Relacje

Obóz górski
Alpy Julijskie, Słowenia
03-18.VII.1999

Obudziłem się "skoro świt" - czyli po siódmej, był piątek 20 lipca, deszcz już od ponad trzydziestu godzin walił, z krótkimi tylko przerwami, w dach namiotu, a błyskawice waliły w okoliczne góry z częstotliwością niewiele niższą od używanej przez komórki UMTS. Podjęta godzinę później decyzja była krótka i ostateczna - wyjeżdżamy, opuszczając Alpy Julijskie co najmniej do przyszłych wakacji, albo i dłużej...

Dzień "0" - Wyjazd czyli suche mokrego początki.

Cała impreza pod hasłem AKG Halny - Alpy Julijskie zaczęła się właśnie tu - na parkingu przed dawną rzeźnią przy Garbarach. Tu właśnie załadowaliśmy się do busa, aby wyruszyć w prawie 1100 - kilometrową podróż przez Czechy i Austrię. Załadunek poszedł - mimo niesamowicie olbrzymiej ilości naszego bagażu - całkiem sprawnie. Namioty, kaski i karimaty gdzieś pod siedzenia, plecaki duże na tył, a małe pod nogi. Do Wrocławia było jeszcze znośnie, dalej (gdy już wsiadła Agata i jechaliśmy w komplecie) - trochę ciasnawo. Ale w końcu Halniakom wiele do szczęścia nie potrzeba, zwłaszcza, że wielkimi krokami zbliżała się Wielka Przygoda. Około wpół do pierwszej obudziły mnie światła przejścia granicznego w Boboszowie. Najpierw bardzo sympatyczna polska "pograniczka", potem bardzo zdziwiony Czech i już byliśmy za granicą. Zdziwiony - a to dlatego, że na postawione pytanie "Kam jedete?" usłyszał : "Słowenia - grupa taternicka"; Taternicka.... Ale niech tak zostanie.

Dzień "1" - Wielka pomyłka, czyli dlaczego zwiedziliśmy całą Słowenię pierwszego dnia.

Po raz kolejny obudziły nas światła granicy austriackiej Mikulov - Drasenhofen. Tej właśnie granicy baliśmy się najbardziej - wiadomo, Austriacy najbardziej lubią trzepać polskie bagaże, zwłaszcza teraz - w obawie przez BSE i innymi pryszczycami.... Tymczasem samochodem, który podjechał przed nami na odprawę była BMWica zapełniona ludźmi (sztuk trzy) o fizjognomii pozwalającej na natychmiastowe i bezwarunkowe przyłączenie się do ekipy pruszkowskiej względnie wołomińskiej. I to właśnie to autko Austriacy postanowili dokładniej sprawdzić. Nam się znów udało!

Po niespełna godzinie jazdy był już Wiedeń, wyglądający o tej porze naprawdę baśniowo - wieże kościołów, dachy kamienic unoszące się nad wczesno-poranną mgiełką. Ale tym razem nie było nam dane zwiedzać stolicy Franza Josefa, tylko szybko wjechaliśmy na A2 i pomknęliśmy na południe. Przed Grazem pojawiły się drogowskazy "Slovenija (" , więc pojechaliśmy za ich radą zjazdem z autostrady w prawo. Sęk w tym, że owszem prowadziły one do Słowenii, ale jedynie do Ljubljany przez Maribor. Nasz zjazd znajdował się całe 150 km dalej, koło Villach, tuż przez granicą włoską. Ale cóż, skoro powiedziało (a raczej pojechało) A, to trzeba powiedzieć B. Wyjazd z Austrii był jeszcze łatwiejszy niż wjazd, Słoweńska "pograniczka" zapytała tylko (po polsku !!!) "Sami Polacy?" i po usłyszeniu przytakującej odpowiedzi machnęła ręką. Słowo stało się ciałem - byliśmy w Słowenii. Kantor (z całkiem niezłym kursem), jakaś mała mapka autostrad i jazda. Pomyłkę w zjechaniu z autostrady okupiliśmy długim telepaniem się słoweńskimi nacjonalkami, chociaż przyznać trzeba, że to małe państewko ma więcej autostrad niż my, mimo kilkunastokrotnie mniejszej powierzchni... Mimo tych wszelkich przeciwności losu krótko przed 15:00 dojechaliśmy do Trenty - małej wioski w sercu Alp Julijskich, która miała być naszym domem przez najbliższe dwa tygodnie.

Popołudniem nastąpiły tradycyjne czynności campingowe - tzn. trzeba było znaleźć kawałek pola na nasze namioty (sztuk cztery), postawić rzeczone, rozlokować siebie i bagaż, przeczekać burzę, aby wreszcie wieczorem ogłosić Wielkie Spanie.

Dzień "2" - Małe jest piękne, czyli pierwszy i ostatni widok ze szczytu.

Pobudka nastąpiła o godzinie wyjątkowo (jak na wyjazd górski) późnej, czyli po ósmej. Pierwsze śniadanko na ziemi słoweńskiej, wsiadka do busa i jechane - tylko 14 km w poziomie i 1 km w pionie na przełecz Vrsi(. Stąd najpierw krótkim szlakiem na przełęcz Vratica, potem śniegiem pod północną ścianę Malej Mojstovki (2332). Tutaj zgubiliśmy się po raz pierwszy (ale nie ostatni) na wyjeździe - poszliśmy za daleko polem firmowym, ale nic to. Pierwsze oszpejenie się - kaski na głowę, uprzęże na ... wiecie na co, przypięcie lonż i w górę. Dotychczas sądziłem, że uprzęży nie da się założyć do góry nogami, ale Agata szybko wyprowadziła mnie ze stanu nieświadomości - da się ! Ferrata okazała się bardzo sympatyczna i całkiem łatwa, po 2h30 byliśmy na szczycie. Panorama fajna, ale bez rewelacji. Wprawdzie widać było znaczną część Alp Julijskich (z górującym po przeciwnej stronie przełęczy Prisojnikiem), Alpy Sawińskie, i choć gdzieś daleko na zachodzie majaczyły Dolomity, to jednak góry austriackie (z Grossglocknerem włącznie) tonęły w chmurach. Zejście na początku nieprzyjemne, po luźnym piargu rozsypanym na stromych płytach, potem już głębokim piargiem, idealnym do piargozjazdu. Nie trzeba nas było zachęcać. Popołudnie to stosunkowo szybki powrót stopem na dół, obiado-kolacja, gitarka przed namiotami... Czyli to wszystko, co po dniu w górach tygryski lubią najbardziej.

Dzień "3" - Wielkie wycof, czyli PRS.

Plany były ambitne - dwa wybitne szczyty obok siebie : Planja i Razor. Dla kilku z nas (tzn tych, co chodzili tylko po Tatrach i tylko legalnie) miał to być rekord wysokości (Razor : 2602), poza tym pierwsza "ambitna" wycieczka alpejska. Początek nie zapowiadał kłopotów. Z centrum Trenty dotarliśmy do jej "przedmieść" w dolinie Zadnicy, skąd międzywojenną mulatierą (drogą, którą mułami dostarczano do schronisk żywność) do schroniska im. Poga(nikova. Podejście co najmniej upierdliwe (1400 m pionu), ale byłoby zupełnie fajne widokowo. Byłoby - gdyż nagle nadciągnęły chmury i już od mniej więcej 1300 m npm wzwyż wędrowaliśmy we mgle, która podczas zbliżania się do schroniska przechodziła w coś bardziej ciekłego. W chacie - superpyszna herbatka i decyzja : mimo wszystko idziemy dalej. Ścieżka w kierunku Planji i Razora prowadziła dalej najpierw rumowiskiem skalnym, potem po trochę śliskich, nieubezpieczonych płytach, w końcu po płatach śniegu. Kiedy nieco poniżej przełęczy pod Planją widoczność zmalała do kilkunastu metrów, a mgła zaczęła przechodzić już nie tylko w stan ciekły, ale i powoli stały, podjęliśmy decyzję o wycofie. Jackowi udało się jednak zebrać grupkę (w składzie sam on, Hipcio i Marek), która zechciała pójść dalej. Grupka o mało nie rozrosła się do osób już pięciu, jednak w obliczu koncepcji PRS (Planja - Razor - Spadamy stąd) większość z nas postanowiła wycofać się na z góry upatrzone pozycje w Poga(nikov Domu i wypić kolejną herbatkę. Herbatce towarzyszyły całkiem ambitne dyskusje o polskiej polityce monetarnej, więc podbudowani informacjami o rychłym i co gorsza nieuchronnym nadejściu Wielkiego Kryzysu, rozpoczęliśmy zejście mulatierą na dół.

Ale oddajmy głos Markowi : Jacek, Hipek i ja postanowiliśmy, pomimo fatalnej pogody, iść dalej na przełęcz Planja. Głównym powodem był totalny brak chęci do schodzenia tą samą drogą, którą wchodziliśmy (a droga była niezwykle upierdliwa). Początkowy odcinek (szlak nr 82), prowadzący kotłem pokrytym śniegiem, przeszliśmy niezwykle szybko, pomimo braku szlaku. Po kilkunastu minutach wyszliśmy na przełęcz i ku naszemu zdziwieniu druga strona była prawie bezchmurna. Pozwoliło nam to ujrzeć sąsiednie szczyty (Planję i Razor) i dokładnie je sfotografować. Dolina po drugiej stronie przełęczy skąpana była cały czas w słońcu i to nas utwierdziło w przekonaniu, że słusznie postąpiliśmy idąc dalej. Szlak mocno eksponowany biegł przy ścianie Razora, początkowo po płytach skalnych, później po drobnym materiale skalnym. Często pojawiały się czapy śnieżne, które podnosiły poziom adrenaliny. Cały czas można było obserwować południowe ściany Prisojnika, które majestatycznie górowały nad wijącą się w dolinie rzeczką Mlinaricą. Po zejściu do wysokości 1800 m. n.p.m. zaczęliśmy trawersować południowe zbocza Prisojnika, często przechodząc przez osuwiska skalne. W końcowym etapie naszej wędrówki weszliśmy w las i stromo w dół pomknęliśmy do szosy, prowadzącej z przełęczy Vrśić do Trenty. Na kempingu zlądowaliśmy przed zachodem słońca, niedługo po ekipie, która zawróciła.

Dzień "4" - Wąwóz Boka, czyli śladami kapitana Mendozy.

Już poniedziałkowy wieczór wskazywał na to, że wesoło nie będzie. Chmury gromadziły się nad kempingiem od wieczora, więc wtorek ładny wstać nie mógł. I nie wstał. Po krótkiej dyskusji postanowiliśmy podjechać do najbliższego miasteczka, czyli Bovca, aby obejrzeć dwie okoliczne atrakcje : wąwóz Boka z wodospadem oraz twierdzę Klu(e. Oraz oczywiście zrobić trochę większe zakupy w Bovcu, tym bardziej, że szykowała się wieczorna impreza - tzn. kolejne 18 ;) urodziny Agaty.

Do wodospadu można podejść dwiema drogami - z mapy wynikało jednak, że ścieżka na prawym brzegu dochodzi tylko do połowy, podczas gdy na brzegu lewym - pod sam wodospad. Wybraliśmy więc tę drugą. Dopiero tego dnia zrozumiałem, dlaczego łażenie z ciężkim worem pod górę wzdłuż wodospadu było dla Rodriga Mendozy pokutą.... Dla nas było nie mniejszą, mimo, iż żaden z nas nie miał niczego (poza przemytem paru rzeczy przez Austrię ;) ) na sumieniu. W połowie podejścia odłączył się od nas kierowca, dla którego włażenie po oślizgłych kamieniach i korzeniach przeplatanych piargiem było trochę ponad siły. My dotarliśmy do końca, aby obejrzeć... górny próg wodospadu. Okazało się, że ze szlaku niższego widać o wiele więcej, a najwięcej - podchodząc po prostu kamieniami w łożysku potoku kilkanaście minut od parkingu. Mądry Polak po szkodzie....

Popołudnie zeszło na przedwieczornych zakupach oraz na obejrzeniu twierdzy Klu(e. Została ona zbudowana w początkach XVII wieku dla ochrony traktu prowadzącego z Bovca na przełęcz Predel i dalej do Włoch. Twierdza nas raczej nie zachwyciła, więc czym prędzej ruszyliśmy w drogę powrotną, ku imprezie.

Odbyła się ona przy ognisku, przy brzdękach gitary, z kiełbaskami, winkiem macedońskim i co kto tam jeszcze lubi....

Dzień "5" - Triglav po raz pierwszy, czyli noc z Chipem i Dailem.

Jeszcze poprzedniego wieczoru podzieliliśmy się na dwie ekipy : tych, co będą atakować Triglav już jutro i tych, co zrobią to dzień później. Podział taki był konieczny ze względu na pojemność Biwaku pod Luknjo - małej chatki (z 6 materacami), w której mieliśmy spędzić noc. Miała to bowiem być (i była) trasa dwudniowa.

Wyruszyliśmy stosunkowo późno, czyli po wpół do dziewiątej. Początkowo trasa biegła mulatierą wyprowadzającą na przełęcz Luknja, na którą dotarliśmy krótko po 12-tej. Tu rozpoczęły się gorące spory - a może by jeszcze tego samego dnia, zamiast schodzić do chatki, wejść na Triglav i przenocować gdzieś w krzakach ??? Godzinne rozważania zakończyły się jednak decyzją (jak się później okazało, ze wszech miar słuszną), aby trzymać się planów i zejść do Biwaku. Przeważył głos Pawła oraz fakt, iż Jacek zapomniał wziąć z kempingu kurtki. A więc czekało nas już tylko półgodzinne zejście piargiem do chatki. Na miejscu byliśmy już o wpół do drugiej - to niezwykle wczesne zakończenie dnia. Spać mieliśmy na stryszku z materacami, nad którym znajdowało się poddasze, po którym COŚ chodziło, czy raczej biegało. Dół chatki był kuchnio-jadalnią, niestety zamkniętą na klucz. Znajdował się on rzekomo w położonym niemal pół kilometra niżej Alja(ev Domu, a próby otwarcia parteru przy pomocy grabi i łopaty spełzły na niczym... Więc spaliśmy, jedliśmy itepe u góry. Jeszcze przed zachodem słońca niebo pokryły chmury, które nie wróżyły nic dobrego. Nadal jednak łudziliśmy się, że jutro z samego rana ruszymy na Triglav. O naiwności !!!

Krótko po "zgaszeniu światła" (czyli, dla niewtajemniczonych - po zachodzie słońca), nasze COŚ z poddasza wzmożyło aktywność. Okazało się, że jest to... Nie, nie bójcie się, żadne tam URO (Unidentified Running Object), ani Struś Pędziwiatr, ani Królik Bugs, ale po prostu dwie urocze popielice - futrzaki podobne do wiewiórek (tzn. pół długości to futrzak, reszta to ogon) z dużymi czarnymi oczkami. Później nazwaliśmy je "roboczo" Chipem i Dailem (gdyż były tylko dwie), nam one w żaden sposób nie przeszkadzały, w przeciwieństwie do drugiej grupy... Ale nie uprzedzajmy faktów.

W każdym razie tego wieczoru poszliśmy spać z kurami, to jest, chciałem rzec, z wiewiórkami, tzn. ok. 21:00, przy akompaniamencie deszczu bębniącego o dach biwaku.

A tymczasem ekipa Marka walczyła na Prisojniku... : Tego dnia zapowiadała się piękna pogoda. Z tego powodu sprawnie i szybko wyskoczyliśmy z naszych wigwamów i po krótkim namyśle postanowiliśmy za cel naszej dzisiejszej podróży uznać Prisojnik (2547 m. n.p.m.). Z kempingu podjechaliśmy busikiem na przełęcz Vrśić (1611 m. n.p.m) i stamtąd weszliśmy na szlak, który prowadził pod ścianę Prisojnika. Początkowo szlak (nr 169 wg numeracji P. Nowickiego, zamieszczonej w przewodniku pt. "Słoweńskie Alpy Julijskie") biegł szeroką magistralą, która po pewnym czasie zaczęła się zwężać, by w końcowym odcinku stać się wąską ścieżynką wijącą się pośród krzaków kosodrzewiny. Dróżka momentami znikała i wówczas musieliśmy iść na ślepo w kierunku ściany skalnej. Po kilkunastominutowych bojach z gałęziami kosodrzewiny wyszliśmy na łączkę i doszliśmy do rozwidlenia szlaków. Widząc potęgę góry, z coraz większą ochotą zaczęliśmy zmierzać w kierunku via ferraty. Po pewnym czasie ujrzeliśmy kilkadziesiąt metrów niżej śmiałków, którzy już wspinali się po pionowej ścianie. Podeszliśmy do żelaznej drogi, założyliśmy kaski, uprzęże itp., i co najważniejsze, posililiśmy się troszeczkę co by nie zabrakło nam sił. Pierwszy odcinek przeszliśmy wyśmienicie - straciliśmy tylko etui do okularów Hipcia; okulary zostały zatrzymując się na półce skalnej. Po skomentowaniu powyższego zdarzenia żwawo ruszyliśmy do góry. Kolejny etap prowadził szeroką półką skalną o niewielkim nachyleniu. Co jakiś czas pojawiały się stalowe ubezpieczenia. W dali ujrzeliśmy majestatycznie wyglądający szczyt Prisojnika. Podziwiając otaczający nas krajobraz, doszliśmy do komina skalnego, którym zaczęliśmy się wspinać. W końcowym odcinku komin się załamywał, a jego przejście wymagało od nas niemal akrobatycznych zdolności. W tym miejscu, podczas wykonywania zdjęcia, straciliśmy tylko osłonę przeciwsłoneczną od obiektywu, która z gracją poturlała się w przepaść. Wyższe partie góry przywitały nas ogromnymi płatami śniegu, zalegającymi w ocienionych miejscach. W wyniku tego część ferrat znalazła się pod śniegiem i trzeba było ostrożnie przechodzić bez ubezpieczenia. Dodatkowym utrudnieniem był sypiący się spod butów drobny granulat skalny, który sprawiał, że czuliśmy się jak na rolkach. Podczas trawersowania niewielkiego płata śniegu jeden z kolegów miał kilkumetrowy dupozjazd, zakończony efektownym hamowaniem na piargu. Na szczęście, oprócz kilku zadraśnięć Sławka i zatrzymania na chwilę akcji serca pozostałych uczestników, nic się nie stało. Po przymusowym odpoczynku ruszyliśmy dalej w kierunku największej atrakcji szlaku, a mianowicie Wielkiego Prisojnikowego Okna. Potężny otwór w skale o długości około 100 m. i wysokości 60 m. robił niesamowite wrażenie. Wyjście na drugą stronę okna zakończone było efektowną ferratką. Z Prisojnikowego Okna wczłapaliśmy się na grań (część szlaku nr 170), która prowadziła na sam szczyt Prisojnika. Grań wyglądająca bardzo okazale, częściowo z ubezpieczeniem, pozwalała na podziwianie widoków na wszystkie strony świata. Po ponad godzinnym zmaganiu się z granią weszliśmy na szczyt Prisojnika. Niestety zobaczyliśmy niewiele, gdyż naszły chmury i zmusiły nas do sprawnego zejścia ze szczytu. Zaczęliśmy z drugiej strony górki schodzić w dół (szlak nr 171). Początkowo dreptaliśmy po piarżyskach, co jakiś czas przechodząc przez pola śnieżne, później weszliśmy na łączki górskie z mnóstwem przepięknych kwiatów. W końcu wkroczyliśmy w otchłań lasu i prowadzącą ostrymi zakosami ścieżynką dotarliśmy do szosy, która prowadziła do Trenty. I jak to na Polaków przystało grzecznie stopem przyjechaliśmy na kemping.

Dzień "6" - Triglav cd, czyli ile kalorii ma pasta do zębów.

Poranek wstał dokładnie taki, jak wieczór - z ciężkiej ołowiano-szarej zasłony chmur toczyły się niemałe krople deszczu. Kiedy obudziło mnie o 4:00 pikanie zegarka, ujrzałem... ciemność, taką totalną i nieprzeniknioną, przy której ciemność Maksa z "Seksmisji" była chyba niczym.... A deszcz ciągle odbijał się o dach...

Kolejne próby wstania o 6:00 i 8:00 nadał spełzały na niczym. Deszcz ciągle swoje, a Chip i Dail chyba też już poszły spać po nocnych harcach... Wstaliśmy ze śpiworów dopiero po 10:00, po 13 godzinach snu... Znów nastąpiła gorąca dyskusja z cyklu "Co robić" - opcje były jak zwykle dwie : siedzieć w chatce do jutra (starając się przy okazji zdobyć trochę żarcia) lub wyjść z biwaku i najkrótszą drogą wrócić na kemping, gdzie czekała prawdziwa fura jedzonka... Wahaliśmy się długo, ale kiedy w końcu po 13:00 deszcze prawie przestał padać, burczenie w brzuchu Agaty siedzącej w chatce słychać było na zewnątrz, a Jacek zaczął się zastanawiać, ile kalorii może być w paście do zębów, postanowiliśmy czym prędzej wiać w doliny, ku... jedzeniu !!! Zejście tą samą drogą, więc nudno i smutno, tym bardziej, że to, co wisiało nad nami o kilkunastu już godzin, każdej chwili mogło poczęstować nas czymś bardziej kapiącym i mokrym... Do Trenty dotarliśmy po 17:00. I tak zakończyło się pierwsza próba wejścia na Triglav...

Ale teraz wiedzieliśmy przynajmniej, że tę górę da się zrobić w jeden dzień, startując bardzo wcześnie z doliny i grzejąc cały czas na lekko (tzn. bez śpiwora, kuchenki i zapasu żarcia na dwa dni). Ale o tem potem...

Dzień "7" - Przystojniak, czyli na ślisko.

Ten dzień wreszcie wstał w miarę słoneczny - na tyle, że podjęliśmy szybką decyzję o wejściu na jedną z najbardziej honornych gór Alp Julijskich, czyli na Prisojnika, zwanego przez nas oczywiście Przystojniakiem. Tradycyjnie już poranny przerzut na przełęcz Vrsi(, skąd szlakiem podeszliśmy pod północną ścianę, którą prowadziła ferrata na szczyt. Szybkie oszpejenie się i ... up !!! Jednak już po kilkunastu przepinkach okazało się, że schowana w cieniu ściana północna jest tragicznie wręcz mokra po ostatnich deszczach. Z naszej małej już (ludzia sztuk 4) ekipy wydzieliły się jeszcze dwie podgrupki. Agata i ja stwierdziliśmy, że lepiej wejść na szczyt inną drogą, Jacek z Pawłem postanowili jednak spróbować ferratą.... Jak się okazało wieczorem - bezskutecznie.

My szybko znaleźliśmy drogę biegnącą wpierw południowymi zboczami Prisojnika, potem systemem żlebów i grzęd skalnych na szczyt. Według tego, co pisały mądre książki miały być to trudności umiarkowane, jednak obchodząc jedno wredne pole śnieżne wpakowaliśmy się w krótki, acz treściwy trawers płytami, który można by spokojnie wycenić na III. Potem było już znacznie łatwiej, lecz ciągle nie bez emocji - obsuwające się pozornie stabilne kamienie, mieszkanki żwirowo-piargowo-firmowe, no i coraz gęstsza mgła. Kiedy w końcu dotarliśmy na główną grań, nie wiedzieliśmy czy szczyt to już tu, czy może 20 metrów obok - zbyt wiele widać nie było. Oczywiście oprócz stadka wieszczek, którym bardzo smakował polski jeszcze, kandyzowany ananas...

Zejście było już znacznie spokojniejsze, z jednym tylko trudniejszym miejscem. Po godzinnej wędrówce granią dotarliśmy do Wielkiego Prisojnikowego Okna - naturalnej szczeliny w skale o wymiarach 80 x 30 metrów ! Okno faktycznie robi wrażenie, zwłaszcza od wewnątrz. Zejście w dół to dla prawdziwych górołazów bułka z masłem - zwykła stroma ścieżka, potem piargozjazd. Z Vrsi(a już tylko szybki powrót stopem na dół i o 17:00 było już po zabawie.

Tymczasem Jacek z Pawłem po nieco dłuższej niż nasza walce na ferracie zeszli z powrotem na przełęcz, skąd przez Vraticę zeszli do skoczni w Planicy (dla tych, co nie pamiętają - to właśnie tu Adam Małysz odebrał Puchar Świata), która zresztą z tej perspektywy okazała się ponoć zupełnie nieciekawa.

A tego dnia ekipa Maruchy podeszła pod "wiewiórkową" chatkę... : Zmienna i nieprzewidywalna pogoda uniemożliwiała nam opracowywanie planów na następny dzień, dlatego wszelkie decyzje podejmowaliśmy rankiem, po wypełźnięciu z namiotów. Krótka debata na temat warunków atmosferycznych prowadziła do wybrania odpowiedniej opcji (albo wyjście w góry albo gra w tysiaka). Tego ranka pogoda nie była za dobra. Chmurki przesłaniały wyższe partie gór. Pomimo tego postanowiliśmy opcję gry w tysiąca pozostawić na następne dni. Sprawnie się spakowaliśmy i wyruszyliśmy na szlak, a naszym celem miał być Triglav (najwyższy szczyt Alp Julijskich). Szczyt Triglava mieliśmy zdobyć następnego dnia, a dzisiejszą noc spędzimy w biwaku pod Luknjo. Po kilku godzinach leniwej wędrówki weszliśmy na przełęcz Luknja i stamtąd musieliśmy zejść wspaniałym piargiem około 300 m. do chatki, w której mieliśmy się porządnie wyspać. Zajęło nam to niewiele czasu, gdyż niektórzy zjazd po piargu mają opanowany do perfekcji. Po przyjściu na miejsce przygotowaliśmy swoje legowiska, spenetrowaliśmy okolicę, pobieżnie się umyliśmy, zjedliśmy co nieco, a wieczorem oczywiście rozegraliśmy partyjkę w karty. Zmęczenie zmusiło nas w końcu do wskoczenia w śpiwory. Wchodząc w objęcia Morfeusza usłyszeliśmy wokół nas gwałtowne chrobotanie, skrobanie, drapanie i cieniutkie piszczenie. To postawiło nas na równe nogi. Okazało się, że jest to para "sympatycznych" popielic, która w nocy zaczyna swoje igraszki i stara się dobrać do naszych zapasów jedzenia. Całe jedzenie postanowiliśmy spakować do jednego worka i położyć je między nami. Położyliśmy się ponownie lecz nie minęła chwila, a popielice już znowu szalały. Biegały po całej chatce, gryzły plecaki, kulały plastikowe butelki. Były na tyle bezczelne, że swobodnie goniły się po naszych śpiworach, i kilka razy dobierały się do worka z jedzeniem (leżącym między nami). Nad ranem, nie zmrużywszy oka przez całą noc, zaczęliśmy w nie rzucać czym popadnie - bezskutecznie. Uspokoiły się dopiero, gdy wzeszło słońce. My za to mogliśmy się trochę przespać. Dla niektórych z nas była to najbardziej nieprzespana noc. Kurację popielicową polecamy szczególnie tym, którzy cierpią na nadmierną senność lub pracują na nocnej zmianie.

Dzień "8" - Triglav po raz drugi, czyli czemu nie wziąłem czekana.

Nadszedł ten wielki dzień, kiedy mieliśmy wdrapać się na Dach Słowenii. Zegarki mieliśmy nastawione na czwartą nad ranem, tymczasem w momencie kiedy wstawaliśmy była godzina piąta minut trzydzieści... Zwyczajnie zaspaliśmy... Zgodnie z planami o wpół do szóstej mieliśmy już być w drodze, tymczasem wyszliśmy o wpół do siódmej. Podejście na Luknję (niespełna 1200 metrów przewyższenia) zajęło nam tylko 2h20, na przełęczy zrobiliśmy więc sobie niezły popas, zastanawiając się, jak wysoko zaszła już ekipa Marka, która startowała z położonego pół godziny od Luknji biwaku...

Po dziewiątej nadszedł ten piękny dla wszystkich moment, kiedy wpięliśmy się w poręczówkę tuż nad Luknją i zaczęliśmy 1100-metrowe podejście na Triglav. Ferratka bardzo sympatyczna, ładnie poprowadzona i widokowa, z jednym fenomenalnym wręcz kominem, niestety trochę krucha, ale i tak na mojej "prywatnej" liście rankingowej tras górskich zajmuje jedno z poczesnych miejsc. Po około dwóch godzinach dotarliśmy do Sfingi - małego pipanta w połowie drogi, dalej nasz szlak zmienił swój charakter - trochę piargów, trochę zwykłej ścieżki i nade wszystko mnóstwo śniegu - na szczęście miękkiego i łagodnego. Kolejne minuty to wredne podejście piargiem pod południowo-zachodnią grań Triglava, znów kilkadziesiąt metrów wzdłuż poręczówek, potem kilkaset bez lin i już.... szczyt.

Tu pewnie spodziewacie się Wielkich Peanów na cześć dachu Słowenii, ale ja powiem krótko : byłem trochę rozczarowany. Po pierwsze : widokiem - jak zwykle mgły i chmury przeplatane krótkimi chwilami, kiedy coś było widać. Po drugie (last, but not least) : atmosferą, przeniesioną żywcem z naszego Moka - sporo luda (ale trzeba przyznać, że nikogo w szpilkach i klapkach nie zoczyłem), który w rytualnym geście walił się wzajemnie po tyłkach (to taka nowa świecka słoweńska tradycja - osoba, która jest pierwszy raz na Triglavie, dostaje właśnie po rzeczonej części ciała), "sklepik", w którym oprócz napojów oraz, hmmm, tego, bezalkoholowego oczywista ;) można było kupić dyplomik potwierdzający wejście. Słowem klimat trochę nie pasujący do miejsca... Ale cóż. Tradycyjnie rozgorzała dyskusja, którędy schodzić, opcje jak zwykle dwie : drogą dłuższą lub krótszą. Ostatecznie zwyciężył rozsądek - nie przedłużajmy sobie i tak prawie 15-godzinnej trasy...

Rozpoczęło się zejście - jego początek biegł południowo-zachodnią granią Triglava (czyli tą, którą wchodziliśmy) a tu niespodzianka - ekipa Marka w komplecie zmierzała dopiero na szczyt. Okazało się, że zaspali bardziej od nas, więc mimo stosunkowo późnej (14:40) pory byli dopiero tu. Ciąg dalszy naszego zejścia to bardzo miłe zjazdy : wpierw dupozjazd po śniegu, potem już piargozjazd, tradycyjnie na piętach, rozszpejenie się i wędrówka wśród cudownej scenerii wielkich śnieżnych kotłów (nie mylić z Karkonoszami) do Tr(askej Ko(y, gdzie tradycyjnie zatrzymaliśmy się na herbatkę. Potem równie śnieżnie, miejscami stromo (dziaba okazała się szczytem marzeń tego dnia) do Zasavskej Ko(y, skąd już tylko w dół, ku namiotom i Wielkiemu Odpoczynkowi. Tak dla informacji - nam ta droga zajęła 14h20, Jackowi i Pawłowi 14h45 - czyli dokładnie zgodnie z przewodnikiem. Trza było pokonać skromne 2 800 m przewyższenia, najpierw w górę, potem w dół... Kilometrażu nie liczyłem...

Dzień "9" - Wielka Laba, czyli może by na rafting ?

Pobudka nastąpiła (jak na dzień leserski) stosunkowo wcześnie, bo przed ósmą. Jacek z Pawłem chcieli tego dnia wreszcie pokonać ferratę na północnej Prisojnika, my wybieraliśmy się już zupełnie lesersko na mszę i zakupy do Bovca, dokąd należało się udać stopem. Stop łapał się długo, bo prawie godzinę, tak, że na mszę (do której służyły urocze ministrantki) nieco się spóźniliśmy. Potem szybki wskok do marketu, lody, wypisywanie kartek i łażenie uliczkami miasteczka, przy których swoje siedziby miało kilka firm organizujących wakacje "z dreszczykiem", w tym również rafting. Taka forma "odpoczynku" chodziła nam po głowie już od poprzedniej wizyty w Bovcu, czyli od pięciu dni, ale dopiero teraz zaczęliśmy się nad nią poważnie zastanawiać.

Póki co, trzeba było wrócić do Trenty na kolejne godziny błogiego lenistwa. Tym razem stop złapał się aż za szybko (tzn. ledwo zdążyliśmy podnieść rękę) i w ciągu niespełna 20 minut znaleźliśmy się na kempingu. Potem okazało się, że tym samym stopem Jacek z Pawłem dojechali na Vrsi( - a było już grubo po 13-tej... Z Prisojnika po raz drugi nic nie wyszło. Uprzedzając fakty powiem, że tym razem powiedzonko, że do trzech razy... się nie sprawdziło. Trzeciego razy dla nich nie było już w ogóle.

A przed 18-tą na kemping wróciła ekipa Marka, która dzień wcześniej, ze znacznym opóźnieniem wyruszyła na Triglav : Nasi sympatyczni współlokatorzy sprawili, że na szlak wyszliśmy około godziny 10.00. Weszliśmy na przełęcz Luknja i zmęczeni, i senni zaczęliśmy, granią Plemenic zmierzać w kierunku Triglava. W końcowym etapie grań przechodzi w rozległy płaskowyż Zaplanja. Z niego podchodzi się do ferraty prowadzącej bezpośrednio na szczyt. Podczas podchodzenia spotkaliśmy drugą część naszej ekipy, która już schodziła z Triglava.. Wymieniliśmy informacje i spostrzeżenia i ruszyliśmy dalej. Po kilkudziesięciu minutach wleźliśmy na górę i po krótkim odpoczynku na wierzchołku zaczęliśmy schodzić w dół do Domu Planika W schronisku wypiliśmy bardzo dobrą herbatkę i porozmawialiśmy z Chorwatem polskiego pochodzenia. Nie zabawiliśmy tam długo, gdyż robiło się już późno. Wysoko biegnącym trawersem południowych stoków masywu Triglava doszliśmy do schroniska Trźaśka Koća. Rejon ten przywitał nas iście zimowym krajobrazem. Wszędzie mnóstwo śniegu zalegającego we wszelkich możliwych miejscach. Przy schronisku zrobiliśmy sobie krótki odpoczynek, lecz z powodu zimna i chylącego się ku zachodowi słońca ruszyliśmy w dalszą drogę. Ominęliśmy głęboki kocioł śnieżny i zaczęliśmy schodzić w dół. Późnym wieczorem dotarliśmy do rozstaju pod Luknjo. Na przełęcz podchodziliśmy już o zmroku ciesząc się, że dolomit ma biały kolor i przez to widać ścieżkę. Podczas podchodzenia na przełęcz mieliśmy spotkanie z potężnym koziorożcem, który spokojnie zszedł nam z drogi i zniknął w mroku nocy. Godzinę przed północą dotarliśmy na siodło i powoli zaczęliśmy schodzić piargiem w kierunku chatki. Pokonanie piargu w dzień zajęło niektórym kilka minut; w nocy około godziny. Zmęczeni dotarliśmy do bivacco i ze zdziwieniem spostrzegliśmy, że oprócz popielic pojawiło się również dwóch Chorwatów, którzy rozwaleni na znacznej części słodko spali. My również wskoczyliśmy do śpiworów i szybko zasnęliśmy. Noc ta była niezwykle spokojna (żadnych popielic nie słyszeliśmy; Chorwaci też nie wytrzymali chrapania i przed czwartą wynieśli się z pomieszczenia). Jeśli chodzi o popielice to nie wiadomo czy Chorwaci je unieszkodliwili, czy chrapanie je wygoniło. Tej nocy mogliśmy się dobrze wyspać, co też uczyniliśmy. Przed południem (a była to już niedziela) zwlekliśmy się z naszych legowisk, zjedliśmy śniadanie i po południu ruszyliśmy na kemping. Tak zakończyło się nasze trzydniowe zdobywanie Triglava.

Dzień "10" - Znów pada, czyli podziemny pociąg.

W niedzielę wieczorem nic nie zapowiadało brzydkiej pogody. Na tyle, że jeszcze przed snem spakowaliśmy się na kolejną dwudniówkę, tym razem na Mangart i Jalovec. Ale w nocy przyszło to, czego turyści nie lubią najbardziej, czyli rzęsiste chmury w permanencji. Rano więc zapadła bardzo niefajna decyzja o wypakowaniu się i podróży, ale niestety nizinnej - do Postojnej Jamy i Ljubjany.

Do tej pory sądziłem, że wszelkie "niedzikie" jaskinie, czyli takie z przewodnikiem, oświetleniem i innymi gadżetami dla nowobogackich, nie są już w stanie mnie zachwycić. Myliłem się. Mimo, iż Jaskinia Postojna obfituje we wszelakie urządzenia, stworzone po to, aby było zawsze czysto, zawsze sucho i zawsze pewnie, to jednak był CZAD. Wiem, że słowa nie opiszą tego, co widzieliśmy, ale może choćby kilka liczb powie coś na temat jaskini : 19,5 kilometra korytarzy (z czego udostępnionych jest ok. 5), sale o kilkudziesięciometrowej wysokości, ponad półtoragodzinne zwiedzanie (przewodnik do wyboru : po angielsku, niemiecku, włosku i słoweńsku), możliwość LEGALNEGO (tak, tak, to nie pomyłka) robienia zdjęć w niektórych salach, nieprzeniknione morza stalaktytów zwisających nad głowami, nieustanny szum wody pod, nad i obok.... I to wszystko za (w przeliczeniu) 18 złotych... Powiem krótko : naprawdę warto.

Z jaskini udaliśmy się do odległego o ok. 10 km zamku w Predjamie, a potem już prosto do Ljubljany. Miasteczko w sumie bardzo urocze, choć daleko mu do tego, co się większości z nas kojarzy ze słowem "stolica". W centrum królowała atmosfera raczej małomiasteczkowa (choć Ljubjana ma 260 tys. mieszkańców), sporo ludzi spacerujących, siedzących w kafejach, spokój i jakaś taka cisza. Większych zabytków Ljubljana nie posiada, ale fajnie ją odwiedzić właśnie dla tej atmosfery, tak odległej od typowych wyobrażeń o stolicach europejskich.

Wieczór spędziliśmy na powrocie do Trenty, tym razem nie nizinami, ale górami, przez Vrsi(, na którym wysiedliśmy na kilka minut z busa. Przed nami rozpościerała się majacząca w ciemnościach (była 22:30) ściana Prisojnika po lewej i Mojstovki po prawej, a z dala, zza grani Jalovca, prześwietlały groźne pioruny. I pomyśleć, że właśnie tam mieliśmy dziś spać w biwaku...

Dzień "11" - Dzień Kaowca, czyli jak zamienić rafting w dwudniówkę.

Poranek w lipcu, właściwie to w połowie lipca, a dokładniej w drugiej, bo 17-tego wstał dokładnie taki, jak sądziliśmy - znów dżdżysty, chmurzasty i ponury. Jednak krótkie przebłyski słońca już od godzin przedpołudniowych zapowiadały jakąś odmianę. Póki co jednak obóz był pogrążony z marazmie - jakoś wyraźnie nikomu nie chciało się nigdzie dziś wychodzić...

Gdy tylko jednak wszystkie znaki na niebie i na ziemi (ale jednak głównie na niebie) zaczęły zapowiadać jakąś trochę trwalszą poprawę pogody, decyzja zapadła krótka i jedna - rafting. Szybkie upakowanie rzeczy, które mogą być potrzebne, skok do łazienki, aby przebrać się w strój kąpielowy, aż tu nagle.... Nie, nie bójcie się, nie zaczęła się kolejna burza (tzn zaczęła się, ale jeszcze nie teraz), po prostu ktoś (do dziś nie wiem dokładnie kto) wpadł na pomysł kolejnej dwudniówki - na (krlaticę oraz szczyty otaczające Poga(nikov Dom. Cóż.... z żalem zrzuciliśmy z siebie stroje wodne, aby przywdziać (jak przystało na rasowych Halniaków) górskie, po raz n-ty się przepakować i... wyruszyć. Dla mnie było to pierwsze wyjście na alpejski szlak o godzinie 12:40 w południe.... Ale cóż, skoro czekało nas tego dnia tylko 6-godzinne podejście do Biwaku IV, to wszystko wskazywało na to, że zdążymy. I zdążyliśmy. Wprawdzie Poga(nikov Dom powitał nas jak zwykle siąpiącym deszczem przeoranym mgłą i wiatrem, ale jednak na wpół do ósmej dotarliśmy do chatki, uroczo zawieszonej niemal u stóp północnej ściany Stenara. Nastąpiły tradycyjne czynności biwakowe - czyli ograniczone do minimum mycie w śniegu, picie, gotowanie, jedzenie, picie, gotowanie, jedze..., potem dyskusja, której treści ze względu na własną kulturę osobistą przytaczać nie będę, wreszcie spanko. Tej nocy Marek uruchomił swoje pełne moce produkcyjne, więc kto spał na górnej pryczy, ten sobie nie pospał. Mnie się tym razem udało, ale sypiałem już wcześniej koło Markowej 100-watowej kolumny, więc wiem, co to za ból... Pobudka nie była więc dla większości z nas problemem.

Dzień "12" - (krlatica, czyli koalicja antyazerowska.

Pierwsze wstanie było planowane na czwartą nad ranem. Kiedy obudziło mnie cichutkie pip-pip z zegarka i spojrzałem wokół siebie, zobaczyłem... ciemność. Cóż, skoro wschód się jeszcze nie zaczął, to może by się trochę zdrzemnąć ? Tak przekimaliśmy do piątej, kiedy już na dobre wstaliśmy. Wschodzik słońca nad Karawankami był raczej taki sobie, natomiast światło na północnej Stenara czy nad Cmirem - naprawdę świetne. Szybkie śniadanko, kolejne przepakowanie i.... w drogę.

Większość ekipy postanowiła tego dnia podejść na szczyt na lekko, zostawiając większość rzeczy w chatce. My z Agatą chcieliśmy jednak zejść ze (krlaticy inną drogą, więc wzięliśmy już wszystko. Początek trasy całkiem fajny - blady świt (było krótko po 7-mej), chłodniutko, jeszcze dobra widoczność, nie zmącona dzienną mgiełką, trochę piargu, trochę skałek i nade wszystko znów cała masa śniegu. No i tradycyjnie już - którędy wiedzie szlak. Szlak się w końcu znalazł, prowadził wpierw po czadziastym śniegu, potem po piargu (brrrrrrr...) pod ścianę, a potem już sympatyczniej : wpierw załupą, a później bardzo fajnym trawersem po płytach w stronę szczytu.

Tu zawiązała się spontaniczna koalicja (w składzie Jacek - jako prowodyr, Agata, Paweł i moja skromna osoba), która postanowiła wejść na gorę minimalizując dotykanie czegokolwiek metalowego. A przyznać trzeba, że akurat tutaj Słoweńcy nie szczędzili metalowych sztyftów mających "ułatwić" wejście na szczyt. My postanowiliśmy ułatwić sobie wejście inaczej - czyli świadomie rezygnując z żelastwa. Sprawa niesamowicie fajna, ale bardzo czasochłonna.... Na szczycie (drugim co do wysokości w Słowenii zresztą - 2740 m n.p.m.) tradycyjnie już - widoczność sięgająca paru metrów z pałętającymi się pod nogami chmurami. Zejście pod ścianę poszło sprawnie i tu się rozdzieliliśmy - większość do biwaku po swoje rzeczy, my we dwójkę inną drogą. Spotkać się mieliśmy, jak zwykle zresztą przy herbatce, w Poga(nikov Domie. Początki "naszej trasy" nie zapowiadały problemów - trochę piargu, trochę śniegu, miejscami twardego, ot, standard alpejski. Kiedy jednak Agata zjechała po niemal czystym lodzie pokrytym 2-3 centymetrową warstwą śniegu i zatrzymała się butem na ... krawędzi szczeliny, podjęliśmy decyzję o powrocie tą samą drogą, którą tu weszliśmy. Krótko przez biwakiem zaczęło solidnie kropić, więc do chatki dotarliśmy stosunkowo mokrzy. A w chatce... w najlepsze trwał "Chińska Zupka Show", potem jeszcze (w oczekiwaniu na koniec deszczu) zdrzemnęliśmy się na chwilę. Stuk deszczu przebijał się momentami przez odgłosy Markowej krtani.....

Powrót przez Poga (nikov Dom taki jak poprzednio - mgła przeplatana mżymżawką, wiatrem, wszechogarniającą wilgocią. Ale to i tak nic w porównaniu z tym, co przyszło wieczorem, około wpół do ósmej, kiedy już byliśmy (prawie) na kempingu. Od tamtej pory uważam, że to, na co w Polsce mówi się "oberwanie chmury", jest w istocie tylko drobnym niewinnym deszczykiem. Lało tak, że w namiocie wpierw zjedliśmy (a było to ok. 22-giej) musli przeznaczone na śniadanie kolejnego dnia ;), a dopiero potem (w przerwie ulewy) zaległy obiad.

Ale nie ma to jak deszcz, jeśli chodzi o utulenie do snu...

Dzień "13" - Znów prawie 13 godzin spanka, czyli jak zmoknąć fachowo.

Pobudka nastąpiła tradycyjnie późno, bo i cóż tu robić w lejącym deszczu. Tak na dobre wstaliśmy prawie w południe, w przerwach między ulewą i ulewą biegnąc do łazienki albo po wodę, albo w brudną menażką, albo w brudnym sobą ... Czas, jaki osiągnął Hipcio biegnąc do łazienki mógłby (jak sądzę) śmiało konkurować z "Biegnij, Forrest, biegnij". Z wielu ścian nad doliną spływały fantazyjne kaskady, wodospady, strumyki ...

I tak aż do popołudnia. Wtedy wypogodziło się na tyle, że postanowiliśmy się przejść kawałek w dół doliną So(y, a po powrocie stamtąd Hipcio i Sławek ruszyli też do jej źródła, położonego jakieś 6-7 km od nas. A w czasie ich spaceru znów się solidnie rozpadało. Nie będę może opisywać jak wyglądali i co mówili (ci, którzy widzieli "Psy" wiedzą, co), kiedy wrócili z przechadzki do źródeł..... W każdym razie było to chyba po 22-giej, w całkowitych ciemnościach przerywanych tylko błyskiem piorunów.

A deszczyk znowu nas ululał do spania...

Dzień "14" - Do lodówki nie wchodź bez pianki, czyli woda to żywioł niebezpieczny.

Wstaliśmy tradycyjnie już późno - jak zwykle deszcz nie pozwolił, aby zrobić to wcześniej. Padało już z przerwami ponad 30 godzin i nic nie wskazywało, aby miało przestać. Decyzja mogła więc być tylko jedna - wyjazd do Polski dzień przed czasem. Łatwo powiedzieć, trudniej wykonać - bo jak tu spakować np. namiot, kiedy nie pada, lecz leje ??? Jak umyć się (bo menażki to myło się na deszczu) ??? Jak wpakować to wszystko do busa nie mocząc go całkowicie ??? Po dwóch godzinach i kilku przebieżkach w stylu Forresta Gumpa jakoś wyjechaliśmy, ryjąc przy okazji znaczną połać kempingu kołami busa, który nie był wstanie podjechać małej (może metrowej) górki.

Przed wyjazdem każdy chciał jednak pozbierać swoje rozmaite "skarby". Jednym z nich była lodówka modelu Strumyk II, wybudowana przez Marka i Hipcia w So(y. Kiedy ją tworzyli był to mały, wąski potoczek - teraz wielka spieniona rzeka. Cóż, mielonki zostaną chyba pod drugim przęsłem (licząc od północy) mostu w Trencie, a jeżeli odpłyną... - może nurtem So(y i prądami morskimi Adriatyku dotrą do głodującej Afryki ???).

My w każdym razie wyjechaliśmy. Ostatnie spojrzenie na przełęcz Vrsi(, potem szaleńczy zjazd do Kranjskej Gory, tutaj wydanie ostatnich tolarów na ... na to, czego wolno przewozić najwyżej litr ;). Zaraz potem granica austriacka (jak zawsze bardzo formalnie), wjazd na autostradę i ... hajda na Wiedeń. Daleko nam było wprawdzie do dzikiej hordy tureckiej z czasów króla Jana, ale i tak wieczorem znaleźliśmy się do nad pięknym modrym Dunajem, w świecie muzyki, Straussa i kawy. Busa zaparkowaliśmy tuż za centrum (objętym strefą parkowania) i ruszyliśmy na podbój stolicy Franza Josefa. Podbój nie udał się zbytnio, a to z powodu zjawiska, którego nie widzieliśmy całe wieki, czyli... deszczu !!! Wpędził on nas do busa już po 4 godzinach spaceru po mieście. Wyjechaliśmy więc w stronę Czech (granica zupełnie bezproblemowo) i pomknęliśmy przez noc do kierunku granicy polskiej.

Dzień "15" - Powrót, czyli niepodziewane śniadanko.

Pierwszy brzask zastał nas jeszcze w Czechach. Rzut oka na pierwszy drogowskaz wystarczył, abym wiedział, że od Polski dzieli nas już tylko kilka kilometrów. Kontrola czeska tradycyjnie bezproblemowa, polski celnik zapytał tylko "Co wieziecie", a gdy usłyszał, że deszcz, zadał jeszcze pytanie pomocnicze "Jakieś alkohole ?". Cóż, jakieś tam były...

Wreszcie znane wszystkim kąty - Międzylesie, Bystrzyca, Kłodzko, Bardo, Ząbkowice Śląskie i wreszcie Wrocław. Tu niespodzianka - okazało się, że na śniadanko (gdyż pora była wybitnie ku temu) nie musimy wcale wciągać knyszy (choć co poniektórym bardzo na niej zależało :))) ) - jesteśmy po prostu zaproszeni na amciu-amciu do Agaty. Śniadanko upłynęło w bardzo miłej atmosferze i po godzinie pojechaliśmy dalej. Razem z Agatą wysiadł deszcz i w kierunku Poznania jechaliśmy... no, może nie w słońcu, ale przynajmniej bez prysznica.

I tak powoli zakończyła się Wielka (dodajmy : Mokra) Przygoda : 15 dni, kilometry przejść, zejść i podejść, setki przepinek na ferratach i przede wszystkim wspomnienia, które pozostaną na zawsze.

Informacje praktyczne :

Warunki do uprawiania turystyki górskiej

Słowenia to kraj gór - pokrywają one około połowy kraju, a więkeszość pasm osiąga wysokości tatrzańskie. Łazęgowanie po górach to też narodowy "sport" Słoweńców, nic więc dziwnego, że infrastruktura jest dobrze przygotowana do przyjęcia turystów. Jako ciekawostkę dodam, że jeszcze w czasach Wielkiego Tity, PZS (słoweński odpowiednik PTTK-u) liczył więcej członków niż Komunistyczna Partia Jugosławii.

Szlaki są generalnie oznakowane trochę gorzej, niż w Polsce, zawsze biało-czerwonym kółkiem - Słoweńcy nie znają zwyczaju kolorowego znakowania tras w górach. Jednak na skrzyżowaniach nie powinniście mieć problemów z odnalezieniem właściwego szlaku - rozgałęzienia są dobrze oznaczone na kamieniach. Problem pojawia się tylko wówczas, gdy szlak przecina płat śniegu, a znakowanie było malowane na kamieniach.

Dostępny bez większych problemów w Polsce przewodnik Piotra Nowickiego dzieli szlaki na łatwe, umiarkowane, trudne, bardzo trudne i via ferraty. I tu niespodzianka - często szlaki opisane jako trudne lub bardzo trudne są doskonale ubezpieczone (jak ferraty), a na ferratach z kolei na długich odcinkach brakuje ubezpieczeń i to często w miejscach, w których (szczególnie przy mokrej skale) trochę by się przydały. Ogólnie szlaki są trudniejsze niż w Tatrach - ferraty osiągają miejscami III UIAA (ale takich miejsc jest raczej niewiele - dla porónanania Orla to co najwyżej I), jest natomiast sporo odcinków o trudnościach porównywalnych z Orlą, gdzie nie ma żadnych ubezpieczeń.

Ceny

Ogólnie rzecz biorąc - spoko. Zdecydowana większość artykułów jest w cenach porównywalnych z polskimi, wyjątek stanowią mięsa i sery. Tańsza jest natommiast benzyna, napoje alkoholowe, owoce. Jeżeli jedzie się stopem nie warto szczególnie brać żywności z Polski, jeżeli czymś trochę wygodniejszym, można, ale nie trzeba.

Wymiana - bez najmniejszych kłopotów w bankach, kantorach (w tych placówkach kursy są najkorzystniejsze) lub np. biurach podróży, ośrodkach informacji turystycznej ite (trochę mniej korzystnie). Kraj jest w znacznym stopniu dwuwalutowy - tzn. można płacić tolarami i markami. Można przypuszczać, że od stycznia 2002 r. zamiast marek będzie to Euro.

Dojazd i komunikacja

Jadąc pojazdem typu samochód (bus, autokar itepe) najlepiej jechać przez Brno, Wiedeń, Klagenfurt do Villach i stamtąd przez małe przejście na Korenjskem Sedlu (uwaga - odcinek szosy o podjeździe 18% !!!) do Kranjskej Gory i stamtąd w góry lub też z Villach przez Karawankentunnel do Jesenic. Za autostrady w Czechach i Austrii płacimy winietkami, w Słowenii - na bramkach co kilkadziesiąt kilometrów.

Pociągiem - podobnie, czyli przez Czechy, Austrię do Villach, skąd do Jesenic. Dalej trzeba już jechać autobusami (o ile jedziemy w zachodnią część gór) lub dalej pociągiem w kierunku Bohinjskej Bistricy (we wschodnią).

Stopem - najdogodniej przez Berlin, dalej A10 na Norymbergę i Monachium, stamtąd na Salzburg i Villach, skąd j/w w góry.

Komunikacja Słoweńska jest nieporównywalnie lepsza, niż np. w sąsiednich Włoszech. Na linii otaczającej góry od północy i wschodu (Kranjska Gora - Jesenice - Bohinjska Bistrica) kilkanaście autobusowych połączeń dziennie (od Jesenic także ok. 8 kolejowych). Od zachodu komunikację zapewnia linia przechodząca przez przełęcz Vrsi( (najwyżej położona komunikacyjna przełęcz Słowenii) - z Kranjskej Gory do Bovca jeździ 5 autobusów dziennie (pierwszy już ok. 6-tej rano, co jest ważne przy planowaniu dłuższych tras), dodatkowo jeden dziennie bezpośrednio do Ljubljany. Ceny biletów o ok. 20% wyższe niż w Polsce. Rekompensuje to jednak standard autobusów, nieporównywalny z naszymi Jelczami czy innymi Autosanami.....

Noclegi

Kwatery prywatne - znacznie mniej popularne niż w Polsce lub na Słowacji, ale jest ich mimo to dość sporo. Ceny od 15 do 25 DM (prawie zawsze przyjmują opłatę w markach) za noc. Szukając takiego noclegu najlepiej jeździć po okolicy wyszukując napisów "Sobe", często również "Rooms" lub "Zimmer". Można też poszukiwać przez biura podróży (drożej, pobierają prowizję).

Schroniska - ceny od 1500 SIT w górę (na ogół przyjmowane są tylko tolary). W dni robocze nie ma potrzeby rezerwacji, natomiast lepiej ją zrobić planując nocleg z piątku na sobotę lub soboty na niedzielę.

Kempingi - ceny w granicach 7-10 DM (marki akceptowane), w większości przypadków rezerwacja nie jest konieczna. Prysznic na ogół wliczony w cenę, jednak ogólny standard nieco niższy niż na kempingach zachodnioeuropejskich.

Język

Cóż - nie jest to czeski czy słowacki, mimo to słoweński można zrozumieć. Polakom łatwiej jest odczytywać napisy, niż rozumieć język mówiony. Większość młodych Słoweńców mówi dobrze po angielsku, niektórzy starsi - po niemiecku. Wiele osób pracujących w turystyce zna trochę czeski - a więc problem jest w znacznym stopniu rozwiązany.

Rafał Jankowiak

<< powrót

© 2008 - 2012 Akademicki Klub Górski „Halny” Poznań