Relacje

Dolomity 1999

Czyli ciut bardziej fotograficzna, niż tekstowa, mocno subiektywna relacja z wyjazdu klubowego w Dolomity Filip'a Kierzka.

Wszelkie opinie tu wygłaszane są moje. Ludzie są prawdziwi (z krwi i kości). Góry zresztą też. Obrazki otwierają się w nowych oknach. Zajrzyj też do galerii.

Było fajnie. :-)

Wyjazd w Dolomity był oficjalnym wyjazdem klubowym Halnego, co oznaczało mniej wiecej tyle, iż wśród nasz wszystkich (20) było mniej więcej 3 członków klubu. Całą resztę stanowili „członkowie sympatycy”, do których zaliczam się i ja. Pierwsza rzeczą, którą trzeba było zrobić by być w Dolomitach, było dotarcie na miejsce. Można tu było wyróżnić dwie metody: pociągowo-stopową, oraz full-stopową. Ta pierwsza polegała na przejechaniu całego obszaru Niemiec na tzw. Wochenendeticket (korzystając z którego można tanio przemierzyć całe Niemcy w jedyne paręnaście przesiadek). Agnieszka (pomysłodawca - tu widziana z profilu w trakcie picia wody ze strumienia (33) oraz ja przejechaliśmy w ten sposób od Wrocławia, aż po Cortine d'Ampezzo (25 - tu widziana już z gór) w dwa dni. Podróż wspominam bardzo miło. Końcówkę podróży odbyliśmy Toyotą Land Cruiser (13) z miłą parą. Napomknę jeszcze, iż on miał na koncie starty w rajdzie Paryż-Dakar. Na miejscu, ze względu na kiepską komunikacje autobusową, stop był również często wykorzystywanym środkiem transportu. Zawsze było ciekawie, jak np. wtedy gdy jechaliśmy przez parę minut jakieś 2 ... no może 3 km na godzinę ... (18) Ilekroć nasz kierowca próbował wyminąć krowę, nadjeżdżało coś z naprzeciwka :-).

Dolomity są znane ze swoich asekurowanych szlaków zwanych lokalnie „via ferrata”, czyli dróg żelaznych (niem. Klettersteig). Wzdłuż szlaku jest prowadzona stalowa linka, co jakiś czas przymocowana do skały. Tu (23) widzimy fragment ferraty poprowadzonej w okolicy Auronzo. Kamienie pokryte sugestywnego koloru porostami, a w tle malownicza serpentynka. Widać równerz fragment linki (koniecznie musi być dynamiczna), która powstrzymywała mnie przed przedwczesnym zakończeniem robienia tego zdjęcia. Dobrze ... delikwent wskakuje więc w uprząż wspinaczkową i za pomocą jednometrowego (tak około - liczę odległość od uprzęży do linki, bo sama lina jest ponad 2 razy dłuższa) i za pomocą karabinków wpina się w ferratę. On (ew. ona) i góry od tej pory stanowią rozłączaną, lecz tylko na własne życzenie całość. Tu (15) widzimy fazę oswajania się ze sprzętem na naszym kempingu. Ferraty są dużo bezpieczniejesze od naszych tatrzańskich łańcuchów, które można w każdej chwili puścić ... Dodatkowo _niezbędny_ jest kask, najlepiej specjalny wspinaczkowy. W moim przypadku egzamin zdał model (desko-) rolkowy pożyczony od brata.

Teraz nastąpi ta trudna część relacji, co wynika z tego, iż mam wspaniale krótką pamięć do nazw własnych różnego rodzaju deniwelacji terenu.

Zacznijmy od przykładów rodzajów ferrat. Zdarzają się one w miejscach banalnie prostych, jak i takich gdzie ich brak spowodowałby narażanie życia. Tak wygląda przeciętna ferrata - ta prowadzi na Punta Anna (12), a ta (22) dokładnie nie wiem gdzie, dlatego zdjęcie zatytułowałem „codzienność ferraty”.

Teraz opowiem o Tofanach. Sa trzy: di Mezzo, di Dentro i di Roses. Środkowa, zadnia i różowa, jeśli mnie pamięć nie myli. Tu widać pierwsze dwie (14) z wyżej wymienionych. Di Mezzo po prawej a di Dentro po lewej. Tofany to fajny temat na wycieczkę dwudniową z noclegiem w górach w tzw. bivacco. Są to przymocowane do skały (co by ich nie zwiało) najczęściej metalowe (acz niekoniecznie) „puszki” (schrony) mogące zapewnić kilku osobom w miarę wygodny i ciepły nocleg. Standardowo są wyposażone w prycze + koce oraz stół + coś pod zadek. Czasem zdarza się nawet prowiant od poprzednich turystów. Oto (32) zdjęcie nietypowego bivacco, ponieważ zdjęciem typowego nie dysponuje. Jest to przerobiony na bivacco domek używany przez żołnierzy, podczas walk, które w tych górach miały miejsce podczas I Wojny Światowej. Wracając do tematu Tofany to mieliśmy zaplanowany nocleg w bivacco miedzy Tofaną di Mezzo a di Dentro, ... ale nam nie wyszlo. Gdy dotarliśmy na szczyt, widoczność była mniej więcej taka (4) a śniegu było po kolana. Po godzinie bezskutecznego szukania szlaku zrobiło sie ciemno. Wracać było nie można, bo ferrata w dół należała do tych bardziej pikantnych a my do tych bardziej zmęczonych, a przez to nieuważnych. Dowód fotograficzny: 11 19. To samo miejsce z dwóch ujęć. Zarówno pod Agnieszką, jak i pod Tomkiem jest „żądna krwi otchłań” o szacunkowej wysokości ok. 200 m. Na Tofanie di Mezzo jest górna stacja kolejki, która dała nam schronienie. Było fajnie. Temperatura w tej górskiej szklarni wynosiła ok 0 stopni. Tomek został trochę bez zapasów (bo szedłwszy trudniejsza trasą zostawił je idącym łatwiejszą trasą, którzy to na skutek sił wyższych nie dotarli). Kulminacją programu był posiłek: zupka chińska jedzona wieczkiem od puszki po paprykarzu (16) oraz kisiel i ciepła woda o posmaku kisielowym (sposób czyszczenia menażki), która rozpoczęliśmy kolejny dzień. Tu (17) jeszcze zdjęcie dowodowe - można się doczytać tablicy z nazwą i wysokością. Nie zawsze było rzecz jasna tak ekstremalnie. Czasem pogoda bywała lepsza np. 7 , bądź tu 10, czy tu 8.(Czy ktoś mi może przypomnieć, jak się ta góra nazywała...?) Super też udała mi się wycieczka na Tofane di Roses. W porę zdałem sobie sprawę ze potrzebna jest mi latarka, której nie ma. Spędziłem więc udany dzień jedząc czekoladę i namiętnie fotografując (2, 3).

Bardzo ciekawym (wizualnie) miejscem jest również masyw Monte Cristallo wraz z Rifugio Lorenzi (tak sie składa ze wszystkie nazwy schronisk zaczynały się od Rifugio ... dziwne co? :-) ) Tu (1) właśnie je widzimy.

Teraz parę różnych fotek z różnych niekoniecznie przeze mnie zidentyfikowanych miejsc. To (29) jest Tomek (prawdziwy Halniak ... taki z klubową blachą). A to (35) jest szlakowskaz. Na zdjęciu również widnieje maskotka, która ze trzy razy nieskutecznie próbowałem zgubić - za każdym razem ktoś ją odnajdował. To (31) jest widok na jakieś góry, a to (27) dla odmiany jest widok na bardzo konkretne góry, a mianowicie na Sorapis i Marmole. Zdarzały się też wodospady (24). Ten był o tyle ciekawy, iż można było zajść go od tyłu. Tu (28) natomiast Kinga (kolejny prawdziwy Halniak, obecnie (19 sierpnia 2000) bazowy na naszej klubowej bazie namiotowej - trzecim prawdziwym Halniakiem, był Rafał, który obok Kingi był organizatorem tego wyjazdu) schodzi z Pomga ... Pomange ... tfu ... Pomagagnonu ... uff.

Wracając stopem, w nieco już innym towarzystwie, zahaczyłem o Wiedeń (6 5 -fontanna przed wiedeńskim parlamentem, 21 - kawałek ogrodzenia) i Wenecje (26 - kanał, 30 - kawałek Pałacu Dożów). To oczywiście wycinek (jakże skromny) Dolomitów.

Całość wyjazdu wspominam naprawdę świetnie. Fajne góry i fajni ludzie. Jednym słowem Halny.

Filip Kierzek

<< powrót

© 2008 - 2012 Akademicki Klub Górski „Halny” Poznań