukazał się niemały cud : wodospad Cascata di Narbis. Był on niemały, a silny wiatr wiejący tego przedpołudnia powodował, że nawet w pewnej odległości od kaskady, przyroda serwowała każdemu z nas mały prysznic. Po drugiej stronie wodospadu stało małe schronisko, pełniące jednak głównie funkcje bufetu i nastawione na klasyczna "stonkę", dla której szczytem możliwości jest przejście kilkuset metrów z parkingu do bufetu. My tymczasem ambitnie udaliśmy się szlakiem wzdłuż potoku do ujścia kolejnej dolinki, która miała nas już zaprowadzić do doliny z jeziorami. Końcówka podejścia prowadziła po troche niepewnie wyglądającym mostku drewnianym, którym jednak bezpiecznie wszyscy przedostaliśmy sie na drugą stronę i rozpoczęliśmy (wreszcie !!! - było juz po 12:00) podejście w kierunku jeziorek. O niedoczekani ! Juz po kilkunastu minutach zaczęła się dość upierdliwa, chociaż jeszcze słaba mżawka. Po kolejnym kwadransie zaczęła jednak przechodzić w mocny deszcz. Podjęliśmy - jak nam się wtedy (o ironio !!!) wydawało - słuszną decyzję o powrocie. Szum deszczu na liściach towarzyszył naszemu pospiesznemu zejściu do asfaltu. I tu kolejna tego dnia niespodzianka : ulewa ustała !!! Ale nam już naprawdę nie chciało sie rozpoczynać kolejnego tego dnia podejścia, tym bardziej ta samą ścieżką, którą się właśnie ewakuowaliśmy. Powlekliśmy sie smutni na camping... Tym bardziej rozżaleni, że wracaliśmy w pięknym, popołudniowym, alpejskim słońcu.

Dzień 3 czyli którędy do krzyża ?

Kolejny dzień, a był to poniedziałek wstał dość chmurzasty i deszczoskłonny. Ktoś w obozie rzucił rano pomysł : a może druga próba nad jeziorka, ale został szybko przegłosowany, gdyż nikomu nie chciało się podchodzić dokładnie tej samej trasy, co dzień wcześniej. Na szczęście Marcin z Damianem znaleźli na mapie trasę w sam raz na taki dzień : nie za długa (cirka 7 h), max 2300 m npm, zanosiło się na jakieś hale z widokami, szałasy itepe. Celem naszym miała być widoczna z campingu góra Cima Lancia z wyraźnym krzyżem stojącym na przełączce między dwoma wierzchołkami.

No to go : na początku trochę po asfalcie wyprowadzającym do położonych nad Carisolo przysiółków, potem już zwyczajniej duktem leśnym, który na końcu przemieniał się w "prawdziwą" górską ścieżkę, która doprowadziła nas do pierwszej chatki na Malga Garidolo. Chatka okazała się całkiem sympatyczna i zdatna do noclegu (na pięterku), obok woda, gęste krzaczki dla potrzebujących i ładna panoramka kotliny, w której leżało Carisolo. Chatke postanowiliśmy oczywiście zaanektować na potrzeby Klubu. Po prawie godziinym postoju ruszyliśmy dalej, wąską ścieżką wijącą się wśród łopianów i pokrzyw ku kolejnej chatce na Malga Sarodoli. Z chatki roztaczał się (ale tylko w momentach, kiedy rozstąpiły się chmury) widok na Carisolo i ostre zęby w głównej grani Brenty. Przy tej chatce zrobiliśmy już znacznie krótszy postój i pognaliśmy (nie bez problemów orientacyjnych) do góry, ku bezimiennej przełęczy 2354. Oczywiście nasza wymarzona górka z krzyżem została gdzieś z boku. Gdzie dokładnie ? Hmmm..., czas pokaże ...

Pobyt na przełęczy został skrócony do niezbędnego minimum ze względu na nadciągające nieprzyjemne chmury deszczowe oraz mrucząca w oddali burzę. Już na zejściu okazało się, że w wyścigu z Nimbostratusami nie mamy szans :(. W ruch poszły wszystkie możliwe kurtki typu *.tex. Na koniec dnia czekało nas już tylko lekko nieprzyjemne zejście po piargu ku szosie, prowadzącej już ku dolinom. Pierwszej czwórce (w składzie Kaśka, Ania, Agata i ja) udało się złapać stopa po dosłownie kilku sekundach machania, inni mieli mniej szczęścia i dreptali 7 km asfaltem do głównej szosy.... Popołudnie spędziliśmy w strugach deszczu szukając w całym Carisolo chleba o konsystencji (tudzież smaku) nadającej się do jedzenia, tzn. mniej gnietliwej niż gąbka...

Dzień 4 czyli jak wywołać ulewę przy pomocy wymyślonej trasy ?

Kolejny dzień wstał równie niepewny pogodowo jak następny. My jednak mając w pamięci to, że wczoraj w takiej samej pogodzie udało nam się zrobić całkiem fajna trasę, postanowiliśmy znów spróbować. Wyruszyliśmy prawie w komplecie - tylko Agata została w obozie liżąc wczorajsze otarcia i bąble. Naszym celem ponownie były jeziorka w dolinie Garmenega. Tym razem byliśmy pewni sukcesu - przecież znaliśmy juz drogę ! Znów wędrówka przez całą miejscowość, szybkie (i skuteczne !) znalezienie szlaku i go !!! Początek podejścia trochę upierdliwy, stromo, lasem i pod górkę, ale ujdzie, wobec tego, co zdarzyło się chwilę później. Nie, nie obawiajcie się, to był ani meteoryt, ani kolejny atak spod znaku Al-Quaidy. Po prostu zaczęło : najpierw siąpić, potem padać, a na koniec lać. Początkowo liczyliśmy, że wkrótce (wzorem tego, jak było dwa dni temu) ustanie, schowalismy się więc pod wiekszym drzewem czekając na zmiłowanie. Jednak, kiedy minęło dobre pół godziny, a nimbostratusy wokół zaczęły coraz bardziej gęstnieć, podjęliśmy więc, jakkolwiek niechętnie, decyzję o powrocie... Reszta dnia (czyli skromne 12 godzin...) upłynęła na suszeniu zmoczonych podczas "trasy" ciuchów, oglądaniu włoskiej TV (ze szczególnym uwzględnieniem prognoz pogody) oraz grach i zabawach świetlicowych ;). Na szczęście prognozy były pomyslne, juz jutro miało być całkiem nieźle, a od czwartku - juz upalnie i gorąco. I, o dziwo - te przewidywania się sprawdziły !!! Tymczasem niemal w samo południe na campingu zmaterializował się Adam, ociekając deszczówką. Rozgościł się szybko w namiocie, rozłożył wszelakie swoje rzezcy do schnięcia w świetlicy i - podobnie jak my - zajął się kulturą, sztuką, rozrywką. My natomiast wiedzieliśmy jedno : jakakolwiek trasa, której celem lub etapem pośrednim są jeziorka prowadzi nieuchronnie do deszczu, ulewy, gradobicia, spadnięcia statku kosmicznego i innych nieszczęść...

Dzień 5 czyli przyspieszenie na szlaku o napędzie elektrycznym.

Zgodnie z wszelkimi znakami na ekranie TV dzień zaczął się pogodnie. Wbrew rozmaitym przepisom, karabinierom itepe wsiedliśmy do 8-osobowego busa w jedenastu. W tym składzie podjechaliśmy do sąsiedniej Madonny di Campiglio, skąd wyruszyliśmy na szlak. Zgodnie z wczorajszymi ustaleniami mieliśmy podzielić się na dwie grupy, które śpią w dwóch sąsiednich bivaccach. Nasza piątka : Agat, Anka, Marek, Aga i ja mieliśmy dojść krótszą droga na grań i pójść do dalszego bivacco, podczas gdy Kasia, Anka, Albert, Adam, Marcin i Damian mieli iść dłuższą drogą do bliższej chatki. Początek naszego podejścia to niesamowita dolinka Val de cośtam, którą my nazwaliśmy Doliną świstaków. Powód oczywisty : w tej dolinie, w ciągu 2 godzin ujrzałem więcej świstaków niż przez całe swoje dotychczasowe życie ! Urocze futrzaki stawały słupka na kamieniach niemal przy ścieżce, a gdy tylko nas zobaczyły, ostrzegały się wzajemnie głośnym, przeszywającym całą dolinę i odbijającym się od ścian piskiem. Po mniej więcej dwóch godzinach dotarliśmy na główna grań Brenty, która powitała nas mgłą i deszczem. W tak pięknych okolicznościach pogody parliśmy naprzód, ku północy, ku pierwszemu bivaccu. Pojawiająca sie miejscami ferratka nie była może specjalnie trudna, ale wymagała jednak w kilku miejscach uwagi, zwłaszcza teraz, na mokrej skale. Idąc od przełęczy do przełęczy i od piargu do piargu dotarliśmy po mniej więcej dwóch godzinach na najwyższy szczyt północnej części Brenty : Cima Messana (2899). Ze szczytu, spod ładnego krzyża otwierały sie chwilami całkiem ładne widoki na masyw Presanelli oraz okoliczne szczyty i turnie. Dalsza część drogi wiodła wąziutką granią, która później się rozszerzyła i doprowadziła nas wporst do pierwszego bivacco - tego, w którym mieła spać ekipa nr II, która była wtedy mniej więcej 3 godziny za nami. My również zwiedzieliśmy bivacco, obejrzeliśmy sąsiadującą z chatką zmywarkę (dla niezorientowanych : większy płat firnu) i kranik z lllooodddowatą wodą. Po kilkudziesięciu minutach pobytu w chatce (czekoladka, picie poszły w ruch) i po dokonaniu wpisu do księgi pamiątkowej ruszyliśmy dalej. Mniej więcej po półgodzinie dalszej wędrówki stromiejąca i zwężającą się granią usłyszeliśmy pierwsze, dalekie jeszcze, odgłosy burzy. Grzmoty zaczęły się jednak przybliżać i po chwili Marek (będący kawałek za resztą) krzyknął, że nie należy ryzykować i trzeba wracać do chatki. My - początkowo niechętni - po usłyszeniu kolejnego grzmotu już zupełnie blisko nas, też zaczęliśmy wracać. Droga, która z chatki pod górę zajęła nam około 30 minut, z powrotem, wsród grzmotów i błyskawic - już tylko 7 !!! Mieliśmy dużo szczęścia : burza tak naprawde rozszalała się kilka chwil po naszym powrocie. Martwiliśmy sie tylko o drugą część ekipy na grani.... My tymczasem siedzieliśmy sobie w ciepłym i suchym pomieszczeniu, zabezpieczyliśmy okna tak, aby nie ciekły, odpaliliśmy kolejną czekoladkę (w końcu tego dnia nie mieliśmy już nigdzie dalej iść) i czekaliśmy na resztę. Ekipa nr II dotarła w kawałkach dopiero po 19-tej, totalnie przemoczona, zmarznięta i zmęczona. Humory nam jednak dopisywały, podczas przerw między burzą nr n, a burzą nr n+1 obfotografowaliśmy całą okolicę, zdefiniowaliśmy kibelek (z cudownym widokiem na turnie Trioletu !!!) i pełni zapału na kolejny dzień poszliśmy spać.

Dzień 6 czyli nie będzie odpoczynku.

Wstaliśmy dwa razy : najpierw o godzinie - delikatnie mówiąc - niechrześcijańskiej, tzn. o 4 nad ranem, kiedy to liczyliśmy na wschód słońca. Wschód był zupełnie taki sobie , więc ponownie wskoczyliśmy w psiworki i zdrzemnęliśmy się dalsze 2 godziny. Około siódmej ropoczelismy tradycyjne czynności poranno-bivaccowe, takie jak mycie tudzież korzystanie z kibelka z widokiem na Triolet, aby krótko po dziewiątej wyruszyc na trasę. Początek szlaku był naszej piątce znany, z dnia poprzedniego, jeszcze sprzed burzy. Dalsza część trasy to była juz nawet dla nas terra incognita. Co gorsza : nie tylko incognita, ale też ślizgovita. Przekonaliśmy się, że wczorajsza decyzja o odwrocie była ze wszech miar słuszna, liczne trawersy po płytach i (co gorsza) trawkach przy mokrej nawierzchni nie dawały żadnych szans w razie poślizgnięcia... My tymczasem posuwaliśmy się dalej granią od turni do turni, racząc się po drodze, na rozlicznych przełączkach suszonymi owocami, czekoladą czy innymi frykasami. Tak dotarliśmy aż do przełęczy Passo di Pracastron,gdzie okazało się, że brakuje tylko Damiana i Anki. Co więcej - żadne z nich nie miało przy sobie mapy okolic. Dzięki upartemu dążeniu Adama do znalezienia zasięgu udało sie nawiązać kontakt z tylną dwójką i przekazać jej, że mapę dla nich pozostawiamy na przełęczy pod jednym z kamieni. Uprzedzając fakty powiem, że mapa została odnaleziona i właściwie spożytkowana. Nasza dziewiątka ruszyła w dół, ku kolejnemu bivaccu, do którego zamierzaliśmy (jako ekipa nr I) dojść poprzedniego dnia. Chatka okazała się równie miła, jak poprzednia, jedynym mankamentem było chyba to, że woda znajdowała się tu ponad 100 m od chatki, podczas gdy w "naszeJ" kranik był tuż obok. Nie muszę chyba dodawać, że obie chatki również zostały anektowana na potrzeby klubowe ;).

Zejście od chatki nr dwa prowadziło już mniej przyjemnie w dół, odcinkami po piargu, fragmentami ścieżką wśród ładnego alpejskiego zielska, niżej juz lasem, na koniec droga jezdną, która doprowadziła nas do asfaltu. Tu juz tradycyjne wrzucenie się w stopa, kilkadziesiąt minut jazdy szaleńczymi zakrętasami i byliśmy ponownie w świecie jedzenia i picia bez umiaru !!!

Odbyły się tradycyjne czynności po-powrotowe, ze szczególnym uwzględnieniem mycia. Tradycyjnie już obejrzeliśmy prognozę we włoskiej TV. Była ona nad wyraz pomyślna. Tak więc - mimo pewnego sprzeciwu - postanowiliśmy, aby kolejne dwa dni przeznaczyć na zdobycie najwyższego szczytu okolic : Cimy Presanelli, zwanej przez nas zdrobniale Presią. Złamalismy więc niepisaną regułę, aby dwudniówki były od siebie oddzielone jednym dniem odpoczynku, lub - przynajmniej - dniem mniej wyrypiastym... Ale cóż, powiem krótko : warto było !!!

Dzień 7 czyli lipcowy śnieg w słonecznej Italii.

Rozpoczął się dla nas znacznie wcześniej, niż to jest przyjęte na wyjazdach wakacyjnych - wstaliśmy o wpół do piątej, tak aby juz chwilę po szóstej być gotowymi do wyjazdu busem pod szlak prowadzący w kierunku Presanelli. Nasza siódemka (gdyż z wejścia na Presię zrezygnowali : Ania, Aga, Damian i Marek) była - co by nie mówić - dość podekscytowana. W końcu wchodziliśmy na najwyższy szczyt msywu, taszczyliśmy (a dokładniej : ja taszczyłem) linę, dziaby, raki, dla większości z nas miał to być pierwszy "poważny" szczyt alpejski. I co by nie mówić : to był poważny szczyt. Busem udało się podjechać na nieco ponad 2000 m n.p.m. Trasa, którą jechaliśmy, można od biedy nazwać drogą - tzn. miała standard niewiele lepszy od polskich traktów, a zdecydowanie gorszy od innych alpejskich. Ale dzięki staraniom nieoenionego pana Michała, dotarliśmy krótko po siódmej na miejsce, skąd zaczynał się szlak. Początkowo droga prowadziła łągodną drogą szutrową, aby po kwadransie, zaraz za ruinami starej chatki pasterskiej, zmienić się w wąską ścieżkę prowadzącą ostro pod górkę w kierunku Rifigio Segantini. Schronisko okazało się całkiem przyjemne, ceny nie mniej przyjemne : stanardowy nocleg oznaczał zubożenie naszej kieszeni o skromne 17 Euro.... Przeliczcie sami... My w schronisku napiliśmy się (mimo napisu Aqua non potable) wody z kranu w toalecie, napełniliśmy butelki i żołądki pierwszą (choć nie ostatnią tego dnia ) tabliczką czekolady i ruszyliśmy ochoczo w górę. Tabliczka na początku szlaku, głosiła, że na szczyt są tylko 4h30. O naiwności !!!

Początek szlaku przypominał górne piętro Doliny Pięciu Stawów Spiskich : małe stawki rozrzucone pomiędzy polodowcowymi mutonami i nawet podobny kształt doliny. Tyle, że na jej końcu wznosił się Ladovy Stit, ale coś wyższego o prawie 900 metrów... Mniej więcej na wysokości 2700 szlak zaczął skręcać w lewo, w kierunku widocznej z doliny przełęczy. Podejście okazało się niełatwe : najpierw pojawił się piarg, pote,m miesznina piargu i kamieni o rozmaitej granulacji (od żwirku po coś wielkości kamienicy), wyżej zaczęło się wpierw pole śnieżne, które jeszcze wyżej przeszło w firno-lód, a przed samą przełęczą pojawił się ponownie nieprzyjemny piarg. Tym bardziej nieprzyjemne, że przez cęść z nas pokonywany w rakach.... No ale w końcu (po 3 h od wyjścia ze schroniska) byliśmy na przełęczy. Wysokość zrobiła swoje : będąca pierwszy raz na ponad 3000 m Kaśka zdradzała pierwsze objawy wysokościówki (które na szczęście bardzo szybko minęły), Poza tym humory dopisywały. Wciągnęliśmy kolejne bodaj trzy tabliczki czekolady, jakies batoniki, trochę herbatki z termosów i ruszyliśmy dalej. Kolejnym etapem była dwudziestometrowa drabinka, sprowadzająca z przełęczy w dół, pod ścianę. Początek nie zapowiadał sensacji : ot, zwykłe zejście. Jednak kiedy mniej więcej w połowie drabinka zaczęła się robić najpierw idealnie pionowa, a niżej nawet lekko przewieszona, nie było już nam tak do śmiechu. Niektórzy z nas pokonali ją bez asekuracji, inni z kolei chcieli wypróbować działanie Prusika na linie powieszonej wzdłuż drabiny. Dalsza część drogi na nastręczała problemów : zwykły marsz po rozmiękniętym śniegu aż pod ścianę, z której zwisała kolejna poręczówka. Pierwszy swoich sił spróbował Marcin. Jednak już po pokonaniu jednego metra, osunął się nagle w szczelinę brzeżną między firnem a skałą. Na szczęście węzeł na poręczówce, do którego był przypięty, utrzymał go "na powierzchni". Stwierdziliśmy więc, że z powodu kruszyzny nie da się podejść wzdłuż rozpiętej poręczówki. Adam więc podjął się zadania wejścia wyżej z dolną asekuracją (czyli e facto bez asekuracji...) i założenia nowej poręczówki przy użyciu naszej liny. BYłem mu podwójnie wdzięczny : po pierwsze za to, że poszedł, po drugie (last, but not least), że dźwigana od rana lina nie była taszczona nadaremnie.... Wejście na górę zajęło Adamowi zaledwie kilkanaście minut, drugi po nim, niemal po jego śladach poszedł Marcin, zostawiając niestety na dole plecak. W ciągu kolejnego kwadransa Marcin z Adamem zainstalowali poręczówkę i można było ruszać w górę. Wchodziliśmy oczywiście pojedynczo, przed wejściem Ani w górę (nie bez problemów pojechał plecak Marcina), mnie przypadła "zaszczytna" rola ostatniego, który wszystkiego dopilnuje z dołu. Podczas oczekiwania (ponad godzinnego) na swoją turę padało na mnie wszystko : począwszy od drobnego żwirku, który z głuchym dźwiękiem odbijał się od mojego kasu i spadał gdzieś w dół, poprzez trochę większy granulat materiału skalnego (w tym przypadku wolałem nie testować wytrzymałości kasku...),a skończywszy na krótkim wprawdzie, ale jednak, opadzie śniegu. Po powrocie do Polski musiałem się jak zwykle tłumaczyć wszystkim niezorientowanym, że ja NAPRAWDĘ byłem w Italii, a nie np. na Spitzbergenie ;). Tymzasem już wszyscy znaleźli się na górze bariery skalnej, lina znów wylądowała w moim plecak i ruszyliśmy dalej, coraz wolniej, przecież 3300 ma swoje prawa. Przez kilkanaście minut posuwaliśmy się śnieżną granią, która nagle urwała się. Po drugiej stronie niemałej przepaści stało już nasze bivacco, mała kamienna chatka. Jednak pokonanie ostatnich (w linii prostej) 100, może 150 metrów zajęło nam ponad pół godziny. Najpierw trzeba było zejść kilkadzieiąt metrów w dół po stromej skale, wzdłuż rozpiętej 10-milimetrowej poręczówki, potem nieprzyjemny trawers z duuużą ilością powietrza poniżej, na koniec trzeba było podejść dokładnie tyle samo metrów, ile przed chwilą się obniżyliśmy.

No w końcu byliśmy : Bivacco Orobica, 3386 metrów, mała kamienna chatka, niepewnie uczepiona zboczy Presanelli tuż nad stromą ścianą, schodzącą ostro do majaczącej kilkaset metrów niżej doliny. W chatce były zaledwie trzy prycze, na szczęście szerokie, na tyle, że nasza siódemka zmieściła się tam bez większych kłopotów. raki, czekany i kaski zostawiliśmy przed chatką, nasze plecaki (z bezcennymi termosami z herbatą) i my sami wylądowaliśmy w samej chatce z widokiem na Adamello oraz na leżącą na wschodzie Bocchettę. Nastąpiły tradycyjne czynności popołudniowo-chatkowe, takie jak wypakowanie się, topienie śniegu, topienie śniegu, topienie śniegu, topie..., gotowanie herbatki, wody na zupkę ch(św)ińską i inne kus-kusy, po czym, o godzinie relatywnie wczesnej, bo przed 21:00 poszliśmy spać.

I w tym momencie okazało się, że warto było iść na Presię dzień wcześniej, niż to było planowane. Z okazji 35 rocznicy ustawienia w tym miejscu naszego bivacco, na pojutrze planowana była uroczystość pod hasłem "Presanella Day". Cokolwiek by to nie miało oznaczać, widomo było, że zjawi się tu mnóstwo ludzi, bivacco na pewno będzie całe zajęte, a i droga dojściowa i zejściowa - z racji dużej ilości ludzi - znacznie mniej bezpieczna.

Dzień 8 czyli wielkie zaspanie i wielkie zejście.

Już z tytułu wynika co jak się działo tego dnia. Mieliśmy wstać po 4:00, żeby po pierwsze obejrzeć (oraz uwiecznić) wschód słońca, a po drugie wyjść jak najwcześniej, póki lodowiec nie jest rozmięknięty. Wstaliśmy ... prawie o wpół do siódmej. W takich okolicznościach postanowiliśmy iść na szczyt Presanelli bez śniadanka, aby wejść jak najwcześniej, kiedy jeszcze jest dobra pogoda i ładne widoki. Trasa na szczyt zajęła nam (w zależności od kondycji i odporności na wysokość) od 20 do 30 minut. A na szczycie : po prostu rewelka. Widok dookólny o promieniu około 200 km !!!!! Tuż (tzn ok 30 km na północ) wielki masyw Ortlera, potem pomniejsze pasma Alp Austriackich, potem Brenta z "klasycznymi" Dolomitami w tle, które na południu przechodziły w pagórkowate regiony południowego Trento, dalej południowa część masywu Adamello z wielkim lodocem pod samym szczytem podchodzącym aż pod Cima Miller, bardziej w oddali Piz Bernina a na samym końcu, tuż na horyzontem potężny i srogi masyw Monte Rosy. Naszą siódemka w ciągu kilkudziesięciu minut pobytu na szczycie wyptykaliśmy grubo ponad 150 zdjęć.

Chwilkę po nas na Presię, zatrważającą granią ze wschodu weszło dwóch Włochów, którzy niestety nie szprechali w żadnym sensownym języku, więc nie dane nam było poznać ich wrażenia z trasy. Szczyt zwieńczony jest krzyżem, stojącym niepewnie nad wielkim nawisem nad północną ścianą Presanelli. Wystaje ok 200-300 metrów nad najbliższe szczyty i wprawdzie tylko kilkanaście ponad trochę bardziej oddalone Adamello, ale dzięki odległości wydaje się, że Adaś leży znacznie niżej.

Ze szczytu zaczęliśmy schodzić, a częściowo zbiegać około ósmej. W położonym 180 metrów niżej bivacco byliśmy po niespełna kwadransie. Jeszcze schodząc szukaliśmy wespół z Adamem skrótu do szlaku prowadzącego w dół. Skrót udało się odnaleźć stosunkowo łatwo, wymagał on jednak rzeczy dość nieludzkiej : szybkiego spakowania się i rozpoczęcia zejścia na dół, nadal bez jakiegokolwiek posiłku, nie licząc małego batonika na szczycie... Cóż było robić, spakoaliśmy się rzeczywiście błyskiem i ruszyliśmy na dół. Już po kilkunastu minutach drogi okazało się, że pomysł z wczesnym wyjściem był jak najbardziej słuszny - na dnie lodowcowej dolinki leżał wieeelki głaz, porównywalny wielkością np. w naszym busem, który spadł tu przypuszczalnie krótko przed naszym przejściem niemal spod szczytu. My tymczasem obniżaliśmy się stopniowo ku... normalnemu światowi, pełnemu wody w stanie ciekłym, jedzenia, zieleni !!! Po mniej więcej godzince zejścia lód i snieg zaczął powoli ustępować, aby po kolejnych minutach zamienić się w kamienistą morenę boczną, której grzbietem wiodła dalsza część naszej trasy. Po drodze napotkaliśmy dwie grupki tej samej ekipy z Katowic, która (spawszy w Bivacco Roberti) zmierzała ranko-przedpołudniem na szczyt. My - mając już Presię a sobą - podążaliśmy ochoczo ku bivacco, przy którym - zgodnie z tym co mówili koledzy ze śląska - miała być woda !!! I była :) Początek naszej Wielkiej Uczty w Roberti to oczywiście śmieszne nieporozumienie z siódmą (jak się okazało później) osobą z katowickiej ekipy. My wzięliśmy Dankę za Włoszkę czy inną inostrankę, ona nas za Angoli, więc pzez pierwsze chwile (mimo, że paru z nas miało plecaki znanej firmy na "A") rozmawialiśmy po angielsku !!! Ale nic to, najważniejsze, że wreszcie (a było juz po 13-tej) zjedliśmy śniadanko, napialiśmy się do woli, umyliśmy co nieco (najpierw garnki, potem się) i pełni energii ruszyliśmy w ostatni etap drogi: zejście 1400 m w dół stromą ścieżką ku asfaltowi, a na koniec asfaltem i licznymi skrótami ku campingowi. Etap ten, jakkolwiek upierdliwy, poszedł nam całkiem sprawnie i już przed 17-tą byliśmy w świecie nieograniczonych możliwości konsumpcyjnych, świecie dodatnich temperatur i tego wszystkiego, czego żeśmy się sami (dobrowolnie ???) na trzy dni pozbawili.

Dzień 9 czyli Wieeeeelka Laaaaba.

Mówiąc krótko : należała nam się. Po czterech dniach intensywnego łojenia : wpierw na skałach i wśród trawek Benty, potem wśród lodów Presi, dzień odpoczynku był równie oczywisty jak przywóz destilatów z Czech czy Słowacji ;). A jako, że była to niedziela, to udaliśmy się do kościółka, potem na szybkie (żeby zdążyć przed sjestą) zakupy, potem trochę jeszcze łazęgowaliśmy po miasteczku, aby na koniec oddać się przyjemnościom typu gitarka, opalanko, spanko czy winko.

Dzień 10 czyli na trzy cztery wszyscy na lewy bok.

W tym miejscu oddajmy głos Agacie :

Skoro świt podjechaliśmy busem za Madonnę di Campiglio, po czym podzieliliśmy się na dwie grupki: Ania, Kasia, Marcin i Albert ruszyli piechotą w górę, szlakiem prowadzącym szeroką drogą do Rif. Graffer, potem dalej w kierunku małej przełączki pod Cima Groste, gdzie mieliśmy się spotkać. Ja i Adam natomiast postanowiliśmy ułatwić sobie życie i wjechać na kolejką do Rif. Stoppani na Passo del Groste, skąd czekało nas tylko parę kilometrów ledwie zauważalnego podejścia do miejsca spotkania. Oczywiście dotarliśmy tam dużo szybciej, chociaż muszę przyznać, że po pokonaniu róznicy wysokości równej 1000m w kilkanaście zaledwie minut nawet ten kawałek trasy czuło się w płucach. Mieliśmy za to trochę czasu na przywyknięcie do wysokości i korzystanie z promieni słonecznych (wtedy jeszcze było je widać!) czekając na resztę ekipy. Po spotkaniu zjedliśmy tylko małe conieco i ruszyliśmy razem na dalszą trasę, prowadzącą Via delle Bochette, czyli "drogą drabin" - chociaż ilość drabin, które przeszliśmy tego dnia możnaby policzyć na palcach jednej ręki. Trasa tego dnia była dość łatwa, i miała na celu głównie dojście do najciekawszego odcinka Bochetty, którego przejście planowalismy na następny dzień. Omijając trawersami Cima Groste weszliśmy więc na Cima Falkner (2988m), najwyższy szczyt tego dnia, po czym zboczami Campanile di Valesinella przeszliśmy do odgałęzienia szlaku idącego w dół do stojących tuż obok siebie schronisk: Rif. del Tuckett i Rif.O.Sella i rozpoczęliśmy zejście, bo mimo że do wieczoru zostało trochę czasu, musieliśmy jeszcze znależć miejsce pod nasz namiot. Trasa była dość widokowa, jednak niestety my oglądaliśmy przeważnie tylko chmury, wciąż przetaczające się z jednej strony skalnej grani na drugą. Po drodze odłączył od nas Albert, zszedł jeszcze tego dnia na camping, żeby nazajutrz ruszyć na C.Tosę. Formalnie namiotów w górach na terenie Brenty rozstawiać nie wolno, więc obawialiśmy się trochę jak to będzie - ale ceny schronisk tak czy owak były poza naszym zasięgiem finansowym, a innej możliwości przenocowania w całej środkowej Brencie nie ma. Na dole okazało się, że taki półlegalny nocleg wybiera całkiem sporo osób - wokół schronisk stało już ładne kilka namiotów, i to za cichym przyzwoleniem właścicieli schronisk. Kiedy pytaliśmy się w jednym z nich, gdzie możemy się rozbić, usłyszeliśmy: gdzie tylko chcecie, dopóki was straż parku nie złapie! W to nam graj, bo strażników jakoś nigdzie po drodze nie spotkaliśmy i mieliśmy nadzieję nie spotkać przez najbliższe 24 godziny :). Problem z namiotem okazał się zupełnie inny, niż się spodziewaliśmy - po prostu nie było gdzie go rozstawić! Mimo, że okolica z daleka wyglądała na dość płaską, z bliska okazała się litą skałą pociętą całą siecią mniejszych lub większych zagłębień, szczelin i kanałów, skąpo tylko porośniętą trawą. Wyglądało to pięknie, ale spać się na tym zdecydowanie nie dało! W poszukiwaniu czegoś lepszego schodziliśmy kawałek to jednym, to drugim szlakiem, to kawałek między szlakami, aż po ładnych parudziesięciu minutach znaleźliśmy - miejsce jak z bajki! Paręset metrów od schronisk, od których dzieliło nas pole żwiru naniesionego tu pewnie przez wodę z niewielkiego lodowczyka - albo sam lodowczyk, który mógł tu sięgać zimą - na małej polance, pośród wielkich bloków skalnych osłaniających namiot od wiatru i wzroku strażników parku :) Nawet woda była niedaleko - spływała małymi strumykami z lodowczyka znajdującego się wyżej, na C.Brenta. I widać nie nocowaliśmy tu jako pierwsi - pod skalnymi płytami znaleźliśmy palenisko i elegancko obudowane kamieniami miejsce do spania. Tak więc po wyśmienitej (w górach wszystko smakuje...) kolacji poszliśmy spać.

Dzień 11 czyli zjazd wyciągiem w cenie minus 0,5 Euro.

Pięcioosobowa ekipa (o której cd poniżej) tego dnia nadal buszowała po Drodze Drabin. My tymczasem, już pełni sił, chęci i w obliczu kolejnego dnia ładnej pogody postanowiliśmy wyruszyć na najwyższy szczyt Brenty : Cima Tosa. Już wcześniejsze rozpoznanie "kartograficzne" pokazywało, że będzie to koszmarnie długa droga, która dodatkowo wymaga podjechania wyciągiem. Jak postanowiliśmy tak zrobiliśmy. Rankiem szybki przerzut pod wyciąg. Tu niespodzianka. Okazało się, że wjazd wyciągiem w górę kosztuje 6,5 Euro, tymczasem wjazd i zjazd pięćdziesiąt centów mniej ! Mimo upływu juz sporej ilości czasu od powrotu z Włoch ciągle nie wiem jak to działa..... Cóż, Włochy.... Wyciąg tymczasem wwiózł nas na wysokość ponad 2100 m npm. Tu niestety przykra niespodzianka : aby dojść do początku szlaku pod Tosę, należy zejść prawie 300 m. Kolejny tego dnia absurd ! Niestety, i tym razem musieliśmy się mu podporządkować, ruszyliśmy więc całą czwórką (Anka, Damian, Albert i ja) w dół, aby potem długim trawersem dojść do cudownej polany Nardis położonej u stóp kilku kilometrowych ścian. Podobnie, jak wcześniej zaanektowaliśmy kilka chatek na potrzeby klubowe, tak teraz postanowiliśmy zająć tę polankę na potrzeby klubowej bazy. Wszystko ładnie i pięknie, tylko kto płaciłby bazowym za dojazd na bazę ? O rozbiciu i zbiciu już nie wspomnę.... Dalsza droga biegła już stromo w górę : najpierw nieprzyjemnym piargiem, potem już ścieżką wsród skał, miejscami pojawiała się nawet poręczówka, a przy niej figurka Matki Bożej. Ania z Damianem postanowili w tym miejscu zwolnić tempo i podejść tylko "na opalanko" do schroniska XII Apostołów. My natomiast nadal żwawo parliśmy w górę. W rzeczonym schronisku spróbowaliśmy się dowiedzieć się czegokolwiek na temat dzisiejszej pogody, ale pani z okienka nasze pytania skwitowała krótko : "Storms can be every day". Nie zrażeni takim sianiem defetyzmu poszliśmy w górę bardzo ładna moreną boczną lodowca, który onegdaj tędy spływał. Po wejściu na bezimienną przełęcz ujrzeliśmy ciąg dalszy naszej drogi : zawalony śniegiem kocioł polodowcowy, podchodzący wyżej pod kilkudzieięciometrową ścianę z drabinką. Trawers kotła okazał się łatwiejszy, niż można było tego oczekiwać. Drabinka także nie sprawiła większych kłopotów i na kolejnej przełączce wreszcie ujrzeliśmy (w przerwie między mgłą i mgłą) zbocza Cima Tosy. Na razie jednak czekało nas zejście wzdłuż rozpiętych poręczówek, potem kolejny (znacznie dłuższy tym razem) trawers po śniegu, potem ciąg nie kończących się drabinek, półek, ścianek. Suma sumarum o wpół do trzeciej - po przejściu małego mostku zawieszonego niepewnie nad ziejącą otchłanią - wylądowaliśmy tuż pod szczytem Cima Garbari, na prawie 3000 m npm i ujtrzeliśmy końcówkę naszej drogi. Był to wielka nachylona, pofałdowana ściana, przywodząca na myśl amfiteatr olbrzymów. Tuż nad nią zaczynały się łatwe, śnieżne pola podszczytowe. Niestety : zarówno późna już godzina, jak i ilość (niewielka) posiadanego przez nas sprzętu kazały powiedzieć : pas, sorry, Winnetou, ale Tosa nie tym razem. Pokręciliśmy się chwilkę po Garbarach (przy okazji odcinek z mostkiem nazwaliśmy ulicą Mostową ;) - dodam, że obie były dwukierunkowe) i rozpoczęliśmy odwrót : tym smutniejszy, że dokładnie tą samą drogą. No prawie : w miejscu, gdzie zaczynało się podejście pod stajcę kolejki my odbiliśmy w lewo, aby rozpocząc łatwe, ale niezywkle upierdliwe zejście do Carisolo. I w ten sposób, krótko po 20-tej zakończyła się Pierwsza Klubowa Próba Zdobycia Cima Tosy. Kolejnej podczas tego wyjazdu nie było...

A tymczasem ekipa Agaty walczyła na Bocchetcie :

Następnego dnia postanowiliśmy iść na lekko - zostawiliśmy namiot i sporo innych rzeczy schowane pod skałami, by wrócić po nie wieczorem. Zabraliśmy tylko trochę prowiantu i dziaby - bo zaraz na początku trasy czekał nas kawałek podejścia śniegiem, który mógł być zmrożony - i ruszyliśmy na szlak. Kiedy doszliśmy pod schroniska, płat śniegu wyglądał już mniej groźnie, więc porzuciliśmy tam nasze dziaby, żeby nie nosić ich cały dzień. Potem ruszyliśmy żwawo pod górę i po pokonaniu paruset m pionu znaleźliśmy się na Bocchettcie. Tu okazało się, że chmury, które zostawiliśmy na górze poprzedniego dnia postanowiły i dzisiaj wiernie dotrzymywać nam towarzystwa. Cóż, nie zrażając się tym faktem ruszyliśmy dalej. Cały najbliższy odcinek Bocchetty prowadził wąską półką biegnącą licznymi zakrętami i zakosami po wschodnich żebrach Cimy Brenta, trawersując ten szczyt. Gdy wyszliśmy zza skał C. Brenta, chmury na chwilę rozwiały się i ujrzeliśmy spomiędzy nich masywne, pionowo sterczące z Val Brenta alta skały najwyższego szczytu całej Brenty, Cima Tosa. Imponujący widok!... Zaliczyliśmy małą sesję zdjęciową, krótki odpoczynek i poszliśmy dalej. Dalszy odcinek Bocchetty nareszcie pokazał nam, skąd ta nazwa. Prowadząc pomiędzy sterczącymi ku niebu skalnymi iglicami to wspinał się w pionowo górę, to znów opadał równie pionowo w dół. Najdłuższa drabinka miała ze dwadzieścia parę metrów! Szliśmy niezbyt szybko, zmuszani do postojów w kolejce przed niemal każdym ubezpieczonym miejscem, bo idąca przed nami grupa Niemców czy Austriaków postanowiła wpinać się karabinkami w każdy kawałek żelaza sterczący ze skały, prawie niezależnie od szerokości idącej obok ścieżki. Tak więc w przerwach zajadaliśmy sobie kanapki, popijaliśmy gorącą herbatkę, albo po prostu wylegiwalismy się na skałach. Tak doszliśmy do jeszcze jednego fascynującego miejsca, a było nim zejście na przełęcz za Spallone d. Massodi - tuż przed przełęczą szlak prowadzi wąziutką skalną półeczką, przez sam środek olbrzymiej, pionowej skalnej ściany. Mmm, co za przestrzeń!...Niewile dalej, za Cima Molveno, skierowaliśmy się już w dół do Rif. Alimonta. Czas był najwyższy, bo było już dobrze po południu, a my przecież musieliśmy jeszcze wrócić po rzeczy! Postanowiliśmy wracać ścieżką SOSAT, która zresztą też stanowi część Bocchetty - i to całkiem ciekawą, czego początkowo się nie spodziewaliśmy. Nie mieliśmy już niestety czasu na zbyt długie delektowanie się krajobrazami czy atrakcjmi ścieżki, więc po prostu pruliśmy do przodu, żeby przed zmrokiem zdążyć zejść na dół, a przynajmnej do bezpiecznej, prostej drogi. Schodząc zabraliśmy spod Rif. del Tuckett nasze dziaby, potem rzeczy zostawione rano przy naszej polance. Dalej minęliśmy już tylko Rif.Casinei, potem Rif Valesinella i zeszliśmy na boczną asfaltówkę dochodzącą dalej do głównej dogi między Madonną di Campiglio a S.Antonio. Zejście było łatwe i dobrze oznaczone, ale dość długie, szczególnie że mieliśmy już te wcześniejsze parę kilometrów w nogach. Ale to nie koniec - z drogi trzeba było jeszcze złapać stopa... I tu zdarzył się cud - zostaliśmy zabrani z bocznej drogi od razu wszyscy w piątkę, i to nie tylko o głównej asfaltówki, ale aż pod sam camping! A potem był już tylko prysznic, pyszne jedzonko i cieplutki śpiworek...

Dzień 12 czyli fatum jeziorek ciągle działa.

Jak już zostało to powiedziane tuż powyżej, ekipa z Drogi Drabin wróciła (delikatnie mówiąc) późnawo. Wiadome więc było, że tego dnia nic ambitnego nie zrobimy, skończy się na jakimś niewinnym spacerku lub wręcz na dniu totalnego leserstwa. No i przypuszczenia się sprawdziły, zwlekliśmy się ze śpiworów póóóźno, z niechęcią do czegokolwiek konkretnego i po dość długiej i równie jałowej ;) dyskusji postanowiliśmy pojechać tego dnia nad Jezioro Garda. Było tylko jedno ale : bus był ośmio, no w porywach dziewięciomiejscowy, a nas było jedenastu.... Wyszło suma sumarum, że Ania i ja zostajemy na campie "pilnując dobytku", podczas gdy reszta ekipy odwiedzi owo słynne podgórskie jezioro. Oczywiście wraz z Anią byliśmy pełni niepokoju o pogodę nad Gardą - fatum jeziorek chyba ciągle działało !!! I oczywiście mieliśmy rację : nad Carisolo tylko krążyły jakieś ciemne chmury, nie dając jednak z siebie nic, tymczasem ekipa jeziorna (oczywiście) zmokła...

Dzień 13 czyli od chatki do chatki.

Ten dzień, wraz z kolejnym był przewidziany na ostatnią dwudniówkę. Według wstępnych planów miało to być Adamello, drugi co do wysokości szczyt okolic, zwieńczony wielkim lodowcem typu skandynawskiego. Niestety : z tego właśnie powodu konieczne byłoby wstanie z psiworka o godzinie skrajnie nieludzkiej typu 1 w nocy.... Podejście nocne do bivacco, tam kiblowanie cały dzień, znów wstanie o dziwnej godzinie, bladym świtem na szczyt i powrót w doliny. Nam, zmęczonym już trwającym od kilkunastu dni wyjazdem, trochę nie chciało się dwie noce z rzędu wstawać o tak dziwnych porach, postanowiliśmy więc wyruszyć na krótszą i łatwiejszą trasę dwudniową.

Trasa okazała się - dzięki Bogu - naprawdę łatwa, choć miejscami wymagała (jak to w Alpach) trochę wzmożonej uwagi. Wyruszyliśmy busem (znów w 11 na 8 miejscach...) do przysiółka Zeller położonego kawałek nad Tione di Trento. Tam szybko znaleźliśmy początek szlaku, który przez pełen spadających kropli las wyprowadził nas na uroczą polankę z widokiem. W tak pięknych oko... , oj sorki, to nie to zdjęcie ;), ... przyrody, spędziliśmy kolejne kilkadziesiąt minut czekając na Marcina, który się pogubił w lesie oraz obserwując pasące się jałówki, niekoniecznie na zboczach Gubałówki. Potem - już w komplecie - ruszyliśmy dalej ku pierwszej chatce, uroczo położonej na niespełna 2000 metrów. Chatka była zaoptarzona we wszystko co trzeba do przeżycia, miała jednak ten mankament, że była trochę mała i chyba tylko dzięki temu nie została zaanektowana na potrzeby Klubu. Chatka miała też malutki kibelek, wyróżniający się napisem "Il gabinetto". W Damianie zabuzowała krew Prezesa (jak wiadomo Prezesi mają swoje gabinety), więc owo gabinetto nawiedził. Dalsza część trasy wiodła zboczami doliny. Tu niespodzianka : wzdłuż ścieżki na owych zboczach rosła - zwyczajem górskim - trawa, miejscami zresztą dość wysoka. Tylko miejscami, gdyż tamtędy przechadzał się Pan z Kosiarką i owe trawy ścinał. Cóż, co kraj to obyczaj. Tymczasem my dotarliśmy do jeziorek Laghi di Valbona (o dziwo nie zaczęło padać !!!). Tradycyjna mała sesja fotograficzna i ruszyliśmy dalej, ku przełęczy Bochet di Valsorda. Końcowe metry podejścia były ubezpieczone poręczówką, całkowicie jednak niegroźną dla takiej grupy jak nasza : okrzepłej w bojach Presi, Tosy czy Bocchetty. Zejście z przełęczy prowadziło wśród niekończącego się morza złomów ku kolejnej - drugiej tego dnia chatce. Tym razem miało to być typowe bivacco - z pryczami, stołem itepe. Jednak zastane przez nas w chatce warunki szybko wygoniły nas na dwór, gdzie kończyliśmy nasz lunch pod gołym niebem, nie bacząc na coraz silniejszą mżymżawkę. Ale przynajmniej wiedzieliśmy, że fatum jeziorek ciągle działa !!! Z Bivacco della Cunella podeszliśmy krótko (lecz treściwie) na grań i zaczęliśmy najbardziej upierdliwe (i niebezpieczne) tego dnia zejście. Trudności skalne były niemal zerowe, ale nadzwyczajna kruchość skał i ciągle siąpiąca mżawka powodowały, że szliśmy naprawdę ostrożnie. Pod koniec zejścia deszcz rozpadał się na dobre. Nam na szczęście udało się schronić w ruinach chatki położonej w dolinie Valetta. Ze względu na częściowy brak ścian, a miejscami i dachu, również ta chatka nie znalazła się na stanie Klubu.

Kiedy tylko deszcz nieco ustał, ruszyliśmy w nasze ostatnie tego dnia podejście - ku Bivacco Casina Dosson. Miało ono mieć 10 miejsc, jednak w praktyce pomieści się tam znaaaacznie więcej osób i to niezależnie od stopnia zażyłości. Chatka ma tylko jeden minus : brak pryczy, śpi się na gołej desce... No a nasze karimaty radośnie odpoczywały w towarzystwie pana Michała w Carisolo.... Cóż, i tak noc uważam za całkiem niezłą, niestety krótką, gdyż jeszcze przed "zgaszeniem światła" Marcin ustawił swoją cud-komórę z cud-melodyjkami na 4:00...

Dzień 14 czyli przestaje nam się chcieć.

Zgodnie z zapowiedziami wsta... obudziliśmy się o 4:00. Na dworze ciemno jak ... wiecie gdzie :), w chatce dokładnie tak samo. Dopiero zapalenie dwóch czołówek uświadomiło nam, że na tym padole światłość istnieje. Po półgodzinnych zmaganiach z Orfeuszem zeszliśmy po drabinie na parter chatki (gdzie był jadalnio-kuchnio-pokój_dzienny) i wyjrzeliśmy na dwór. Wałęsające się tu i ówdzie chmury nie wróżyły niczego dobrego, spodziewaliśmy się, że ze wschodu słońca wiele nie wyjdzie. Ale rzeczywistość okazała się nieco lepsza od oczekiwań. Wprawdzie sam wschód zaginął gdzieś wśród altocumulusów pałętających się po wschodniej stronie nieba, ale parę ładnych widoczków się trafiło. Na przykład taki, albo taki ..... Gdzieś po szóstej (kiedy już postanowiliśmy zacząć się zwijać) w ruch poszły Epigazy, menażki i lllooodddooowattto zimna wody z przepływającego nieopodal potoczku. Potem szybkie, wprawne spakowanie się i ... w górę ! Początek dnia to 400-metrowe podejście na bezimienną przełęcz 2768m skąd długim trawersem, dostaliśmy się do schroniska Care Alto. Szarość granitu na trawersik urozmaicały nam od czasu do czasu pojawiające się nieoczekiwania świstaczki. Schronisko, do którego dotarliśmy po 11-tej miało typowo alpejskich charakter : tzn drogo, sterylnie i z ładnymi widokami. Obok schroniska stała - jak głosiła mapa - "Chiesetta russa". Jeśli jednak ktoś z Was liczy na małą cerkiewkę (jak wynikałoby z nazwy), to sie grubo rozczaruje. Była to "normalna" kapliczka, okupowana zresztą przez stadko Włochów. Ciekawiej było obok kościółka : stary, przerdzewiały moździerz z I Wojny światowej strzegący zazdrośnie lądowiska dla helikopterów oraz interesująca mozaika, wykonana wprost na granitowej ścianie. Po herbatce w schronie (1,5 E za kubek !!!) postanowiliśmy (mimo całkiem przyzwoitej pogody - to chyba efekt braku jeziorek na trasie) wiać na dół najkrótszą drogą, wszystkim, z wyjątkiem Alberta oczywiście - nie chciało już się męczyć nóg kolejnymi godzinami. Zeszliśmy więc stromą, zygzakującą ścieżką w dolinę Palugo, niżej wąska ścieżyna zmieniła się w szerszy dukt leśny, a jeszcze niżej w asfalt, którego upierdliwość da się porównać chyba tylko do Moka. Końcowe kilometry to podjechanie stopem do Carisolo. W ten oto sposób zakończyła się nasza ostatnia wycieczka w Alpach Anno Domini 2002.

Dzień 15 czyli Trzyzębny zwycięzca czterech skoczni.

Pakowanie - jak na nasze możliwości - poszło sprawnie. Na tyle, że o umówionej godzinie wszyscy byliśmy gotowi do wyjazdu. Pomogła nam w tym piękna słoneczna pogoda, dzięki której namioty szybciej wyschły. Bus tym razem uginał sie trochę mniej - bądź co bądź w Alpach zostało trochę spalonych przez nas kalorii i dziesiątki (jeśli nie setki) kilogramów żywności całej ekipy. Z Carisolo wyruszyliśmy jeszcze w dziewiątkę, aby po kilkunastu kilmetrach zostawić, na przydrożej stacji benzynowej Anię, która musiała jeszcze podjechać kawałek, aby spotkać się z rodzicami nad Gardą. My tymczasem pomknęliśmy dalej, ku Trydentowi, nazwanemu tak na część trzyzębego Neptuna, którego pomnik można oglądać na centralnym placu miasta. Na obejrzenie Trydentu postanowiliśmy przeznaczyć 3 godziny - wystarczyło, aby zrobić zakupy (i wykorzystać niższą niż w Polsce akcyzę...), obejrzeć uroczy renesansowy ratusz, pałac biskupi, w którym przed ponad 400 laty odbywał sie sobór trydencki czy po prostu poszwędać się wąskimi uliczkami miasta. PO 14 ruszyliśmy w dalszą drogę - już ku Austrii, a konkretnie ku Innsbruckowi. Już wzjeżdżając do miasta stromą i krętą drogą zobaczyliśmy miejsce sromotnej porażki naszego mistrza Adama nad teutońskim rywalem Hannawaldem. Miasta na szczęście oferuje turystom więcej, niż tylko skocznię. Jest sympatyczny deptak w centrum, wieża ratuszowa (2,50 E), z której można zobaczyć nie tylko miastao, ale i okoliczne pasma górskie, kościół, w którym wiszą reklamówki pewnej ogólnopolskiej rozgłośni z Torunia oraz (o ile uznać to za atrakcję) stadka turystów z kraju przekwitłej wiśni. No i nie można zapomnieć o restauracji serwującej jedzenie inne niż wszystkie, gdzie w WC spotkała się cała ekipa.

My tymczasem krętą drogą wyjeżdżaliśmy na przełęcz oddzielająca Austrię od Niemiec, aby potem łagodnie zjechać do słynnego Ga-Pa i jadąc dalej ku półnicy powoli pożegnać się z coraz łagodniejszymi i zielonymi Alpami, a na koniec ich przedgórzem. W ten sposób już definitywnie zakończyła się nasza tegoroczna Wielka Przygoda. Pozostawało juz tylko kilkanaście godzin jazdy do zwykłej i płaskiej Polski...

Informacje praktyczne.

Dojazd

Pociągiem : najlepiej przez Niemcy wykupując tam Schoenes Wochenende Ticket, koszt 28E na 5 osób. Jazda przez Czechy (mimo, iż krótsza odległościowo), dłużej trwa, choćby ze względu na większą liczbę granic. Dodatkowo dłuższy odcinek pokonujemy przez Austrię, w której bilety są droższe niż w Niemczech, nie wspominając o Czechach.

Autobusem : w interesujący nas rejon wg mojej wiedzy nie jeździ żaden bezpośredni autobus z Polski. MOżna natomiast jechać do Wenecji lub Verony i stąd udać się komunikacją lokalną w góry lub też do Monachium i stamtąd komunikacją niemiecką lub autriacką do Bolzano lub Trydentu.

Komunikacja lokalna

Działa znacznie gorzej niż np. w Polsce, ale lepiej niż w innych regionach górskich Włoch. Na linii Carisolo - Madonna di Campiglio jest dziennie 8 połączeń (w tym 2 bezpośrednie z Mediolanu), z Carisolo do Tione jeździ już 10 autobusów, a bezpośrednio do Trydentu - 5. Ceny za kilkunastukiloemtowy przejazd w granicach 2-2,5 E, za 50 km około 6E.

Zakwaterowanie

Do wyboru, do koloru. W okolicy jest naprawdę sporo hoteli, hotelików, pensjonatów, campingów. Nocleg na campingu można znaleźć już za 5-6 E, choć bywają droższe. Noc w pensjonacie to wydatek w granicach 15E, a w hotelu jeszcze więcej. Alternatywą dla noclegów w dolinach jest spanie w górach. Tu są generalnie dwie możliwości : w schroniskach, gdzie za najtańszy nocleg płaci się od 7E wzwyż, chociaż regułą są ceny powyżej 10E. Osobom chcącym trochę zaoszczędzić, a przy okazji spędzić noc w pięknych okolicznościach przyrody, polecamy bivacca - małe darmowe chatki w górach, na ogół położone w trstegicznych miejscach, czasem jednak trochę z boku szlaku. Takich chatek jest mnóstwo w masywie Adamello-Presanella, natomiast bardzo mało w Brencie. Chatki są często wyposażone w zestaw podstawowych narzędzi (typu łopata, piła itepe), zwykle w pobliżu bivacca przepływa potok. BTW : polecam poranne mycie się w takich ciekach wodnych - obudzenie gwarantowane :)))

Szlaki

Generalnie są znacznie gorzej wyznakowane niż w Polsce, chociaż bywają pozytywne wyjątki. Często można wędrować kilkanaście (dziesiąt...) minut nie widząc znaku szlaku. Jednak - w przeciwieństwie do Polski - nikt nas nie ukarze za podążanie własnymi ścieżkami. W większości trudniejszych miejsc szlaki są ubezpieczone : standardem Alp jest zabezpieczenie poręczówką (stalową liną o średnicy 12-15 mm), czasem jednak pojawiają się też drabiny, sztywne poręcze, czy wręcz poręczówka wykonana z normalnej liny dynamicznej 10-11 mm.

Ceny

Ogólnie polskie razy 2, czasem nawet więcej. Tak więc opłaca się brać jak najwięcej produktów spożywczych z sobą z Polski. Są też wyjątki : tańsze we Włoszech są niektóre owoce, makarony i alkohole. Bardzo niesmaczny, okropny, gumowaty, itede jest chleb. Robiony jest on chyba w proporcji : 1 jednostka mąki, 10 jednostek powietrza. W miarę zjadliwe są jeszcze bułki, które jednak kupuje się (sic !!!) na kilogramy. Z zaopatrzeniem nie ma problemów, sklepy są też zwykle czynne w weekendy, jedyną upierdliwością jest sjesta, trwająca około 3 godzin, od 12:00 do 15:00. Ale przecież w tych godzinach i tak zawsze jesteśmy w górach :)))

W razie jakichkolwiek pytań, proszę o maila do mnie.

Rafał Jankowiak

<< powrót

© 2008 - 2012 Akademicki Klub Górski „Halny” Poznań