Relacje

Rajd „Na przekór”
Jura Krakowsko-Częstochowska
9–11.XI.2012

Zgodnie ze zwyczajem halniackie towarzystwo, wzbogacone o nowych zapaleńców górskich, zebrało się na Dworcu Głównym pod neonem "kwiaty", czyli pod KFC. Pociąg do Krakowa miał już niebawem wjeżdżać, gdy grupa zajęła strategiczne miejsca przy krawędzi peronu i już siedzimy wygodnie, gnając ku Wawelowi, którego mieliśmy nie zobaczyć. Podróż, jak zwykle minęła na rozmowach, posiłkach, drzemkach i braku wody w toalecie.

Ranek na stacji docelowej, po jednej przesiadce, przywitał nas optymistycznie. Słońce wydawało się wyglądać zza chmur. Ruszyliśmy na szlak. Już pierwsze metry okazały się oddawać jurny charakter przemierzanej krainy, mianowicie udogodnienie, które okazało się największą niewygodą - asfalt. Niestety, mimo codziennego życia w mieście, stopy sporej części rajdowiczów boleśnie to odczuły. Szlak dość często zmieniał nawierzchnię. Poza wspomnianym asfaltem, leśnymi ścieżkami, drewnianymi, śliskimi od wilgoci kładkami, mieliśmy również okazję przedzierać się po kamieniach wzdłuż strumyka. Pogoda była tego dnia niezdecydowana. Raz padało, by po trzech minutach, czyli tuż po włożeniu kurtki, wrócić do stanu cieplejszego i suchszego. Dodatkowo widoczność pogarszała mgła, ale nie była ona wieczna, choć pomogła nam nieznacznie zboczyć ze szlaku, na który wróciliśmy dzięki czujności Zuzy, jednej z organizatorek. Tuż przed zapadnięciem zmroku mieliśmy okazję podziwiać twory skalne tworzące dolinę Kobylańską. Piękne. Z wielu wariantów trasy, wybraliśmy najdłuższą, co sprawiło, że do noclegowni dotarliśmy po ciemku, ale i tak był nas komplet jeszcze przed 19. Po wzięciu zimnego prysznica i skromnej kolacji, nastąpiła integracja w kuchni, gdyż sala dedykowana do zabaw grupowych była przeraźliwie zimna. Nie zmienia to faktu, że w niej spaliśmy. Śpiewom i rozmowom nie przeszkadzała coraz późniejsza pora.

Drugi dzień oznaczał dla mnie i Marty trasę specjalną. Poza zadaniami czekały na nas atrakcje zaserwowane przez naturę i Ojcowski Park Narodowy. Rozpoczęliśmy przy okazałej skalnej bramie Bolechowskiej. Na oko miała ze 30m wysokości. Szacunek ten był pierwszym zadaniem trasy specjalnej. Dalsza droga wiodła przez las i górki, żółtym szlakiem. Był to jeden z przyjemniejszych odcinków trasy. Ziemia pod stopami, słońce na niebie, opadów brak. Idąc ochoczo doszliśmy w pobliże źródeł Kluczwody i pobliskich jaskiń. Pierwszą do eksploracji, za namową spotkanych przy okazji organizatorek, była jaskinia Dzika. Wczołgawszy się przez gardło na wejściu, znaleźliśmy sporą komnatę z uroczym nietoperzem zwisającym z sufitu. Eksploracja nie zakończyła się w tym miejscu. Zwiedziliśmy najbliższe komnaty, starając się zbytnio nie ubrudzić. Na punkcie przy jaskini Wierzchowskiej, której nie zwiedziliśmy ze względów ekonomicznych (12zł za wstęp), zostaliśmy wysłani do jaskini Mamutowej. Lawirując wśród lin wspinających się młodzieńców, sporządziliśmy mapę tej jaskini. Zabawnym akcentem pojawiającym się w tym miejscu jest to, że niektórzy, szukając tej sporej dziury w skale trafili do jaskini nazwanej Telewizorową, gdyż w środku znajdował się sprzęt RTV. Bynajmniej nie z epoki kamienia łupanego. Zadowoleni ze spaleontologicznych przygód ruszyliśmy w kierunku Parku Narodowego. Szlakiem czarnym doszliśmy do pierwszych ruin zamku, na Zamkowych Skałach. Co prawda nie zostało z niego za wiele, ale czuliśmy się wędrowcami Szlaku Orlich Gniazd. Tam przypadło nam zadanie przebrania się za rycerza i księżniczkę oraz odtańczenia poloneza z jak największą liczbą nieznajomych. Nam udało się dorwać grupę harcerzy, dość liczną. Czerwonym szlakiem wkroczyliśmy w dolinę Prądnika, którą szliśmy do samego Ojcowa, nieznacznie zbaczając na szlak niebieski do Groty Łokietka. Tam zastał nas mrok. Przy świetle czołówek dotarliśmy pod zamek w Ojcowie. Po ciemku nie widzieliśmy zbyt wiele, a i zwiedzić już nie było możliwości. Zadowalając się zewnętrznymi murami poszliśmy na nocleg. Dom Wypoczynkowy Zosia był dla nas prawdziwą nagrodą. Ciepły prysznic, gorący obiadek i już gotowi do zabawy na mecie. Mała sala nie była przeszkodą dla dobrej zabawy. Organizatorki przeprowadziły przezabawne konkursy z nagrodami od Avany, przeplatane śpiewami. Hitem były kalambury, które swojej kontynuacji doczekały się w pociągu powrotnym. Zwieńczeniem oficjalnej części było skomplikowane zadanie dla organizatorek, które po jego wykonaniu ostatecznie zostały przyjęte w halniackie szeregi. To co działo się potem, jest opowieścią o radości zwycięstwa i dobrej zabawie przegranych przy stole z piłkarzykami, o zdartych gardłach śpiewających do późna i trudnym poranku dla śpiących zbyt krótko.

W dniu powrotu wróciliśmy pod Zamek, by obejrzeć go w pełnej krasie światła słonecznego. Stary jest. Droga do miejsca zbiórki przebiegła spokojnie. Widoki były ładne, rozmowy zabawne, a woda przepyszna. Sporo przed czasem weszliśmy na dziedziniec Zamku na Piaskowej Skale, zeszliśmy pod Maczugę Herkulesa i zeszliśmy do autobusów. Stamtąd do Krakowa, godzina do pociągu i wsiadamy do w miarę pustego pociągu, zajmując spory jego obszar. Podróż minęła na śnie, kalamburach, śpiewach i ogólnej radości. Ostatecznie rozeszliśmy się w Poznaniu. Następny rajd będzie już w śniegu...

Jakub Bujakiewicz

<< powrót

© 2008 - 2012 Akademicki Klub Górski „Halny” Poznań