Relacje

Rajd "Ten Trzeci"
Beskid Niski i Bieszczady
30.04.2012 – 6.05.2012

Teoretycznie rajd „Ten trzeci”, oprócz dość oczywistej kolejności w halniackim kalendarzu, ma kilka cech odróżniających go od pozostałych. Jest dłuższy, cieplejszy - zwiastuje wakacje, które wraz ze słońcem i długimi dniami zbliżają się wielkimi krokami. Każdy student potrafi docenić ten deficytowy produkt, jakim jest teoria sprawdzająca się w praktyce;) 6 dni, piękna pogoda, trzy trasy ( a wyobraźnia podsunęła wyjątkowo w tym roku zaradnym rajdowiczom i czwartą i piątą i szóstą zapewne…) i uroki Beskidy Niskiego oraz Bieszczad. Z góry uprzedzę, że nie będzie to dokładna „relacja” – z konieczności opisania szczegółowo prawie tygodnia wyszłaby solidna nowelka, a powieściopisarz ze mnie marny, żeby nie rzec – żaden. Skupię się więc na klimacie wyjazdu, czyli tym, co najmocniej pozostaje w pamięci i cieszy długo po tym, gdy nazwy kolejnych szczytów wylecą z głowy.

Jest piękny, stanowczo zbyt słoneczny majowy dzień, wychodzimy z autobusu. Pisząc „my” mam na myśli trasę namiotową, liczącą sobie, niebagatela, siedem osób. Siedem to już karawana, to siedem plecaków, trzy namioty, jedna gitara, dwie kuchenki i sporo wody oraz zapasów – przy niepomyślnych wiatrach szansę na sklep mamy 4 maja. Przed nami pierwsza góra, ruszamy! Entuzjazm ogromny, Cergowa ma 716 m.n.p.m. , charakterystyczny trójgarby kształt i ponoć na jej stokach znajduje się jaskinia. Tej ostatniej nie udaje się nam znaleźć, dokonujemy jednak znacznie ciekawszego odkrycia. Termometr zawieszony na krzyżu wieńczącym górę wskazuje…35 stopni! Cergowa urasta tym samym do rangi szczytu i przez moment ma nie siedemset, a siedem tysięcy metrów ( na górze znajduję się również skrzynka na listy o niezbadanej przez nas zawartości). Nogi niosą nas przez dosłownie umajone góry, całe pokryte kwitnącymi krzewami, na przemian białe i soczyście zielone. Mam wrażenie, że jako jedyna przedstawicielka płci pięknej w ekipie sama zachwycam się tymi kwiatkami i trochę mi wstyd;) Docieramy do samotni św. Jana z Dukli, która wita nas najpiękniej jak się dało – źródełkiem z krystalicznie czystą i niesamowicie ZIMNĄ wodą. Rzucamy się na nią jak po pobycie na pustyni. Tu św. Jan dokonuje kolejnego cudu – zanurzone w źródełku tabliczki roztopionej czekolady powracają do swego poprzedniego stanu! Długo będziemy tę wodę i zacienioną pustelnie wspominać… No i cuda, cuda! Dalej maszerujemy i wesoły jest to marsz, odpoczywamy także i to jest jeszcze weselsze od marszu! Raz po raz ktoś znajdzie coś w plecaku, czym bardzo chce się podzielić z towarzyszami i wtedy to już zakrawa na imprezę. Nic nie trwa jednak wiecznie, nawet trasa dnia pierwszego, wbrew wszelkim oznakom gasnącej nadziei. Docieramy do celu – przemiłego gospodarstwa agroturystycznego. Tam do głosu znów dochodzi wstydliwa dziewczęca wrażliwość – jest altanka, jest huśtawka, są hamaki (!), herbata w dzbanku od pani Marii i bocianie gniazdo na środku pola namiotowego. Dookoła gniazda w promieniu 2-3 metrów rozciąga się pas ziemi niczyjej, na której lepiej namiotu nie rozstawiać, chyba że chce się sprawdzić odporność tropiku na ostrzał. My nie chcemy. Ufamy klubowym namiotom. Bocian wygląda na niepocieszonego. Z tą smutną świadomością zasypiamy…

Poranek wita nas znów niepokojąco ciepło, czego nie można powiedzieć o obrażonym bocianie. Gospodyni jakby w zadośćuczynieniu za brak kultury swego pupila częstuje regionalnym wypiekiem (pycha). Hamaki idą w ruch, huśtawka skrzypi, nic tak nie szkodzi motywacji jak małe przyjemności z rana… Wyruszamy jednak w drogę, wspinamy się na góry ( co było w planie), dziwnej konstrukcji wieżę (czego w planie nie było, ale trzeba jakoś udowodnić męstwo członków wyprawy), przeprawiamy się przez liczne strumienie, które kończą się właśnie wtedy, gdy za bardzo uszczupliły się nasze zapasy wody. Tworzymy więc ekspedycję, która ma za zadanie odnaleźć okoliczne źródełko i dostarczyć spragnionym towarzyszom niezbędną dawkę wilgoci. Jest przygodowo, jest filmowo! Mi przypada rola tej ratowanej od śmierci z pragnienia i przyznaję bez bicia, że jest to najwłaściwsza w tym momencie rola;) Dokąd idziemy? Do wsi…której nie ma. Dodaje to przygodzie pikanterii. Nie zrażając się tym, że nasz cel nie istnieje, zmierzamy ku niemu twardo. I…udaje się! Wsi może i nie ma od lat, ale pole owszem, a na polu ognisko, a przy ognisku ludzie z kociołkiem zagotowanej wody (prawdziwe beskidzko-bieszczadkie anioły). Są tu oprócz nich liczni goście, także tacy, którzy stali się chcąc nie chcąc legendą trasy. Rozochoceni spożytymi wcześniej napojami i widokiem naszej gitary zapragnęli igrzysk! Poczuliśmy się dzięki nim ( a zwłaszcza jednemu panu, pozdrawiamy!) jak prawdziwe gwiazdy rocka. Koncert życzeń był długi i rozmijał się czasem z naszymi gustami, ale co robić gdy ktoś pozostaje pod takim urokiem i wrażeniem prezentowanych przez nas umiejętności, woda sodowa uderza do głowy… Szczęśliwie nasz jedyny widz zgasł w końcu, zgasła więc i nasza najjaśniejsza gwiazda, popularność przeminęła, a krzakom grać nie będziemy przecież, choćby nie wiem jak kulturalnie słuchały.

Dzień trzeci – jak u Hitchcocka! Zaczęło się od spotkania ze żmiją i napięcie wciąż rosło, by znaleźć swój finał na drodze pełnej Kumaków ( Kumak – duży, skacze, kuma). To dzień podziału grupy na tę jedzącą obiad i tę szukającą otwartego sklepu. To łapanie stopa, to drogowskazy ostrzegające przed krowami. Ostatecznie to też wizyta U Wandy, w barze o na pewno podłej reputacji i krwawej historii. Jakakolwiek by ona nie była, U Wandy przyjęto nas wspaniale – zimnym piwem, golonką, zapiekanką. Tu też niestety pierwszy raz wydaliśmy pieniądze Taki niewinny powiew cywilizacji. Tak pokrzepieni wkraczamy do Krainy Kumaka, która okazuje się…obfitować w Kumaki! Kolejny przykład radosnej spójności teorii z praktyką. Kumak to taka duża żaba, o której możliwej obecności ostrzegały nas tabliczki przy drodze, upstrzone nawet podobiznami rzeczonego Kumaka, gdybyśmy mieli jakieś wątpliwości. W tej zacnej eskorcie wkraczamy na pole namiotowe, rządzące się własnymi prawami, których dokładny spis odnajdujemy na słupie. Prawa te wyraźnie dyskryminują teściowe oraz Warszawiaków. Czujemy się więc jak u siebie i zasypiamy jak przystało na panów sytuacji.

Dnia czwartego mamy spotkać się z resztą rajdu i po raz ostatni spać pod namiotami. Trochę nas to smuci, bo zdążyliśmy się już zżyć, zarówno z naszą małą grupką jak i własnym dachem nad głową. Ale „nie czas na łzy”, przed nami najdłuższa trasa rajdu! Narzucamy tempo stada galopujących koni i nim się spostrzegamy…jesteśmy u celu ( przy Jeziorkach Duszatyńskich okazuje się dobitnie, że towarzyszą mi mężczyźni. Za nic nie dostrzegają szmaragdowości wody). Nagle zamiast 7 jest nas 80 i zaczyna się impreza ( z uwagi na potencjalną wrażliwość czytelników oszczędzę opisu doznań spod prysznica, który wodę czerpał chyba wprost od św. Jana z Dukli i zapewniał kriozabiegi). Ale żeby zwykła impreza… Nasze śpiewy zostają przerwane przez osobnika odzianego od stóp do głowy w czarną skórę. Tenże osobnik zaprasza nas na „Pokaz interaktywny” z udziałem płomieni, bicza i sporej ilości łańcuchów. Klimat prawdziwie bieszczadzki Znajdzie się i ochotniczka. Pan w skórze tańczy, skacze i częstuje nas swymi najbardziej wysmakowanymi żartami. Incydent z czyimś autem nie zakłócił na szczęście biesiadnej atmosfery ( żeby nie zakłócać równie biesiadnego charakteru tej relacji, pominę incydent samochodowy). Zmierzając do namiotu na zasłużony odpoczynek, zostaję złapana przez kolegę pana odzianego w skórę (również w skórze, o rety), który mówi mi jak mam na imię i ile mam lat. Zarzeka się, że nie wiedział i że potrafi takie rzeczy odgadnąć. Głęboko zszokowana idę spać.

Trasa specjalna! W uszczuplonym zmęczeniem i niedomaganiami gronie ruszamy na nią ekipą namiotową liczącą teraz trzy osoby (wraz z organizatorem, którego mimo wszystko wciąż można liczyć jako osobę). Przed nami droga owiana tajemnicą i naszpikowana zadaniami. Te przedstawiają się rozmaicie i zmuszają do odkrycia w sobie różnych nowych talentów. Finałowa punktacja nie pozostawia wątpliwości – nie wszyscy jurorzy byli „na tak”  Walczymy z mgłą, szukamy cerkwi której na oczy nie widzieli mieszkańcy wioski, wspinamy się na drzewa by udawać na nich dzikie koty, rozwiązujemy masę zagadek, układamy wiersz. Robimy te wszystkie głupiutkie rzeczy i przegrywamy, bawiąc się jednak przednio! Humor nie opuszcza nas nawet, gdy stojąc po ciemku przy pustej drodze próbujemy bezskutecznie złapać stopa-widmo. Ostatecznie wszystkie bieszczadzkie duchy ( wyłączając bociana) są z nami i udaje się nam wylądować na mecie, przy odrobinie organizatorskiej interwencji A meta jak to meta, z ta różnicą, że na tej znajdują się skrzypce i niebezpiecznie dużo mózgojeba ( ot taki bieszczadzki przysmak, region trzeba poznawać, badać, smakować!). W uznaniu organizatorskiego trudu Klub zyskuje trójkę nowych halniaków – Anię, Michała i Kubę, którzy zanim dostaną blachy są zmuszeni zrobić z Anią kilka dziwnych rzeczy… To dobra wiadomość, oznacza bowiem, że na żadnej z prowadzonych przez nich tras nie miały miejsca incydenty groźne, nieobyczajne i niewybaczalne, że wszyscy są cali i zdrowi ( tego warunku nie muszą spełniać tylko stopy rajdowiczów i palce grajka, które nie wytrzymały napięcia. Dzięki temu żaden klub górski nie może się pochwalić gitarą tak rodem z Dzikiego Zachodu, jak nasza krwawa przyjaciółka) oraz że ufamy im na tyle, by obdarować blachami zanim zawiozą nas do domu Tego zaufania nie zawiedli. Zawiodło za to PKP i przez chwilę wydawało się nam, że wrócimy do Poznania uczepieni dachu pociągu. Ale z drugiej strony, czy po tym wszystkim co działo się na rajdzie, byłoby to takie niemożliwe?

Marta

<< powrót

© 2008 - 2012 Akademicki Klub Górski „Halny” Poznań