Relacje

Bułgaria
10.VIII - 02.IX.2001

Osoby

Iwona Burek, Ania "Dziunia" Dopierała, Ania Wielicka, Jacek Olma, Radek Siekierzyński (szef wyprawy), Jarek Kozianowski

Część I. Mocny start

W tym roku wybraliśmy Bułgarię. Kraj niegdyś masowo odwiedzany przez Polaków, dziś jakby trochę zapomniany. A przecież jest to kraina piękna, z bogatą tradycją, kulturą i wysokimi górami.

Do Sofii dotarliśmy najlepszym i najtańszym dostępnym sposobem. Do Brna dowiozła nas kolej, a stamtąd w dalszą drogę udaliśmy się autokarem bułgarskiej firmy "Drug Group". Połączenie okazało się w miarę szybkie i wygodne. Dodatkowym wydatkiem była przepustka turystyczna na wjazd do Serbii, a zupełnie zaskoczyła nas karteczka, którą dostaliśmy na granicy bułgarskiej. Należało na niej zbierać potwierdzenia z miejsc, w których się nocowało. Władza nie przewidywała noclegów na dziko, ani w pociągach...

W stolicy Bułgarii gościliśmy u tamtejszej Polonii, co pozwoliło nam na beztroskie zwiedzanie miasta. Okazało się ono bogate w różnego typu zabytki, od cerkwi i budowli bizantyjskich poczynając, na wielkich postkomunistycznych fontannach, pomnikach i gmachach kończąc. W jego zwiedzaniu bardzo nam pomogła przedstawicielka młodego pokolenia polonijnego, dzięki której w relatywnie krótkim czasie dotarliśmy do najważniejszych miejsc. Miasto jawiło się jako ciekawa mieszanka architektoniczna z domieszką niczym nieuzasadnionej komunistycznej gigantomanii. No i oczywiście nastąpił pierwszy kontakt z lokalnymi winami, które poraziły nas swoją nieprzyzwoicie niską ceną, a później także procentami. Zaowocowało to całkiem wesołym nocnym spacerem po Sofii.

Nad ranem ponownie wyruszyliśmy na miasto, tym razem nieco bardziej świadomi tego, co widzimy. Po krótkim spacerze, wymianie waluty na lokalne lewe pieniądze wsiedliśmy w tramwaj, aby dojechać na dworzec autobusowy, skąd mieliśmy zamiar udać się w góry. W chwilę potem pojawili się dwaj kanarzy. Bilety dla siebie mieliśmy, ale oni zażyczyli sobie także biletów na nasze plecaki. Takowymi nie dysponowaliśmy, więc ochoczo zaczęli domagać się kary. Wstawił się wtedy za nami pewien Bułgar, który akurat stał obok. Po pięciu minutach dyskusja rozciągnęła się na pół wagonu, po dalszych trzech w całym tramwaju wrzało jak w ulu. Kanary zostały wyzwane od najgorszych, a karanie cudzoziemców, którzy tak ochoczo i z poświęceniem zwiedzali Bułgarię uznano za nieetyczne. Po krótkim czasie dysputa zeszła na tematy systemowo - polityczno - ideowe. W chwilę później ku naszemu zdziwieniu kanarzy zaczęli się kłócić między sobą. W efekcie kary nie zapłaciliśmy.

Część II. Chmurna Riła.

Z Sofii dotarliśmy poprzez Samokow do Bukowca, pod samą Riłę. Uzupełniliśmy zapasy na drogę, i w chwilę później już maszerowaliśmy pod górę, aby wieczorem dojść do schroniska (chyży) Musała. Jak na pierwszy dzień przystało, wszyscy byli padnięci i utyskiwali na ciężkie plecaki. Chyża okazała się być całkiem sympatyczna, choć bardziej przypominała stołówkę zakładową niż rasowe schronisko.

Nad ranem wyruszyliśmy dalej ostro pod górę, aby po dwóch godzinach dotrzeć do schronu pod Musałą, a po następnej już staliśmy na najwyższym szczycie Bałkanów - Musale (2925 m n.p.m.) Niestety pogoda była byle jaka, w związku z czym mogliśmy sobie obejrzeć słupek na szczycie, obserwatorium meteorologiczne i kamloty, ale nic poza tym. Jedynie od czasu do czasu spomiędzy tumanów przebijały się pobliskie szczyty.

Nasyciwszy się wysokością ruszyliśmy w dalszą trasę. Mijało nas sporo bułgarskich turystów, w tym takich, którzy biegali z magnetofonem, dzięki czemu mogliśmy zapoznać się z lokalnym rynkiem muzycznym. Na szczęście szybko zniknęli za horyzontem. A my dreptaliśmy przez przełęcz Presłapa, potem Małk Blizniak i Goliam Blizniak, Mariszki Wyrch, Owczarzec i Kowacz, mijając po lewej stronie chyżę Granczar. Na szlaku było sporo turystów, głównie Bułgarów (pośród nich dwóch fajnych dziadków, kojarzących mi się z dziadkiem Pomysłowego Dobromira) Czechów i Słowaków. Na nocleg zatrzymaliśmy się pod Strażnikiem, w towarzystwie dwóch Czechów.

Następny ranek powitał nas pięknym wschodem słońca, ale jeszcze zanim wyruszyliśmy dopadły nas kłęby chmur. To zresztą był typowy scenariusz pogodowy na tym wyjeździe. Zwinąwszy obozowisko skierowaliśmy się grzbietem na zachód, przechodząc przez Czemerną i Wapę. Zanim zeszliśmy w dolinę Rybni Jezera, wskoczyliśmy bez plecaków na Kanaratę, z której rozciągał się wspaniały widok na jeziora, Marikowicę i Josificę, będącą z pewnego miejsca podobną do naszego Giewontu.

Niedługo potem schodziliśmy już w stronę jezior. Tam zastaliśmy spory kompleks turystyczny, nazywany schroniskiem, ale jego wygląd nie zachęcał nawet do zaglądania do środka. Po krótkim popasie ruszyliśmy na północ, ku Marikowicy. Po upływie takiej ilości czasu, jaka była potrzebna, i pokonaniu sporych różnic wysokości, idąc pofałdowaną poziomicą dotarliśmy na Wodni Wyrch, skąd znów mogliśmy podziwiać piękne widoczki, zarówno na trasę, którą już przeszliśmy, jak i na tą, która była w planach. Schodząc z tej góry oglądaliśmy piękny zachód słońca za postrzępioną granią Goliam Kupenia. Późnym wieczorem, pozbawieni tchu legliśmy na przełęczy Kobylno Braniszcze, gdzie nawet pięknie rozgwieżdżone niebo nie stanowiło konkurencji dla snu.

Następny dzień miał być relaksacyjny, w związku z czym trasa trwała tylko trzy godziny. Pozwoliło to na dotarcie do schronu nad Strasznoto Jezero. Początkowo powitały nas tam gęste chmury, ale powoli się przejaśniło, więc około trzeciej zostawiliśmy dziewczyny na posterunku, a sami na lekko poszliśmy na widzianą poprzednim wieczorem grań. Rozciągały się z niej piękne, niczym niezmącone widoki, od Musały na wschodzie, poprzez Josificę, Kanaratę, zarys Pirynu na południu, po szczyty na zachodzie. Po północnej stronie zaś w dole leżało Strasznoto Jezero, które mogliśmy oglądać stojąc na szczycie urwiska, albo pomiędzy dwoma stumetrowymi ścianami. Nad jeziorem zaś prezentowała swoje wdzięki żeńska część ekipy. Nasza wycieczka prowadziła dalej poprzez Łownicę, u stóp Orłowca, którego wygląd w pełni uzasadniał nazwę, obok schronu i dalej poprzez żleby zasypane kamlotami do schroniska Maliowica i dalej do naszego strasznego jeziora. Schron pomimo znacznego poziomu zaśmiecenia dobrze się nadawał do przenocowania w nim.

Trasa dnia kolejnego wiodła poprzez schronisko i szczyt Maliowica, Goliam Mramorec, Małk Mramorec i Dodow Wyrch. Mieliśmy co prawda dojść do doliny Siedmiu Jezior, ale znów pogoda straciła humor, więc nie było po co pchać się tak daleko. Rozłożyliśmy się tedy z obozem na skrzyżowaniu głównych szlaków w tamtej okolicy, jak się później okazało, pół godziny od schroniska, może niezbyt legalnie... W każdym razie tamtejszy klimat wcale nie przypominał Bułgarii, bo wiało jak diabli, słońca było jak na lekarstwo, a temperatura spadała z każdą chwilą.

Następnego dnia Radek zrobił jeszcze mały wypad na Wazow Wyrch oraz zajrzał z góry na Sedemete Jezera, ale zgodnie z przewidywaniami zobaczył chmury. Gdy wreszcie wszyscy wyruszyliśmy, szlak powiódł nas ostro w dół, jako że schodziliśmy do Rilskiego Monastyru, który już dzień wcześniej widzieliśmy w oddali. Ścieżka biegła początkowo płasko, później całkiem stromo, mijając po drodze maliny, śliwki mirabelki i psy pasterskie. Po nie za długim marszu dotarliśmy do monastyru, który jest dla Bułgarów tym, czym dla nas Częstochowa. Niestety dało się to odczuć, bo ludzi, gwaru, samochodów i straganiarzy było co nie miara. Ale sam klasztor zapierał dech w piersiach, swoją przestronnością, architekturą, ozdobami, galerią ikon i malowideł. Na środku placu wznosi się spora cerkiew, obok niej średniowieczna ceglana dzwonnica, a całe podwórze otoczone jest trzy - czteropiętrowymi krużgankami. Widok niesamowity. Nasyciwszy się nim oraz posiłkiem z pobliskiej restauracji, poszliśmy kilka kilometrów dalej, aby rozbić się na uboczu, w okolicy Kułaty.

Nadeszła niedziela. Piękny poranek nie zapowiadał wydarzeń, które miały już wkrótce nadejść. Po śniadaniu jak zwykle zwinęliśmy sprzęt i podążyliśmy szlakiem w stronę chyży Makedonia. Panowała jednak pewna rozbieżność pomiędzy jego przebiegiem na naszej mapie, i na schemacie stojącym niedaleko monastyru. Uznaliśmy, że przez sześć lat, które minęły od wydania map mogło się coś zmienić, trzymaliśmy się więc schematu i w z góry upatrzonym miejscu zeszliśmy z szutrowej drogi na ścieżkę pod górę. Na efekty tego manewru nie trzeba było długo czekać. Szlak zniknął od razu, ścieżka w chwilę później, kiedy to pokryły ją wielkie liście łopianu. Nie pozostawało nic innego, jak drapanie się na górę przez gęsty las po gradiencie. Tak upłynęło nam całe przedpołudnie, południe i popołudnie. Jedyne, co się zmieniało dynamicznie, to poziom naszych sił, który szybko spadał. My zaś niezwykle wolno pokonywaliśmy metr za metrem, aby późnym popołudniem wskrobać się na stok Wododjeła. Żeby nie męczyć się dalej postanowiliśmy strawersować zbocze, w kierunku przełęczy, która wyzierała niekiedy spomiędzy krzaków. Przyroda nieco się zmieniła, i teraz zamiast gęstego lasu mieliśmy gęstą kosówkę. I tak pod wieczór dotarliśmy na grzbiet, którym biegła cywilizowana droga do schroniska. Niestety, była ona długa. Nasze całodzienne chaszczowanie dało tyle, że Radek skręcił sobie nogę w kostce, Iwona nadwyrężyła kolano, a ja zaliczyłem zjazd wraz z małą lawiną kamieni, co nieco nadszarpnęło moją cielesność. U pozostałych osób skończyło się na zadrapaniach i bólach tu i ówdzie.

Droga grzbietem okazała się również całkiem wyczerpująca, a ukoronowaniem dnia było podejście do schroniska, w którego progach stanęliśmy późnym i ciemnym wieczorem. Chyża okazała się najlepszą jaką spotkaliśmy na całej trasie. Miała swój klimat, była ładnie wykończona w drewnie, oświetlona lampą gazową, w kącie brzdąkało sobie radio, ludzie byli bardzo sympatyczni, a my wypiliśmy piwo, które zadziałało niczym miód na nasze sforsowane jestestwa.

Nad ranem dnia następnego poczłapaliśmy dalej ku przełęczy Predela, będącej granicą pomiędzy Riłą a Pirynem. Szlak wiódł przez Germana, Rawnik, Rusalię. Na Skaczkowcu próbowała dorwać nas burza, a właściwie trzy burze na raz, więc nasze tempo znacznie wzrosło i dość szybko ewakuowaliśmy się z bezpośredniego towarzystwa Zeusa Gromowładcy. Po drodze mieliśmy jedynie mały popas w malowniczej scenerii Rusalijskich Grobiszcz, które faktycznie wyglądały jak cmentarzysko rusałek. Dalsza droga w dół dłużyła się niemiłosiernie, szlak to się pojawiał, to znikał, aż wreszcie wieczorem znaleźliśmy ładną polankę tuż przed przełęczą, z widokiem na Piryn. Jako że zeszliśmy nisko, a noc zapowiadała się ciepła, zrezygnowaliśmy z rozbijania namiotu i spaliśmy pod gołym niebem (a właściwie to pod drzewem). Tam też zapadła decyzja, że niezbędna będzie przerwa kondycyjna w łażeniu po górach.

Część III. Gorące morze

By wdrożyć nasze plany w życie, zeszliśmy na przełęcz Predela, z nadzieją złapania stopa. Nadzieja ta była jednak wystawiona na ciężką próbę, bo Bułgarzy bardzo niechętnie zabierali przygodnych turystów. Tak więc na drodze staliśmy coś koło półtorej godziny, aby wreszcie dwoma samochodami zjechać do Banska. Tam mieliśmy trochę czasu na obejrzenie tego jednego z ważniejszych bułgarskich kurortów, który istotnie był bardzo ładny, położony u stóp Pirynu, z ciekawą i starą zabudową, i nawet bez specjalnego turystycznego zgiełku. Tam też Dziunia odkryła, że niektóre aparaty telefoniczne pozwalają na darmowe rozmowy z Polską. Jedyny ich mankament to to, że komunikacja była jednostronna, czyli że nas nie było słychać na drugim końcu.

Wkrótce, na pokładzie kolejki wąskotorowej, opuściliśmy miasteczko, aby wydostać się z gór bardzo malowniczą trasą. Do jej głównych atrakcji należy około czterdziestu tuneli, niektórych całkiem fantazyjnie powywijanych, malownicze kaniony, pętelki czynione przez pociąg, wloty jednych tuneli znajdujące się ponad wylotami innych oraz wagonowe toalety typu stopy Stalina. Urzeczeni tym przejazdem dotarliśmy do stacji końcowej - Septemwrii - aby stamtąd już normalną koleją dostać się przez Plovdiv do Warny. Żeby nie było nudno, okazało się, że wsiadając do pociągu pospiesznego na początkowej stacji należy mieć rezerwację miejsc, o czym dowiedzieliśmy się na pięć minut przed odjazdem, od pasażerki, której miejsca okupowaliśmy. Innych niespodzianek nie było.

Nad morze jechaliśmy przez całą upiornie upalną noc. Wysiadłszy w Warnie z pociągu pognaliśmy czym prędzej nad morze. Załapaliśmy się tam na wschód słońca oraz na sesję zdjęciową niekompletnie ubranej (kompletnie nieubranej?) dziewczyny. Pomimo wczesnej pory już wkrótce siedzieliśmy w ciepłych i słonych wodach Morza Czarnego. Aż się nie chciało wychodzić... Niestety z biegiem czasu plaża się zapełniała, początkowo emerytami, ale średnia wieku plażowiczów szybko spadała. I tak przebimbaliśmy pół dnia, gapiąc się na morze (oraz na odsłaniające się dookoła niewieście wdzięki), pływając i obżerając się kanapkami z pasztetem. Zrobiliśmy też krótki wypad na miasto, ale okazało się ono poniżej naszych oczekiwań. Była co prawda ładna cerkiew, termy rzymskie i kilka przyjemnych zakątków, ale przyćmione to było przez wszechobecną komercję nastawioną na zachodniego turystę.

Pobyt w tej nadmorskiej metropolii znudził się nam dość szybko, i już o szesnastej siedzieliśmy w pociągu na zachód, kierując się do Górnej Orjachowicy, a stamtąd busem (przeładowanym) do Wieliko Tyrnowa - starej stolicy kraju. W pociągu spotkaliśmy Magdę, absolwentkę slawistyki na Uniwersytecie Warszawskim, która dołączyła do nas na nocleg, jak się okazało niezwykle emocjonujący. Otóż, po przyjeździe do Wieliko Tyrnowa pewien facet zaproponował nam kwaterę za 7 lewa. Dało się stargować do sześciu, więc przystaliśmy na propozycję i poszliśmy za nim. Po zostawieniu bambetli chcieliśmy pójść jeszcze na miasto, ale gdy wychodziliśmy Bułgar zagadnął nas, żeby, jeśli tylko mamy dobre i szlachetne serca, dać mu mały prezencik... 4-5 lewa. Na chwilę nas zamurowało, ale w obawie o kompletność naszego sprzętu daliśmy mu ów podarek. Wątpliwości jednak targały nami nadal, jako że gość wyglądał lekko świrowato, więc po chwili ja z Anią wróciliśmy pilnować dobytku. Nic się na szczęście nie działo, i wieczór oraz noc minęły spokojnie (nie licząc dziwnej nadgorliwości właścicieli w sprawie zdejmowania butów - nawet pantofli). Rano odważyliśmy się zostawić spakowane plecaki w przedpokoju i wyskoczyliśmy jeszcze zwiedzić starówkę. A było co oglądać, bo całe miasto wyglądał bardzo malowniczo, z oryginalnymi domami rozszerzającymi się ku górze, wąskimi krętymi i pochyłymi uliczkami, zamkiem i pięknym widokiem na pagórkowatą okolicę. Po powrocie ziściły się żywione przez nas obawy, gdyż drzwi zastaliśmy zamknięte, a w środku nikt się nie odzywał. My zaś spieszyliśmy się na autobus do Plovdiwu. Mieliśmy już nawet pewne plany co do włamywania się do mieszkania, ale w porę przyszła kobieta tłumacząc się, że poszła do koleżanki. A klucz, jak się okazało, był za szafką na buty przy drzwiach.

Dalszą trasę przebyliśmy ichniejszym pekaesem, i po kilku godzinach przejazdu przez Starą Płaninę znaleźliśmy się w Plovdiwie - Drugim co do wielkości mieście Bułgarii. Tam mieliśmy tylko dwie godziny do pociągu, więc po podzieleniu się na dwie ekipy na zmianę pilnowaliśmy bagaży i zwiedzaliśmy miasto w trybie ekspresowym, mając Pascala za przewodnika. Nawet tak krótka wizyta pozwoliła odczuć klimat miasta i zorientować się o jego różnorodności. Architektonicznie Plovdiv stanowi mieszankę budowli rzymskich, islamskich, osmańskich i prawosławnych, z wieloma budynkami o co najmniej kilkusetletniej historii. Niestety czas nas gonił, więc pozostał niedosyt - i motywacja na przyszłość.

Już w chwilę potem jechaliśmy do Septemwrii, aby po przesiadce na wąskotorówkę zbliżyć się do gór i zanocować na jednej ze stacyjek, z dala od cywilizacji. Upatrzyliśmy sobie przystanek "Dolenie". Tamtejszy zawiadowca był bardzo zdziwiony, że ktoś wysiadał na jego włościach, tym bardziej, że była noc, a w okolicy nie ma niczego ciekawego. Zdziwienie jego wzrosło, gdy zapytaliśmy, czy możemy rozbić namioty. Kolejarz odparł, że w nocy będzie zimno i zaprosił nas na nocleg do poczekalni. Resztę wieczoru spędziliśmy na pogaduszce z dwuosobową obsługą stacji oraz na delektowaniu się likierem miętowym a'la krople żołądkowe.

Część IV. Burzliwy Piryn

Po pożegnaniu ze stacyjką i przejechaniu dalszej drogi z jej zawijasami i tunelami dotarliśmy do Razłogu, skąd busem za nierozsądnie wysoką sumę podjechaliśmy w stronę gór. Wspinaczka ku chyży P. K. Jaworow przebiegła nad podziw sprawnie, co tylko świadczyło o skutecznej rehabilitacji. Schronisko okazało się być kompleksem pełnym wesołej braci. Wesołość ta szczególnie dobitnie przejawiła się o drugiej w nocy, kiedy to napici Bułgarzy zaczęli robić niezły harmider przy naszych namiotach. Radek stanął wtedy na wysokości zadania i wyleciał z namiotu z wielkim ryjem, co przy współpracy z woźnym ze schroniska ucięło wreszcie wrzaski. Za sprawą rechoczących autochtonów ucięło także odciąg przy naszym namiocie...

Ranek kazał nam zapakować plecaki, rozwiesić na nich pranie i ruszyć w dalszą drogę na południe. Zaczęły się pojawiać skałki, wkrótce minęliśmy bardzo ładnie położony i świetnie nadający się do spania schron "Bunkiera". Złoiliśmy Okaden, przeszliśmy Suchodolski Perewał, Kamienitiszki Perewał i Bajuwi Dupki. Popas obok schronu "Konczeto", małego, ale zdatnego do spania, został urozmaicony przez bułgarskiego turystę, który uraczył nas chlebem z jajecznicą, papryką, pomidorami i puszką rybną. Była to miła odskocznia od pasztetu i sera wędzonego. W chwilę potem maszerowaliśmy już dalej, aby po obejściu Banskiego Suchodołu wkroczyć na niezwykle malowniczą grań Konczeto. Szlak biegnie w tym miejscu po grani, wąziutką ścieżką po kamlotach, a po obu stronach zieją kilkusetmetrowe urwiska nie zachęcające do zbaczania z kursu. Dodatkowo spoza chmur co chwila wyzierało słońce, co jeszcze potęgowało wrażenia. To było niezapomniane przeżycie.

Po półgodzinie balansowania dotarliśmy do drugiej co do wysokości góry w Pirynie - Kutieło - 2908 m n.p.m. Żeby nie było za miło, na szczycie ogarnęły nas chmury, więc już wkrótce zeszliśmy na przełęcz Premakata, aby stamtąd bez plecaków zaatakować Wichren - najwyższy szczyt w Pirynie. (2914 m n.p.m.). Na górze otworzyła się przed nami prześliczna panorama na cały Piryn, okoliczne jeziora i napis z kamieni "POZNAN". Z zachodu zbliżała się jednak burza, więc dość pospiesznie zniknęliśmy z tego wyróżniającego się miejsca. Noclegu szukaliśmy w schronie Kazana, ale był on stanowczo za mały na naszą ekipę, więc pognaliśmy ku chyży Bynderica, aby tam na polu namiotowym pomiędzy knajpą i wyjącymi Bułgarami rozbić swoją osadę.

Ranek powitał nas pogodny, więc nie czekając na chmury wyruszyliśmy czym prędzej w trasę. Chwilkę zabawiliśmy przy Bajkuszewatej Murze, czyli przy najstarszej sośnie w Bułgarii. Ma ona 1200 lat i ponad 6 m obwodu, a to już coś. Obok niej usytuowano groby kilku alpinistów, którzy zginęli na pobliskiej ścianie Kazana. Szlak wiódł dalej przy chyży Wichren oraz Puknatyja Kamyk ku przełęczy Bynderiszka Porta. Po drodze uwagę zwracały szmaragdowe jeziora o ciekawych kształtach, na widnokręgu zaś widać było między innymi odległą grań Strażite.

W dalszą drogę skierowaliśmy się ku górze Siny Wyrch. Ścieżka wiodła pofałdowaną poziomicą i brzegiem rozszerzającej się doliny Spanopolskich Jezier prowadziła ku przełęczy Siniwyrszki prewał. Tam zrzuciliśmy graty i zostawiwszy je pod czujnym okiem pauzującej Iwony ruszyliśmy na niknący co rusz w chmurach Siny Wyrch. Gdy dochodziliśmy do szczytu chmury się nieco podniosły, ale za to zaczęły generować pioruny. Z tego powodu tylko rzuciliśmy okiem przez grań, niektórzy wbiegli na szczyt i zaraz czmychaliśmy w dół ile sił w nogach. Po powrocie na przełęcz zeszliśmy ku schronowi Spano Pole, który okazał się kompleksem domków letniskowych pomalowanych jak muchomory. Nie zaglądaliśmy tam, tylko żwawo pomaszerowaliśmy ku dolinie Gławnicy, aby znaleźć dogodną polankę na obóz. Na południu stale towarzyszyła nam burza, co rusz poganiając groźnymi pomrukami. Rozbiwszy się nad rzeką przypomnieliśmy sobie, do czego służą mydło i gąbka. Gdy siedzieliśmy w strumyku pogoda poczęstowała nas gromem z jasnego, bezchmurnego kawałka nieba, który w dodatku łomotnął w pagórek 50 m od nas. Dzięki temu dalsze mycie dokończyliśmy w trybie ekspresowym. A potem chmurki zgotowały nam piękny zachód słońca.

Poranna droga wiodła z powrotem na grzbiet główny. Po drodze mijaliśmy fantazyjnie pozarastane Gławiszki Jezera, w okolicy których wypasało się bydło. Po wyjściu na grzbiet, niedaleko góry Goliam Tipic ukazała się rozległa panorama od Bynderiszki Czukar, poprzez okolice Wichrenia, Strażite do Kamienicy. Od południa niestety, jak zwykle coś się kłębiło. Szlak wiódł dalej grzbietem głównym poprzez Goljamata Strana, Prewalski Czukar i Winiarska Porta ku Mozgowiszki Porta, a stamtąd już tylko chwila dzieliła nas od Tewno Jezero, gdzie planowaliśmy trzydniowy nocleg.

Okolice Tewno Jezero okazały się jednym z najpiękniejszych rejonów Pirynu. Spore jezioro jest otoczone ze wszech stron górami, z których największa Kamienica (2822) zdecydowanie góruje nad resztą. Nad jeziorem znajduje się "goprówka" służąca także jako schronisko. Obok stoi całe stado namiotów, między innymi wyprodukowanych w Legionowie.

Następne dwa dni były dniami bez plecaków, gdyż na wieczór wracaliśmy do tego samego obozowiska. Pierwszy z nich miał zacząć się od zdobycia przełęczy Dżengalskiej alias Samodiwska Porta. Poszliśmy szlakiem naciapanym na kamieniach, a nieistniejącym na mapie. Ścieżka ta ku naszemu zdziwieniu zawiodła nas nie na przełęcz, ale na górującego nad nią Dżengała (Samodiwski Wyrch). Rozciągały się z niego fantastyczne widoki we wszystkie strony świata, także na odległe doliny tonące w porannej mgle. Szlak prowadzący na szczyt kończył się na nim, więc dalszą drogę wytyczyliśmy sobie sami. Wszystko szło dobrze póki nie natrafiliśmy na stromą ścianę wyłożoną ogromnymi głazami. Polak jednak potrafi i po godzinie balansowania i spełzania po kamlotach, z widokami na kilkadziesiąt metrów w dół dobrnęliśmy do Samodiwskiej Porty.

Tam wysłaliśmy Jacka po wodę do leżących w dole Waliawiszki Jezer, i po pół godzinie opalania się ruszyliśmy na podbój Małkiego Polieżana. Na szczycie po raz kolejny ukazała się nam piękna panorama, ale nas gnało dalej ku nienazwanemu szczytowi na końcu grani Strażite. Ze względu na budujące się na południu chmury oraz nieplanowane a czasochłonne zdobywanie Dżengała zrezygnowaliśmy z wycieczki granią Strażite i skierowaliśmy się ku Polieżanowi - najwyższej górze w tej części Pirynu - 2851 m n.p.m. Cały jej wierzchołek pokryty jest drobno pokruszonymi kamieniami, które, gdy się po nich chodziło, wydawały niepowtarzalny stukot. Kolejne widoki zatrzymały nas tam na dłuższą chwilę, po czym ruszyliśmy w dół, do przełęczy przed Bezbogiem, a dalej w Popowojezerny Cirkus, ku Ribni Jezera. W cyrku tym leży największe, dwuhektarowe i pięćdziesięciometrowej głębokości jezioro w Pirynie - Popowo Jezero. Spływający z niego potok tworzył efektowne wodospady, a cały zaułek na długo przykuł Radka do celownika aparatu. Minęliśmy jezioro po zachodniej stronie i zaczęliśmy wspinać się kupczykowaną ścieżką ku Samodiwskim Jezerom. Te trzy małe jeziorka zagubione pośród skalistych stoków i gęstej kosówki okazały się kolejnym niezapomnianym zakątkiem Pirynu. Dalsze kopczyki wywiodły nas co prawda nie na tą przełęcz, na którą chcieliśmy, ale po kolejnym odcinku wymagającym technik wspinaczkowych udało się nam dotrzeć z powrotem nad Tewno Jezero. Dzień ten został przez nas jednogłośnie ogłoszony najlepszym dniem całego wyjazdu, i wcale nie dla tego, że szliśmy bez Dziuni...

Następnego dnia planowaliśmy podobną pętelkę, tyle że na południe od jeziora. Tak więc po półtorej godzinie wleźliśmy poprzez Kraliewdworską Portę na Kamienicę. Tam zabawiliśmy następne dwie godziny, opalając się i podziwiając widoki na północną część Pirynu, na góry zdobyte dzień wcześniej oraz na trzy majestatyczne wierchy od południa - Jałowarnikę, Zybyt i Kuklite. Lenistwo oraz odnowienie się niektórych kontuzji spowodowało, że zrezygnowaliśmy z ambitnego planu wspinaczkowego zdobywania Jałowarniki, i zeszliśmy w dół ku Koziej przełęczy. Także mijane Kozi Jezera były dobrym powodem na godzinny postój, podczas którego dziewczyny wygrzewały się na kamlotach na wzór jaszczurek, a Radek polował z aparatem na byki.

Pozbierawszy się wreszcie zeszliśmy dalej w Kozią Dolinę, aby znaleźć miejsce, z którego rozciągał się widok uwieczniony na naszych okolicznościowych koszulkach. Widok ten figurował zresztą prawie we wszystkich materiałach informacyjnych dotyczących Pirynu. Pokusiliśmy się o dokładną rekonstrukcję wspomnianej fotografii, po czym ruszyliśmy w drogę powrotną ku obozowi.

Wieczorem rozpętała się całkiem solidna burza, w nocy wiał wicher, że aż przyginał namioty, ale dzięki temu następnego dnia widoczność była najlepsza ze wszystkich dni tego wyjazdu, bezchmurne niebo przechodziło miejscami w ciemny błękit i aż żal było, że tego dnia czekał nas długi marsz doliną w dół, pozbawiony jakichkolwiek szerszych widoków. Czas jednak naglił i pożegnanie Pirynu zbliżało się nieuchronnie, zwinęliśmy zatem obóz, ostatni raz objęliśmy wzrokiem odległe szczyty i ruszyliśmy w całodzienny marsz, który miał nas sprowadzić półtorej kilometra w dół. Z czasem wygląd okolicy się zmieniał, i pod atramentowym niebem widzieliśmy coraz więcej świerków, towarzyszących nam w drodze Doliną Żelezniszki ku chyży Piryn.

Za schroniskiem góry stały się niższe i otworzyły się widoki na graniczne pasmo Sławianki, dolinę Strumy i polodowcowe moreny poprzecinane niezliczonymi wąwozami. W jednym z nich leżał Melnik, ku któremu kierowaliśmy swoje kroki. Nocleg jednak planowaliśmy wcześniej, w wąwozie nad jednym z płynących tam potoków. Po drodze zeszło nam sporo czasu i energii na odszukanie szlaku, a wszyscy czuli w nogach i plecach całodniowe schodzenie. Trochę więc morale podupadło, gdy okazało się, że zaznaczone na mapie strumienie były suche. Już szykował się nocleg bez mycia i o suchym wikcie (który zresztą miał się ku końcowi), gdy natknęliśmy się na obejście bardzo sympatycznego dziadka, który nie dość, że wskazał nam dogodne miejsce na namioty i udostępnił wodę ze źródełka, to jeszcze poczęstował nas garncem miodu z własnej pasieki, pomidorami, ogórkami i papryką. Wieczorem przyrządziliśmy gluta urozmaiconego zebranymi po drodze jeżynami, a nad ranem z resztek zapasów i miodu zrobiliśmy tak pyszne śniadaniowe musli, jakiego jeszcze nigdy nie jedliśmy.

Podziękowaliśmy dziadkowi, który zresztą nie chciał od nas przyjąć żadnych materialnych dowodów wdzięczności, twierdząc, że ma wszystko czego potrzebuje (nawet nie podglądał dziewczyn, gdy myły się przed jego oknami), ruszyliśmy dalej. Malownicze wąwozy z wieloma odsłoniętymi piaskowymi urwiskami doprowadziły nas do Rożna, gdzie znaleźliśmy kolejny piękny Monastyr. Jakże jednak był on inny od Monastyru Rilskiego. Miast tamtejszego wielonarodowego gwaru przywitał nas świątynny spokój, dyskretnie urozmaicany cerkiewnymi śpiewami. W jego wnętrzu nie było prawie nikogo, od czasu do czasu po krużgankach przechodzili księża. Całe podwórze tonęło w zieleni winorośli, figowców, drzewek brzoskwiniowych i świerków. W centrum stała cerkiewka, a cała konstrukcja zbudowana była z nieco nierówno ciosanego drewna.

Długo syciliśmy się atmosferą tego klasztoru, ale trzeba było ruszać dalej. Szlak doprowadził nas do Stuletniego Dębu, z którego okolicy rozciągał się widok na niesamowite piaskowe urwiska i fantazyjne kształty wymyte w ciągu tysiącleci przez wodę. Najoryginalniejszymi formami były tam wielometrowe kolumny ze zbitego piasku, na szczycie których niczym kapelusz grzyba spoczywał wielki głaz. Stąd już tylko kawałek dzielił nas od Melnika - miasta znanego ze swojego malowniczego położenia na stokach wąwozów oraz wybornego wina. Wiele jego zakątków miało grecki charakter, od głównej drogi odchodziły na boki pod górę wąskie brukowane uliczki niepostrzeżenie przeistaczające się w przydomowe podwórza, obwieszone winoroślami i obsadzone figowcami. Zaułki te wiodły też ku najważniejszym miejscom miasta.

Część V. Samoopóźniający się powrót

W Melniku zabawiliśmy kilka godzin, racząc się wybornym winem sprzedawanym w plastikowych butelkach po wodzie mineralnej (w sklepie można było skosztować trunku przed jego zakupem). W oczekiwaniu na autobus rozsiedliśmy się w parku przy pomniku Jane Sandanskiego - partyzanta, który wsławił się w okolicy wielkimi czynami podczas drugiej wojny. Wehikuł w końcu nadjechał i zabrał nas do miasta Sandanski (nazwa na cześć wyżej wymienionego). Tam przesiedzieliśmy cały wieczór i pół nocy, pilnując plecaków, robiąc zakupy prowiantowo - prezentowe, trzykilometrowe wycieczki na dworzec w celach informacyjnych i ogólnie rzecz biorąc zbijając bąki. Siedząc z bambetlami przy głównej fontannie miasta wzbudzaliśmy żywe, ale i życzliwe zainteresowanie przechodzących Bułgarów, zarówno starszych jak i młodszych. Jedynie Jacek miał pecha, gdy samotnie pilnując plecaków musiał odganiać się od sześcioosobowej rodziny Cyganów. Jak później opowiadał, trudno mu się było opędzić od watahy dzieciaków wścibiających się pomiędzy bagaże. Miał za to okazję dostać za żonę młodą Cygankę, ale z nieznanych powodów odmówił.

Dalszą część wieczoru spędziliśmy w taniej i sympatycznej restauracji delektując się kawarmą i innymi szopskimi potrawami. Koło północy wybraliśmy się na dworzec, aby tam czekać na pociąg. Zgodnie z planami mieliśmy nim dojechać do Sofii, aby stamtąd po półtorej godzinie przerwy, o godzinie dziewiątej wyjechać autokarem do Czech. Dlatego też bardzo nas zaniepokoiło godzinne spóźnienie pociągu. Emocje stopniowo wzrastały wraz ze zwiększającym się po drodze opóźnieniem. Gdy zbliżyło się ono do dwóch godzin, postanowiliśmy interweniować. Z Ani komórki zadzwoniliśmy do przewoźnika z prośbą aby autobus na nas zaczekał, ale ten nas uspokoił, że autobus miał wyruszyć o 10.00. Jak się okazało na bilecie także była napisana ta godzina, wcześniejszy odjazd wyssaliśmy chyba z palca. W wyniku powyższego w Sofii mieliśmy całe pół godziny, aby uzupełnić zasobniki kontrabandy. Radek z niemałym trudem wymienił zbywające nam lewy z powrotem na marki, po czym zaczęliśmy kwitnąć na dworcu autobusowym wypatrując autokaru. Ten się jednak spóźniał. Przyjechał około 11.00, zaraz też dziewczyny ustawiły się na samym początku kolejki, by zarezerwować miejsca, a my załadowaliśmy pięknie plecaki do bagażnika. Jakież było nasze zdziwienie, gdy okazało się, że, po pierwsze, rezerwacji miejsc należy dokonywać w biurze na dworcu, a po drugie, że to jeszcze nie nasz autokar. Tak więc trzeba było wszystko spowrotem wywalić na asfalt i uzbroić się w cierpliwość. Jedyną atrakcją były lawety, które zbierały auta nieprawidłowo zaparkowane na przyległej ulicy. Wyposażone one były w wysięgniki hydrauliczne, dzięki którym sprzątnięcie auta tak, że nawet alarm nie pisnął, zajmowało półtorej minuty. Nasz autobus przyjechał około 11.30 (przypuszczalnie spóźnienie było zsynchronizowane ze spóźnieniem naszego pociągu). Znów załadowaliśmy kufry ze zwinnością dziecka układającego klocki, i już wkrótce jechaliśmy ku granicy.

Spośród mijanych krajów największe nasze zainteresowanie wzbudziła Jugosławia. Nie tylko dlatego, że znowu trzeba było wykupić świstek opatrzony napisem "Turistićka propusnica", tym razem za 11 marek. Bardzo malowniczo prezentowały się zarówno okoliczne góry, jak i liczne wioski z czerwonymi dachami powtulane w doliny i stoki. Także Belgrad wywarł na nas duże wrażenie. Widać w nim było wiele nowoczesnych budynków, liczne budowy i, niestety, zbombardowane biurowce przypominające o niedawnej wojnie.

Aż do granicy słowackiej podróż przebiegała bez przeszkód. Tam słowacki celnik przyczepił się do nas (Ani, Radka i mnie), że nie może nas wpuścić, bo mamy odklejającą się folię na ostatniej stronie paszportu, i mogliśmy sobie sami zmienić zdjęcie. Zażądał od nas innych dokumentów, ale jedyne, które mieliśmy, jak legitymacja studencka bądź pracownicza mu nie wystarczały. Chciał nas nawet zawrócić do konsulatu w Budapeszcie. Dopiero po kwadransie i interwencji kierowcy z butelką wina w ręku otrzymaliśmy swoje paszporty i mogliśmy ruszyć dalej. Wyjątkowy to był zgred.

Więcej wstrętów na szczęście nikt nam już nie robił. Przed trzynastą dotarliśmy do Brna. Zaraz przeszliśmy na dworzec kolejowy, aby po wizycie w ładnej i taniej dworcowej restauracji odjechać pociągiem z trzema przesiadkami do Lichkova. Tam przygotowaliśmy sobie jeszcze na resztkach gazu zupę, wciągnęliśmy piwo, po czym znaleźliśmy się w pociągu, aby chwilę później przekroczyć granice Ojczyzny.

Epilog

Bułgaria okazała się dla nas krajem pięknym i egzotycznym. Góry - stanowczo wyższe i większe niż Tatry urzekały swoim pięknem, bogactwem form, zmiennością - od piramidalnych szczytów, przez łagodne połoniny po głębokie doliny i wąwozy. Także kultura wsparta bogatą, choć często niewesołą przeszłością świadczy o pograniczu, na jakim znajduje się Bułgaria. W wielu miastach przeplatały się wpływy prawosławia i islamu, urozmaicone wieloma budowlami pamiętającymi starożytny Rzym, widoczne są także ślady półtysiącletniej niewoli tureckiej. Szczególnie wartościowa okazała się sympatia, jaką Bułgarzy nas otaczali. Zawsze gdy potrzebowaliśmy, mogliśmy liczyć na ich pomoc i zainteresowanie. To były naprawdę wspaniałe przeżycia.

Relację spisał Jarek Kozianowski

Przykładowe ceny

  • 1 lewa = 1 DM
  • Wiza turystyczna serbska - oficjalnie 11 DM
  • Bus - od 1 lewa
  • Schronisko (dla cużeńców) - od 6 lewa do 5 USD
  • Pole namiotowe - 2 lewa
  • Piwo - od 0,40 lewa
  • Wino - od 1,20 lewa
  • Wódki - od 2,50 lewa
  • Arbuzy - od 0,40 lewa/kg
  • Papryki - od 1,00 lewa/kg
  • Chleb - 0,60 lewa
  • Pociąg Bansko - Sientabria - 3,00 lewa

Kolejowa wspinaczka

I na zakończenie przedstawiam fragmenty artykułu z Polskiej Gazety Transportowej:

"(...)W południowo-zachodniej części kraju biegnie najwyżej położona na Bałkanach linia kolejowa, na której przez ćwierć wieku eksploatowano polskie parowozy. I, co ciekawe, kilku stalowych "rodaków" można zobaczyć na stacji Bansko (...).

Od 238 m n.p.m. droga żelazna pnie się aż na 1267 m n.p.m. do Awramowo - najwyżej położonej stacji na Bałkanach, a później spada "tylko" na 834 m n.p.m. Po drodze (125 km) pociąg pokonuje 35 tuneli i 24 mosty (...) W latach 1949-1950 chrzanowski Fablok wyprodukował 10 parowozów typu SAR dla kolei bułgarskich. Eksploatowano je do końca lat 60-tych, kiedy zamieniono je lokomotywami spalinowymi niemieckiej firmy Henshell. Na bocznicy w Bansko stoją cztery zimne parowozy - czeski, dwa polskie i " Polak przebrany za Australijczyka". Jedna chrzanowska maszyna została przerobiona zewnętrznie na parowóz australijskiej firmy Bayard - z dużą latarnią i iskrochronem. Była przebudowana w latach osiemdziesiątych i służyła jako rekwizyt przy kręceniu westernów. Koleje Bułgarskie wraz z niemieckimi i austriackimi firmami mają zamiar uruchomić "Nostalgię Express" prowadzoną tym parowozem.(...)"

<< powrót

© 2008 - 2012 Akademicki Klub Górski „Halny” Poznań