Relacje

Rumunia
Góry Suhard
02.09 - 05.09.2000

2.09, sobota

Do Vatra Dornei przyjechaliśmy punktualnie o 7:25. Pogoda była w miarę dobra i wyglądało na to, że deszcz, którego się tak obawialiśmy, został w Suczawie. Zwiedzanie miasta rozpoczęliśmy od wizyty w fast foodzie (taki napis widniał na szyldzie knajpy). Na szczęście fast food, oprócz pizzy w wielu odmianach, miał również bardziej tradycyjne rumuńskie potrawy. Agata zamówiła omlet, Jarek coś, co się okazało jajkami sadzonymi na szynce, a ja ciorba de burta (flaczki) i mici (kiełbaski z mielonej baraniny). Ciorba okazała się rewelacyjna, gotowana z dodatkiem czosnku i podana z czuszką i pysznym, świeżym, chrupiącym chlebem. Ogólnie knajpa, obsługa a także knajpiana toaleta (z miękkimi sedesami) stały na wysokim poziomie. Pobyt w knajpie skończyliśmy około 9:00, gdy pootwierały się sklepy. Ich zwiedzanie rozpoczęliśmy od próby (nieudanej) zakupu map w księgarni. W banku dokonaliśmy wymiany po 10 $ na leje (po kursie 1$=23100 lei) i udaliśmy się na dalsze zakupy, m. in. arbuza, którego zjedliśmy na miejscu oraz prowiantu na drogę.

W dalszych planach mieliśmy znalezienie jakiegoś miłego miejsca na postawienie namiotów i odespanie podróży. Ruszyliśmy do góry w stronę grzbietu Culmea Rancului, mijając po drodze malownicze łąki i pasterskie szałasy . Około 15 zrobiliśmy sobie przerwę na obiad w miejscu, w którym już prawie zdecydowaliśmy się zostać na noc (była woda i miejsce na namioty, ale na ogrodzonym pastwisku, więc mieliśmy trochę skrupułów). Przechodząca trójka Rumunów powiedziała nam jednak, że niedaleko w lesie jest chata, w której można za darmo przenocować i że są tam już jacyś turyści. Faktycznie na mapie mieliśmy zaznaczone „Refugiul Ouşor” na zboczu najbliższej wysokiej góry Virful Ouşoru i nawet z dala było w tym rejonie widać dach jakiejś chałupy. Postanowiliśmy tam pójść. Doszliśmy do grani, gdzie znaleźliśmy szlak niebieskiego paska idący z Vatra Dornei i dalej poszliśmy tym szlakiem. Po kilkunastu minutach dotarliśmy do zabudowań pasterskich i w jednym z nich zidentyfikowaliśmy dach, który z dołu wzięliśmy za dach refugiula. Postanowiliśmy w takim razie zapytać pasterza o drogę. Jakoś się tam moim łamanym rumuńskim dogadaliśmy, że on nie wie, gdzie jest jakieś refugiu, ale możemy sobie rozbić namioty na terenie jego gospodarstwa, oraz że możemy od niego kupić mleko i ser. No dobra, mieliśmy już dość poszukiwań, a miejsce wydawało się sympatyczne, więc zostaliśmy. Rozbiliśmy namioty i poszliśmy do pasterskiej chaty zakupić wspomniany ser i mleko ze świeżego udoju oraz zawrzeć bliższą znajomość z pasterzem i jego rodzinką. Pasterz mianowicie mieszkał tam z żoną i trójką dzieci. Całkiem sympatyczne było z nich towarzystwo. Zwłaszcza żona pasterza była bardzo wesoła i śmiała się prawie ze wszystkiego, a szczególnie z naszych prób dogadania się po rumuńsku. Kupiliśmy 2 litry mleka ( 5000 lei za litr) i ser. Do wyboru mieliśmy urda (twaróg) lub caş (kasz - twardy ser). Wybraliśmy 1,5 kg tego drugiego, jako trwalszy w transporcie. Później przy pomocy rozmówek próbowaliśmy uskuteczniać rozmowę i w jej wyniku dowiedzieliśmy się, że tutaj mieszkają tylko od czerwca do października, a zimują we wsi Poiana Negru. Bacowa z córką koniecznie chciały mieć zdjęcie z namiotem - zrobiłem zdjęcie ich smieną, potem jeszcze zrobiliśmy kilka fotek swoimi aparatami. Dali nam swój adres w Poiana Negru, a my obiecaliśmy, że przyślemy im odbitki. Nie przespane dwie noce podróży szybko jednak dały znać o sobie i o 20:00 wszyscy poszliśmy spać.

3.09, niedziela

Obudziliśmy się około 7:00 razem ze wschodem słońca i chrumkaniem świni przy namiotach. Na śniadanie zrobiliśmy sobie musli na świeżym mleku. Do śniadania ubraliśmy się wszyscy w wyjazdowe koszulki i zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcie przed chałupą bacy. Wtedy zaproponował nam, czy nie chcemy przejechać się na koniu i zrobić sobie na nim zdjęcie. Oczywiście chcieliśmy. Każdy z nas kolejno dosiadał rumaka i robiliśmy rundkę po obejściu gospodarza, fotografując się nawzajem. Później spakowaliśmy się i ruszyliśmy dalej szlakiem niebieskiego paska. Strawersowaliśmy nim szczyty Ouşoru i Livada i wyszliśmy na przełęcz pod Vf. Iacob. Gdy na niej odpoczywaliśmy dogoniła nas konno cała bacowa rodzinka, która przy niedzieli postanowiła wybrać się na konną wycieczkę. Oni pojechali dalej, a my ruszyliśmy w stronę szczytu o swojsko brzmiącej nazwie Tarniţa (Tarnica) 1542 m. Na podejściu spotkaliśmy grupę przewodników Salvamontu (rumuński odpowiednik GOPRu) z Vatra Dornei, z którymi zamieniliśmy parę zdań po angielsku. Okazało się, że jeden z nich był parę razy w Polsce, m. in. w Tatrach, Karkonoszach i nad morzem. Namawiali nas do odwiedzenia wulkanicznych Gór Kelimeńsich, może więc jeszcze kiedyś się tam wybierzemy.

Z Tarnicy zeszliśmy bez szlaku przez las, klucząc trochę w poszukiwaniu drogi, ale w końcu znów trafiliśmy na niebieski pasek. Na napotkanej łączce zrobiliśmy sobie przerwę na obiad, a następnie ruszyliśmy w stronę szczytu Vf. Fârâoane 1715 m, który dla uproszczenia przechrzciliśmy z miejsca na Faraona. Będąc na przełęczy pod szczytem ujrzeliśmy w oddali galopujących jeźdźców podążających drogą w naszą stronę. Okazała się to być nasza znajoma bacowa rodzinka, która wracała już z wycieczki. Zrobiłem im jeszcze rodzinną fotkę i pojechali do domu a my bez plecaków weszliśmy na Faraona. Ujrzeliśmy z niego dalszy przebieg grani i ustaliliśmy mniej więcej rejon gdzie rozbijemy namioty. Po powrocie do plecaków strawersowaliśmy Faraona, idąc dalej w kierunku szczytów Bitca Trisului i Şveiţaria (Szwajcaria). Za Szwajcarią Jarek wypatrzył świetne miejsce na namioty na cypelku przy zbiegu strumyków. Była godz. 18:00, więc akurat w sam raz na rozbicie namiotów. Na ognisku zrobiliśmy sobie ryż z sosem, do którego wypiliśmy sobie kupione jeszcze w Vatra Dornei winko. Popatrzyliśmy jeszcze trochę na gwiazdy i widoczne oddali światła cywilizacji i poszliśmy spać.

4.09, poniedziałek

Pogoda nadal dobra. Około 7:00 obudził nas wschód słońca, który ładnie barwił na czerwono pojedyncze chmurki. Umyliśmy się, zjedliśmy śniadanie, spakowaliśmy manatki i o 9:40 ruszyliśmy na szlak. Zeszliśmy na przełęcz Diecilor zalesionym grzbietem Obcina Diecilor, lawirując wśród zwalonych pni tworzących niezły tor przeszkód. Na przełęczy mieliśmy krótkie spotkanie z byczkiem, który zainteresowany naszymi osobami żwawym krokiem szedł w naszym kierunku, ale na szczęście udało nam się uniknąć bezpośredniej konfrontacji. Z przełęczy zaczęliśmy mozolnie podchodzić na szczyt Diecilor (1631 m), na którym natknęliśmy się na stare okopy, chyba jeszcze z pierwszej wojny światowej. Ze szczytu podążyliśmy dalej na Vf. Pietrele Roşii (Czerwony Kamień, 1773 m), skąd ujrzeliśmy ładny widok na najwyższy szczyt Suhardu - Omu (1932 m). Ścieżką kluczącą wśród kosówki udaliśmy się w jego kierunku. Po przejściu przez kosówkę na małej przełęczy zrobiliśmy sobie obiad, po czym zabraliśmy się za zdobywanie Omu. Szlak obchodził szczyt trawersem, wiec zeszliśmy z niego i zaczęliśmy podchodzić na poprzeczną grań najwyższego szczytu Suhardu. Plecaki zostawiliśmy na przełęczy pod szczytem i ostatni kawałek podejścia zrobiliśmy na lekko. Na szczycie natrafiliśmy na kolejne okopy. Szczerze współczuliśmy tym, którzy musieli je kopać i później w nich siedzieć. Ze szczytu roztaczał się widok na przebytą już przez nas część Suhardu z naszymi ulubieńcami - Faraonem i świętą Górą oraz na ciąg dalszy grani w stronę przełęczy Rotunda, a także nasz kolejny cel - Alpy Rodniańskie. Sam szczyt porośnięty był rudawą trawą, co nadawało otoczeniu jesienny klimat. Po zrobieniu sobie na wzajem fotek szczytowych zeszliśmy do naszych plecaków i dalej w dół do płaju wiodącego w stronę przełęczy Rotunda. Przez większą część drogi odprowadzały nas pieski od pasącego się poniżej stada owiec. Niestety petardy Jurka zawilgotniały i nie mogliśmy się od nich skutecznie uwolnić. Rozpoczęliśmy poszukiwania miejsca na nocleg, ale przez dłuższy czas nie mogliśmy trafić na nic sensownego. Dopiero po strawersowaniu sporego osuwiska, które wyrosło nam na drodze, wypatrzyliśmy ładny cypelek na skraju urwiska, na którym postawiliśmy swoje namioty. Niestety nie było w tym miejscu wody, ale mieliśmy jej trochę w zapasie w butelkach. W sam raz tyle, żeby starczyło na ryż z sosikiem na kolację i musli na śniadanie oraz symboliczną herbatkę. Naszej kolacji towarzyszył ładny zachód słońca, barwiący na czerwono chmurki nad Alpami Rodniańskimi oraz świecący mocno księżyc.

5.09, wtorek

Obudziliśmy się około 7:00. Rozpaliłem ognisko i resztę wody ugotowaliśmy sobie na musli i herbatę. Na niebie widać niestety, że nadchodzi zmiana pogody - od południa nadciągały wysokie chmury typowe dla zatoki niżowej. Szczyty Rodniańskich już od rana skryte były w niskich chmurach. Gdy się pakowaliśmy Jurka spotkała nieoczekiwana przygoda - jego zrolowany śpiwór zaczął się toczyć i sturlał się w przepaść, na skraju której byliśmy rozbici. Zeszliśmy tam z Jurkiem i na szczęście udało nam się go odnaleźć. Około 9:00 ruszyliśmy, początkowo trawersem, potem drogą w stronę przeł. Rotunda. Po przejściu około kilometra trafiliśmy na dość zaskakujący widok - drogą, którą szliśmy wjeżdżało rumuńskie wojsko - żołnierze, samochody ciągnące armaty i wiozące skrzynie z pociskami. Czyżby pod naszą nieobecność wybuchła jakaś wojna? Na wszelki wypadek staraliśmy się omijać ich szerokim łukiem. Po niedługim czasie dotarliśmy do przełęczy Rotunda. Stoi tam pokaźna chałupa - ni to pensjonat, ni to dom prywatny. W każdym razie widać, że ktoś w to włożył sporo kasy. Usiedliśmy sobie na ławeczkach przed domem, żeby chwilkę odpocząć. Po chwili zobaczyliśmy wychodzącego z lasu gościa, który wyglądał nam na właściciela budynku i faktycznie się nim okazał. Mówił po niemiecku i angielsku, więc pogadaliśmy sobie troszkę. Powiedział, że możemy u niego kupić chleb i piwo, z czego skwapliwie skorzystaliśmy. W międzyczasie dowiedzieliśmy się, co zamierza robić wojsko - usłyszeliśmy detonacje wystrzałów artyleryjskich, a od właściciela domu dowiedzieliśmy się, że wojsko zrobiło tutaj sobie tymczasowy poligon. Mieliśmy tylko nadzieję, że strzelają ślepakami. Przez piwo zasiedzieliśmy się trochę na przełęczy, ale w końcu trzeba było ruszyć dalej w stronę Alp Rodniańskich.

<< powrót

© 2008 - 2012 Akademicki Klub Górski „Halny” Poznań