Relacje

Rumunia
Alpy Rodniańskie
05.09 - 11.09.2000

5.09, wtorek

Przy wtórze wystrzałów zaczęliśmy podchodzić drogą w stronę głównej grani Rodniańskich, mijając po drodze szałasy pasterskie i stada owiec. Podczas trawersu szczytu Vf. Gajei (1847 m) spotkaliśmy pierwszą grupkę plecakowych turystów - szóstkę Czechów kończących swoją wędrówkę przez Rodniańskie. Około 14:00 dotarliśmy do miejsca, gdzie płaj, którym dotąd szliśmy się kończył i zaczynało się strome podejście na Ineuţ. Zrobiliśmy tu sobie przerwę na obiad, po czym zaczęliśmy mozolnie wspinać się pod górę. Celu wspinaczki nie było widać, gdyż szczyt spowity był chmurami. I my również z każdym krokiem zbliżaliśmy się do spotkania z nimi. Gdy w nie wkraczaliśmy dotarły do nas pierwsze krople (jak to Miron określił) „opadów konwekcyjnych”. Im wyżej wchodziliśmy, tym tych opadów było więcej, od czasu do czasu modyfikujących swą postać w grad. Nie było widać końca tej drogi, bo we mgle każde kolejne wzniesienie wydawało się być tym właśnie końcowym szczytem, ale nie było. Gdy w końcu stanęliśmy w miejscu, z którego wyżej już się iść nie dało (o czym upewnił nas drogowskaz Ineuţ 2222 m), byliśmy już mocno przemoczeni i zmarznięci. Nie siedzieliśmy więc tam długo, lecz zaczęliśmy schodzić w stronę przełęczy Şaua cu Lac. Gdy do niej dotarliśmy mgła od północnej strony na moment się rozwiała i zobaczyliśmy w dolinie strumyk i miejsce dające szansę na rozbicie namiotów. Było około 17:00, więc postanowiliśmy tam zejść i zakończyć wędrówkę na dzisiaj. Po zejściu okazało się, że nie my pierwsi wpadliśmy na ten pomysł - znaleźliśmy tam ogrodzone murkiem z kamieni miejsce na namioty oraz niestety sporo śmieci. Deszcz ciągle padał, więc szybko rozbiliśmy namioty, zrzuciliśmy mokre ciuchy i przebraliśmy się w suche. Gdy już trochę odtajaliśmy postanowiliśmy zrobić w naszym namiocie jedzenie i herbatę. Na wielkie przygotowania posiłku nikt nie miał siły, więc skończyło się na kabanosach z chlebem. Na Epigazie zagrzaliśmy wrzątek i zrobiliśmy po symbolicznej porcji herbaty. W końcu zrobiło się ciemno i poszliśmy spać.

6.09, środa

Całą noc padał deszcz. Na dodatek wiał wiatr, który poluzował odciągi naszego namiotu i w efekcie przy większych podmuchach składał namiot, powodując jego przeciekanie. Nie wiem, ile tej nocy spałem, ale nie było tego wiele. Nad ranem temperatura spadła poniżej zera i deszcz zamienił się w śnieg. Dzięki temu namiot pokrył się warstewką lodu i przestał w końcu przeciekać. Około ósmej przestało padać, ale nadal byliśmy w chmurach i nie było widać jakichś szczególnych znaków poprawy pogody. Postanowiliśmy zejść poniżej pułapu chmur w stronę wsi Valea Vinului do miejsca, gdzie znajdziemy drewno na ognisko i będziemy mogli się wysuszyć. Zagrzaliśmy sobie na epigazie wodę na musli, spakowaliśmy się i o 11:15 zaczęliśmy podchodzić z powrotem na przełęcz Şaua cu Lac z zamiarem zejścia z niej w dolinę po drugiej stronie grani szlakiem niebieskich kropek. Trawy przyprószone śniegiem wyglądały bardzo malowniczo. Podchodziliśmy cały czas w chmurach, ale im bliżej byliśmy przełęczy, tym niebo nad nami stawało się jaśniejsze. Gdy dotarliśmy na przełęcz przez chmury zaczęły się przebijać coraz większe kawałki błękitu i wyglądało na to, że wychodzimy ponad warstwę chmur. W związku z zaistniałymi okolicznościami postanowiliśmy zmienić nasze plany i zamiast schodzić w dolinę wejść na Ineu. Im wyżej wchodziliśmy, tym bardziej potwierdzała się słuszność tego wyboru. Okoliczny krajobraz wyglądał wręcz bajkowo i trochę nierealnie. Rude trawy przykryte kilkucentymetrową warstwą śniegu, błękitne niebo i przelewające się mleko chmur. Aparaty natychmiast poszły w ruch. Gdy weszliśmy na Ineu nie mogliśmy się napatrzyć na widoczny wokół nas krajobraz. Szczyt wystawał ponad przelewającymi się ze wschodu na zachód przez główną grań chmurami. Nie wróżyło to niestety dobrze naszej dalszej trasie, bo wyglądało na to, że widoki po zejściu z Ineu będą mizerne. Dlatego też opóźnialiśmy ten moment jak tylko się dało. W końcu jednak przemówił do nas rozsądek i zaczęliśmy schodzić ze szczytu. Śnieg bardzo szybko topniał - w miejscach, gdzie brnęliśmy przez niego na podejściu teraz płynęły strumyki wody. Zeszliśmy do miejsca, gdzie szlak przechodzi w trawers Ineu i już we mgle ruszyliśmy wzdłuż grzbietu Ripa Coasta Neteda. Po dojściu do przełęczy Tarniţa lui Putredu postanowiliśmy zejść szlakiem niebieskich trójkątów gdzieś poniżej chmur i znaleźć jakieś dobre miejsce na wysuszenie mokrych rzeczy. Znaleźliśmy takie na trawiastej półce otoczonej niskimi zaroślami jakieś 200 m poniżej grani. W pobliżu płynął strumyk i pełno było suchych gałęzi aż się proszących o ogień. trzeba było tylko uprzątnąć trochę końskich i krowich kup oraz kamieni i miejsce było idealne. Było koło 16:00 i akurat ładnie zaczęło przygrzewać słoneczko. Rozpaliliśmy ognisko i rozwiesiliśmy na krzakach nasz mokry dobytek. Na kolację postanowiliśmy sobie zrobić dla odmiany kaszę z soją i warzywami. Wyszło całkiem smacznie, choć następnym razem trzeba będzie ciut dłużej pogotować kaszę, bo trzeba ją było trochę przeżuwać. Dzięki słońcu i ognisku rzeczy nam szybko wyschły. Wieczór spędziliśmy na siedzeniu przy ognisku i grze w tysiąca (wygrał Miron).

7.09, czwartek

W nocy znów padał deszcz. Na szczęście okazało się, że nie jest to związane z jakimś kolejnym niżem, lecz kapie ciągle z nisko nad granią wiszących chmur. około 9:00 zaczęło się wypogadzać więc rozpaliliśmy ognisko i zaczęliśmy się zbierać do dalszej drogi. Postanowiliśmy oszczędzić sobie wspinaczki na Vf. Cişa, lecz strawersować od razu na przełęcz Şaua Cişa. Wyruszyliśmy o 11:30 i kierowaliśmy się od razu w stronę rozległej przełęczy, którą wypatrzyliśmy już wczoraj. Niestety po dotarciu na miejsce zorientowaliśmy się, że przez wczorajszą mgłę wypatrzyliśmy nie tą przełęcz, co trzeba, lecz „o jedną przełęcz za daleko” i wylądowaliśmy na przełęczy pod szczytem Corongişu (bardzo ładnym swoją drogą). W efekcie zamiast sobie zaoszczędzić dreptania, to nadłożyliśmy trochę drogi i musieliśmy dojść do głównej grani podchodząc na Vf. Omului (2134). „Kto drogi skraca…”. Dopóki trawersowaliśmy było jeszcze w miarę znośnie, ale na grani wiał zimny wiatr, od czasu do czasu nawiewając niskie chmurki. Dał się on nam we znaki i odcinek grani między Omului a Vf. Gargalău (przechrzczonym przez nas na Gargamela) staraliśmy się pokonać jak najszybciej. Po zejściu ze szczytu, jeszcze przed przełęczą Gargalău, zrobiliśmy sobie przerwę na obiad. Wymarzliśmy przy nim trochę, mimo że miejsce wydawało się nam początkowo osłonięte przed wiatrem. Po obiedzie kontynuowaliśmy zejście w stronę przełęczy Gargalău i zaczęliśmy się już powoli rozglądać za noclegiem. Gdy już dochodziliśmy do przełęczy zobaczyliśmy nadchodzącą z przeciwka grupkę czterech turystów. Już po chwili się okazało, że są to twarze znajome z autobusu do Suczawy - Łukasz Kowalik z ekipą . Zaraz usiedliśmy i zaczęliśmy się wymieniać wrażeniami z przebytej trasy. Opowiedzieli nam o swoich noclegach, my im o swoich, uświadomiliśmy ich, że odgłosy, które słyszą od paru dni, to nie burza, lecz rumuńscy żołnierze (ćwiczyli strzały codziennie mniej więcej od godz. 10:00). Zrobiło się całkiem sympatycznie i postanowiliśmy razem zanocować w kociołku poniżej przełęczy Gargalău. Znaleźliśmy ładne miejsce, Ula się zaraz fachowo zabrała za podniecanie ognia, rozbiliśmy namioty i zabraliśmy się za przyrządzanie kolacji. Zrobiliśmy sobie tradycyjny ryż z sosikiem a Warszawiacy tradycyjny dla nich makaron. Po kolacji zrobiliśmy sobie, dla uczczenia okazji, dużego gluta* na rodzynkach. Było bardzo sympatycznie, ale chłód zapędził nas szybko do namiotów.
* czyt. kisiel

8.09, piątek

Rano obudziły mnie głosy Warszawiaków, którzy robili dużo hałasu zagrzewając się wzajemnie do wstania. A wstać faktycznie warto było wcześnie, bo po wyjściu z namiotu ujrzałem nad sobą czysty błękit nieba, zapowiadający trwałą zmianę pogody na kilka dni. Od razu przypomniały mi się wyże, które towarzyszyły mi w Rumunii rok i dwa lata temu i miałem nadzieję, że tym razem jest to również podobne zjawisko. Ranek był mroźny (w nocy temperatura spadła poniżej zera, o czym świadczyła zamarznięta w butelkach woda) i trochę czasu nam zajęło rozruszanie kości. Zagotowaliśmy na epigazie wodę na musli i zabraliśmy się za pakowanie. Na pożegnanie zrobiliśmy sobie jeszcze kilka grupowych fotek z Warszawiakami i ruszyliśmy w przeciwnych kierunkach. Po wejściu na przełęcz Gargalău naszym oczom ukazała się zachodnia część grani oraz szczyty leżące na południe od niej. Przy podejściu na Vf. Galaţului natknęliśmy się na pasterzy ze stadem owiec, a na szczycie spotkaliśmy dwóch Czechów. Oni też myśleli, że te odgłosy, które również dziś było słychać, to jakaś burza. Uświadomiliśmy im, że to nie burza tylko vojacy. Po zejściu z Vf. Galaţului strawersowaliśmy Laptele Mare i wyszliśmy na przełęcz Puzdrelor. Tam zostawiliśmy plecaki i na lekko skoczyliśmy na leżący w bok od szlaku szczyt Puzdrele (2189). Tam posiedzieliśmy sobie troszkę podziwiając widoki na pobliską grań Rodniańskich z najwyższym Vf. Pietrosu (2303) oraz przebytą przez nas trasę z wyrastającym na jej początku Ineu. Na jednym ze szczytów na północny zachód od Alp Rodniańskich wypatrzyliśmy cztery białe kopuły - najprawdopodobnie obserwatorium astronomiczne. Trudno nam było jednak stwierdzić - rumuńskie czy ukraińskie, gdyż było dość daleko, a nie wiedzieliśmy dokładnie gdzie przebiega granica. Po powrocie na przełęcz przeszliśmy kawałek granią aż znaleźliśmy nasłonecznione i osłonięte od wiatru miejsce, gdzie zrobiliśmy sobie obiad. Dalej nasza trasa wiodła trawersem szczytu Negoiasa Mare do przełęczy Tarniţa Negoieselor. Za przełęczą rozdzieliliśmy się i Agata poszła trawersem, a reszta ruszyła granią przez szczyty Repede (2074) i Cormaia (2033). W okolicy tego drugiego szczytu zauważyliśmy trzy rozbite namioty i była to najprawdopodobniej szóstka z Łodzi, z którymi też jechaliśmy w autobusie do Suczawy. Byli rozbici trochę poniżej grani. Rzuciliśmy „cześć” wyglądającej z namiotu dziewczynie i poszliśmy dalej na spotkanie z Agatą, która czekała już na nas na przełęczy Obirsia Rebri. Razem weszliśmy na szczyt o tej samej nazwie, z którego wypatrzyliśmy okolicę dogodną na nocleg w rejonie przełęczy Tarniţa La Cruce. Z przełęczy zobaczyliśmy górskie jeziorko, strumyk i płaską trawkę pod namioty. Sądząc po ilości śmieci (niestety!) miejsce to cieszyło się sporą popularnością. Ponieważ nie było w okolicy ani śladu drewna na ognisko kolację musieliśmy przygotować na epigazach. Ugotowaliśmy sobie zupkę jarzynową na suszonym warzywku i kostkach Knorra, którą zjedliśmy z resztkami chleba z pasztetem. Jeszcze zanim przystąpiliśmy do robienia kolacji zobaczyliśmy na przełęczy dwie postacie przypatrujące się nam i jakby wahające się, czy podejść. W końcu zeszli. Okazali się sympatyczną parką Niemców - studentów z Lipska (on geografia, ona biologia). Dobrze mówili po angielsku, więc porozmawialiśmy sobie trochę. Dowiedzieliśmy się od nich między innymi, że w Borşy można kupić mapę szlaków okolicy Borşa - Vişeu oraz że jechali kolejką wąskotorową w dolinie Vaseru. Mieliśmy to również w planach po przejściu Rodniańskich i dobrze było się upewnić, że kolejka ta funkcjonuje. Niestety nie potrafili powiedzieć dokładnie w jakich godzinach kursuje, bo to podobno zależy od okoliczności danego dnia. W każdym razie rano jedzie do góry i wraca po południu na dół z drewnem. Spróbujemy się na nią załapać. Wieczorem w namiocie czekała mnie miła niespodzianka. Moi współpodróżnicy pamiętali, że właśnie dzisiaj mam imieniny i odśpiewali mi sto lat, a Miron wręczył mi butelkę piwa - prezent tym cenniejszy, że niósł ją w plecaku aż od przełęczy Rotunda. Naprawdę doceniłem to poświęcenie, bo gdyby ta butelka była w moim plecaku już pewnie dawno bym ją wypił. Smakowało wyśmienicie. Drugim prezentem, który mnie bardzo uradował, był prezent od natury - wyglądało na to, że dobra pogoda, którą mamy od rana, ma zamiar zostać z nami na dłużej. Noc nadchodziła mroźna i gwieździsta.

9.09, sobota

Przy planowaniu trasy przez Rodniańskie początkowo miałem zamiar zakończyć wędrówkę granią wejściem z plecakami na Vf. Pietrosu i zejściem z niego do Borşy. Ale skoro dzisiaj jest sobota, to rozwiązanie takie trochę nie miałoby sensu, bo w sobotę po południu lub w niedzielę nie kupilibyśmy map ani kartek pocztowych i znaczków, żeby je wysłać znajomym. Dlatego postanowiliśmy przedłużyć wędrówkę granią tak, aby do Borşy zawitać w poniedziałek, a Vf. Pietrosu zdobyć bez plecaków (leży od w bok od głównej grani). Na śniadanie zjedliśmy tradycyjne musli, spakowaliśmy się, schowaliśmy plecaki pod skałką i około 9:30 ruszyliśmy na szczyt. Trasa wiodła przez szczyty Buhaescu Mare (2119) i Rebra (2221). Na tym ostatnim dogoniliśmy znajomą parkę Niemców, którzy wyszli na szczyt przed nami. Z Vf. Rebra ostro zeszliśmy na przełęcz Pietrosului, a potem ponownie do góry na Vf. Pietrosu. Droga na szczyt zajęła nam w sumie około 2 godzin. Na szczycie stoi murowana z kamieni budka, zrujnowana i otoczona resztkami drutu kolczastego. Prawdopodobnie była to stacja meteorologiczna. Posiedzieliśmy sobie na szczycie z pół godzinki robiąc zdjęcia i oglądając panoramkę. Widać było dokładnie przebytą przez nas trasę z wyrastającym na jej początku Ineu, dolinę Vişeu z rozciągającą się wzdłuż niej Borşą oraz leżące po jej przeciwnej stronie Karpaty Marmaroskie z wystającym na pierwszym planie masywem Trojagi. Za Karpatami Marmaroskimi wyraźnie było widać Czarnohorę od Popa Iwana po Howerlę i Pietrosa. Gdy już się wszystkiego naoglądaliśmy, zeszliśmy z powrotem na przełęcz Pietrosului, lecz zamiast wchodzić na Vf. Rebra postanowiliśmy go strawersować. Rozwiązanie to okazało się jednak niezbyt godne polecenia, bo trawers po kamieniach i stromych trawiastych zboczach trwał tyle samo, ile zajęłoby nam przejście granią, a na dodatek było mniej bezpieczne. Ale przynajmniej nie wracaliśmy tą samą drogą, a na trawersie trafiliśmy na świstaka. Gdy dotarliśmy do naszych plecaków było parę minut przed drugą. Słonko ładnie przygrzewało, więc korzystając z okazji postanowiliśmy wykąpać się w strumyku. Później poleżeliśmy sobie jeszcze trochę na słonku. W końcu koło 15:00 postanowiliśmy ruszyć dalej. W planie mieliśmy znalezienie miejsca w lesie, z dużą ilością drewna, gdzie będziemy mogli zrobić sobie ognisko i w końcu ugotować porządną kolację. Z przełęczy Tarniţa La Cruce ruszyliśmy szerokim płajem, wypchanym chyba niedawno przez spychacz. Droga była wygodna, ale mało ciekawa i monotonna. Prowadziła nas w stronę przełęczy Pietrii, początkowo przez górskie łąki, a potem dość stromo w dół przez poorany wyrębami las. Drewna na ognisko było wszędzie mnóstwo, ale brakowało ciągle jakiegoś fajnego strumyka. Doszliśmy w końcu do przełęczy Pietrii, gdzie spotkaliśmy dwóch drwali tnących bele na kilkumetrowe kawałki i ładujących je na samochód. Na przełęczy pożegnaliśmy się ze szlakiem czerwonego paska i zaczęliśmy schodzić na północ drogą w kierunku Moisei. Po około 20 min. dotarliśmy do miejsca, gdzie droga przecinała potok Ciungii i tam na małej górce wśród choinek znaleźliśmy miejsce na namioty. Opału było pod dostatkiem, więc zaraz zrobiliśmy ognisko i ugotowaliśmy resztę kaszy z soją i suszonym warzywkiem. Dzisiejsze schodzenie z 2300 na około 1100 dało nam się we znaki i przyjemnie było sobie w końcu odpocząć siedząc przy ognisku i wpatrując się w iskry ulatujące na spotkanie z rozgwieżdżonym niebem.

10.09, niedziela

Dzisiaj nie musimy się nigdzie spieszyć, bo w planach mamy tylko dojście gdzieś w okolice Borşy, aby w poniedziałek mieć do niej w miarę blisko. W związku z tym śpimy do 9:00, potem robimy sobie śniadanie w postaci mieszanki zupek w proszku, pakujemy się i w drogę ruszamy dopiero koło 12:00. Pogoda nadal bez zmian - świeci słońce, prawie nie ma chmur. Schodzimy dalej drogą w stronę Moisei aż docieramy do stojącej przy drodze leśniczówki i rezerwatu „Izvorul Alabastru al Izei” czyli „Błękitne źródło Izy”. 150 m w bok od drogi wybija spośród skał podziemny strumień o wodzie w odcieniu siwo-niebieskim. Obok źródła jest dobre miejsce na ognisko, rozbicie namiotów i ogromna wiata, gdzie można się schronić przed deszczem. Od rezerwatu zaczęliśmy podchodzić suchym korytem potoku w górę, w stronę przełęczy oddzielającej nas od sąsiedniej równoległej doliny. W dolinie tej znajduje się Monastyr Moisei, który zamierzaliśmy odwiedzić. Mimo, że wędrówka korytem była dość męcząca to trud się opłacił, gdyż szliśmy wąwozem wśród wysokich skał i momentami wyglądało to podobnie do szlaków w Słowackim Raju. Woda w korycie to się pojawiała, to znów znikała pod ziemią i prawdopodobnie ostatecznie wypływała właśnie w rezerwacie. Wyszliśmy z wąwozu prosto na przełęcz i zeszliśmy w dolinę po drugiej stronie drogą do zwózki drewna. Kawałek drogi przed monastyrem spotkaliśmy bardzo sympatycznego dziadka, który wyglądał na oko na 100 lat i próbował z nami rozmawiać. Trudno go było trochę zrozumieć (zwłaszcza przy naszej znajomości rumuńskiego), ale wywnioskowaliśmy, że dziadek był w Polsce podczas wojny i chodziło tu chyba o I Wojnę światową. Wyglądał tak, że mogło to być prawdą. Po paru minutach od spotkania z dziadkiem dotarliśmy do monastyru Moisei. Nie jest on jakąś specjalną rewelacją - murowany kościół pochodzi z 1901 roku. Ciekawsze są stojące przed kościołem dwa drewniane zabytki - mały kościółek i chałupa bogato zdobiona rzeźbieniami. Duże wrażenie zrobiły na nas też zwykłe wiejskie chałupy, które widzieliśmy chwilę potem w drodze z monastyru do Moisei. Wsie rumuńskie mają swój specyficzny klimat i nawet nowo budowane domy swym stylem nawiązują do tradycyjnych wiejskich zabudowań. Była niedziela i zastanawialiśmy się, czy trafimy na jakiś otwarty sklep, więc gdy znaleźliśmy pierwszą otwartą budkę nabyliśmy w niej trochę deficytowego w ostatnich dniach towaru - piwo i ciastka. Im bliżej byliśmy centrum wsi, tym więcej spotykaliśmy otwartych sklepów z coraz większym wyborem towarów. Trafiliśmy też w końcu na otwartą knajpę, gdzie zamówiliśmy sobie mici i piwo. Mici były takie sobie, ale dostaliśmy do nich sporo świeżego chleba, który nam chyba bardziej smakował niż kiełbaski.

Wbrew naszym wyobrażeniom o leniwym wiejskim niedzielnym popołudniu, ulica Moisei tętniła życiem. Przed każdym domem przy ulicy ustawiona była ławeczka, na której siedziało po kilka obserwatorek (rzadziej obserwatorów), żywo komentujących między sobą każdą uliczną atrakcję. My niewątpliwie taką byliśmy, sądząc po uśmiechach i próbach nawiązania kontaktu. Różne wysuwaliśmy hipotezy z czego oni się tak śmieją? Może z naszego wyglądu, bo wszyscy byliśmy zarośnięci (no, z wyjątkiem Agaty), albo z naszych wielkich plecaków, albo z pokrywki do kociołka przytroczonej przez Jurka na zewnątrz plecaka. Pewnie ze wszystkiego po trochu. Bardzo dużo miejscowych kobiet, niezależnie od wieku, miało spódnice w jednakowy wzorek. Albo był to ich strój ludowy, albo akurat taką belę materiału kiedyś rzucili do sklepu. Do końca nie wiemy, która wersja jest prawdziwa. Panowie siedzący na ławkach najczęściej zajmowali się grą w karty lub w szachy. Generalnie wyglądało na to, że prawie cała wioska siedzi na ulicy i zajmuje się życiem społecznym, zamiast siedzieć przed telewizorami i prawdę mówiąc to się nam w nich podobało, że mają tyle luzu i czasu dla siebie.

Zrobiło się już późno i czas było znaleźć jakieś miejsce na nocleg. Szliśmy przez Moisei w stronę Borşy z nadzieją, że wypatrzymy jakieś bardziej odludne miejsce, ale domy stały przy drodze blisko obok siebie i wyglądało na to, że Moisei płynnie przejdzie w Borşę. Gdy więc zobaczyliśmy polną drogę odbijającą w prawo na wzgórze, skręciliśmy w nią. Mijaliśmy ciągle jakieś zabudowania, ale w końcu zostawiliśmy je poniżej i szliśmy przez łąki, na których stały drewniane sześcianiki stodół. Wszystkie były podobne do siebie, jakby wyszły spod ręki jednego cieśli. Postanowiliśmy je przetestować pod kątem przydatności na nocleg i wydawały się być do tego celu idealne - zaanektowaliśmy jedną z nich, stojącą trochę w bok od drogi. W międzyczasie zaszło słońce, a nad Piertosu zaczął wschodzić księżyc. Po umoszczeniu się wygodnie na sianku poszliśmy spać.

11.09, poniedziałek

Był tzw. „skoroświt” kiedy obudziły nas odgłosy metalicznego stukania. Po wyjrzeniu przez szparę w drzwiach zobaczyliśmy dwóch kosiarzy zabierających się do koszenia łąki przylegającej do stodoły. Wyglądało na to, że są to właściciele zajmowanego przez nas lokalu. A metaliczny odgłos pochodził od ostrzenia kos. O cholera! Że też musieliśmy trafić na pracusiów! I co tu teraz robić? Stali na wprost od wejścia do stodoły i zaczynali kosić trawę idąc w naszą stronę. Byli od nas o rzut beretem i wyglądało na to, że niebawem odkryją „szkodników”. Pewnie nam nic nie zrobią, ale kto wie? Kosy w ich dłoniach trochę nas deprymowały… Na szczęście plecaki mieliśmy spakowane, więc czatowaliśmy przy drzwiach i czekaliśmy w nadziei, że jednak nadejdzie odpowiednia chwila, żeby się dyskretnie ulotnić. W pewnym momencie kosiarz stanął do nas plecami i zaczął klepać kosę. Drugi robił coś przy drodze. Tego nam było trzeba - szybko wyskoczyliśmy ze stodoły i schowaliśmy się z tyłu za nią. Potem odeszliśmy na bezpieczną odległość i zaczęliśmy się czyścić z siana, co zajęło nam prawie pół godziny. Zaczęliśmy schodzić z powrotem do drogi i po natrafieniu na rzeczkę dokonaliśmy porannych ablucji. Kawałek dalej od miejsca, gdzie się myliśmy trafiliśmy na drewniany młyn wodny. Był nieczynny, ale zachowany był w miarę dobrym stanie. Aż dziwne się nam wydało, że nie przenieśli go jeszcze do jakiegoś skansenu. Po dotarciu do głównej szosy zaczęliśmy iść w stronę Borşy, robiąc sobie po drodze przystanek na śniadanie. Droga się strasznie ciągnęła i zanim dotarliśmy do centrum Borşy minęła prawie godzina. Widok centrum strasznie nas rozczarował. Trochę inaczej sobie to wyobrażaliśmy obserwując Borşę ze szczytów Alp Rodniańskich. Miasto jest zaniedbane i zaśmiecone (po drodze trafialiśmy co chwila na dzikie wysypiska śmieci), budynki są brzydkie i w opłakanym stanie. Zdecydowanie bardziej nam się podobało w mijanych wsiach. Usiedliśmy sobie na ławce przy głównym skrzyżowaniu z drogą do Băile Borşa. Przez skrzyżowanie przejeżdżały zarówno nowe, zachodnie samochody, jak i mnóstwo Daci, ciężarówki z urobkiem z kopalni, konne wozy z sianem, autobusy i różne inne wynalazki autobusopodobne itp. Szczytem wszystkiego było, gdy zobaczyliśmy pędzone przez skrzyżowanie stado owiec. Jeśli chodzi o sklepy, to głównym obiektem naszego zainteresowania była księgarnia. Udało się nam w niej na szczęście kupić widzianą wcześniej u Niemców mapę tras turystycznych okolic Borşa - Vişeu, ale jeśli chodzi o wybór widokówek, to beznadzieja. Ale trudno, skoro nie ma innych, to kupiliśmy jakie są i zaczęliśmy je wypisywać. W międzyczasie kto potrzebował, to wymienił pieniądze oraz zrobił sobie jakieś inne zakupy. Obiektem, który zrobił na nas duże wrażenie, był pobliski kibelek - drewniana budka z dwoma kabinami, które nawet miały rozróżnienie dla płci użytkowników - otwór wlotowy w damskiej kabinie miał kształt kółka, a w męskiej trójkąta. W obu kabinach szambo jednakowo tętniło życiem i aż się ruszało od chodzących tam robaków.

Chcieliśmy w Borşy zjeść jakiś obiad w knajpie, ale wszystkie lokale jakie widzieliśmy, to były typowe mordownie-kufloloty, gdzie serwowano tylko piwo. Dopiero Miron z Jarkiem znaleźli jakąś knajpę obok bazaru na przeciw poczty. Każdy zamówilił tam sobie coś do jedzenia, ale generalnie byliśmy bardzo zawiedzeni tym, co dostaliśmy i poziomem knajpy. Po jej opuszczeniu nabyliśmy na rynku pomidory, paprykę i arbuzy. W sklepie dokupiliśmy jeszcze chleb, czekoladę, ciastka i wino i przysiedliśmy na chwilkę w celu konsumpcji arbuzów. Na tym zakończyliśmy naszą wizytę w mieście i stanęliśmy na przystanku autobusowym w kierunku Băile Borşa. Poczekaliśmy tam chwilkę i wsiedliśmy do busika, który za 5000 lei od łebka zawiózł nas na sam koniec Băile Borşa. Okazała się ona typową robotniczą osadą z górniczymi familokami. Ruszyliśmy w górę drogą w stronę kopalni rud cynku i ołowiu, którą było widać z daleka w masywie Trojagi. Po niecałym kilometrze odbiliśmy od niej w lewo w dolinkę potoku wypływającego spod szczytu Stina lui Virtic. Postanowiliśmy znaleźć gdzieś tu nocleg, ale dość kiepsko było z miejscem na namioty. W końcu zdecydowaliśmy się na jedno, ale było kamieniste i dość pochyłe. Niestety wyglądało na to, że lepszego nie znajdziemy. Mieliśmy za to dużo suchego drewna pod ręką i rozpalenie dużego ogniska trwało dosłownie sekund pięć. Ugotowaliśmy sobie ryż z sosikiem i obaliliśmy zakupione w Borşy winko. Wieczór był bardzo ciepły. Dość szybko poszliśmy spać, bo rano czekała nas wczesna pobudka.

<< powrót

© 2008 - 2012 Akademicki Klub Górski „Halny” Poznań