Relacje

Rajd „Przebiśniegowy”
Beskid Sądecki
11-13.03.2011

Był upalny, słoneczny dzień. Złocisty piasek na plaży... A nie... Nie ta wycieczka, nie ten klimat. Jeszcze raz :)

Szklarska Poręba, ostatni dzień prób poskromienia deski snowboardowej. Pewna wielmożna część ciała bardzo wyraźnie daje o sobie znać. Jednak te drobne niedogodności nie mogą powstrzymać mnie przed zjazdem na niziny, aby przetransportować Wielmożną w góry Beskidu Sądeckiego, bo o nim będzie tutaj mowa. Zatem jedziemy!

Z wyżej wspomnianych powodów rajd dla mnie rozpoczął się we Wrocławiu - byłem w tym niezbyt lubianym przez Pyry mieście wcześniej, niż halniacki pociąg, do którego miałem się dosiąść, więc postanowiłem obejrzeć Stary Rynek. Po policzeniu krasnali zdobiących rynek tu i ówdzie, kontynuowałem zwiedzanie w intrygującej knajpie o nazwie Spiż. Knajpie „intrygującej”, gdyż posiada ona własny mini browar i waży kilka wybitnie lokalnych piw. Wystrój lokalu klimatyczny, ludzi mnóstwo, towarzystwo internacjonalne, a piwka smakowały zacnie. Niestety sposób ich podania ubódł moje poczucie estetyki, zatem finalnie lokal muszę odradzić. Po wyjściu z lokalu, krasnali w okolicy jakby przybyło. Mniejsza... azymut: dworzec PKP. Bzzz, bzz, bzzz... nagle coś zabrzęczało w kieszeni. Okazało się, że to dzwoni Kasper i prosi o zakup „jednego piwa na dobry sen w pociągu” - piwo to będzie gwiazdą następnego akapitu.

„Pociąg relacji ...bramghamamba arghamamra... peron trzeci” - jak zwykle na PKP, dobrze, że informacje o odjazdach są także w wersji drukowanej. Jeszcze tylko poszukiwania właściwego przedziału i już byłem w doborowym towarzystwie, a naprzeciw mnie widziałem ucieszoną na widok przyniesionego przeze mnie piwa mordkę. Nie mogłem pozwolić żeby kolega pił ambrozje w samotności, więc otworzyłem także swoja butelkę. I tak sennie mijała podróż (wprawdzie kilka przedziałów dalej jakaś ekipa była jakby bardziej głośna i wesoła, ale to pewnie przez to, że mieli więcej ambrozji). Aż do Gliwic - tam drzwi do przedziału otworzyły się i zza zasłonki złowrogo ukazała się ręka odziana w granatowy mundur, bynajmniej nie w celu kontroli biletów. No nieee... O DRUGIEJ W NOCY?! Cóż, przyszło uczestniczyć w średnio przyjemnej rozmowie z cwaniakującym policjantem i przyjęciu pioruńsko drogich różowych druczków. Trzeba wprawdzie przyznać, że prawo było po jego stronie, zastanawia jednak trwająca dalej w najlepsze impreza kilka przedziałów dalej i brak reakcji z jego strony. Najbardziej jednak zapadło w pamięć zachowanie SOKisty towarzyszącego policjantowi - wychodząc z przedziału powiedział półgębkiem coś co mogło zabrzmieć jak „weźcie następnym razem chowajcie to piwo”. Nie da się ukryć - miał chłopina racje - trzeba to sobie zapamiętać. Tymczasem komórki w dłoń i trzeba obdzwonić cały pociąg i rozpuścić wici o czyhającym wrogu. Niestety nie wszystkich udało się uratować - granatowy pan upolował jeszcze jednego kolegę. Około siódmej godziny przesiadka i spowodowana nią drzemka na dworcu w Tarnowie - normalnie o tym bym nie wspominał, ale ten dworzec okazał się wyjątkowy. Świeżo po remoncie, czyściutko, ładnie. Widać że Droga Unia sypnęła groszem. Ba! Nawet galeria sztuki była! Na rajdach AKG Halny można się odchamić! Z AKG Halny nie jeździ byle kto! Finalnie hipotezę mówiącą o pomyleniu pociągów/stacji/krajów odrzuciliśmy po analizie cennika usług toaletowych - dwa pięćdziesiąt! Tak, to jednak Polska...

Wreszcie! Jesteśmy w Piwnicznej-Zdrój i startujemy. Ostała się jeszcze odrobinka śniegu, buty za nic mają współczynnik tarcia, ale jakoś da się iść. Co jakiś czas słychać jak czyjaś Wielmożna testuje grawitacje, ale kończy się tylko na siniakach. Z Kasprem postanowiliśmy zostać nonkonformistami i ustaliliśmy własną trasę ignorując te zaplanowane (bez obrazy dla organizatorek). Szlak niebieski w kierunku Łomnicy-Zdrój, na boku drogi tabliczka „Wycinka drzew - wstęp wzbroniony”:
- Co robimy?
- Udajemy, że tego nie widzimy i idziemy dalej.
- Ciekawe czy jest jakaś kara za olanie tego zakazu...
- Po jednym mandacie już mamy, najwyżej będzie drugi do kompletu - tutaj Kasper zobaczył moją skwaszoną minę... i poszliśmy.

Wejście do Łomnicy było poprzedzone bardzo interesującym podejściem. Górka nie była jakoś nadzwyczajnie stroma gdyby nie ściekająca z niej woda. Która zamarzła. Ale co? My nie damy rady?! My!?

Dalsza część trasy była już typowo beskidowa: trochę w dół, przełęcz, Piekiełko, trochę w górę, piękny widoczek z Hali Groń i tak przyszła pora obiadu. Świetnie się złożyło, bo właśnie schodziliśmy do schroniska PTTK Hala Łabowska.

W samym schronisku, które sprawiało dość betonowe wrażenie było przeraźliwie zimno. Po zamówieniu grzanego piwa i pogaduchach z obsługa dowiedzieliśmy się, że schronisko ledwo wiąże koniec z końcem, bo ma fatalną lokalizację i bardzo mało ludzi się w nim zatrzymuje. Obsługa była bardzo miła i przyrządziła wyśmienity omlet. Podczas konsumpcji omleta ponabijaliśmy się jeszcze jak to ludzie z trasy alternatywnej się zdziwią dzisiaj wieczorem (mieli spać w tym schronisku), jak to będą dzisiaj w nocy marznąć, jutro przez to marudzić, itepe, itede... Takie tam złośliwości.

Szlak niebieski nie chciał iść w naszym kierunku, więc wymieniliśmy go na czerwony. I tak po zdobyciu Wierchu Nad Kamieniem i przejściu przez Halę Pisaną wylądowaliśmy w dzisiejszym celu naszej podróży - prywatnym schronisku Chatka Cyrla.

Ach, cóż to było za schronisko. Ach! Ach! Ach! Rozgrzebane, w trakcie remontu, a mimo tego oferujące wszystko, co powinno być w takim przybytku: miłą obsługę, wyśmienite jedzenie, ciepłą wodę, czyste miejsce do spania, coś na rozgrzanie (jeśli domyślacie się co mam na myśli). Nigdzie indziej nie dostałem jajecznicy na maleńkiej patelni (co za klimat!) przyprószonej rzeżuchą. Nigdzie indziej nie widziałem nalewek domowej roboty. Nigdzie indziej nie widziałem pokoju mieszkalnego przyozdobionego na ścianie skórą dzika. Przyznaje - gdzie indziej widziałem obsługę siadającą i śpiewającą z nami - tutaj też. Po noclegu złapaliśmy azymut i ruszyliśmy w dalszą drogę - szlakiem czerwonym w kierunku Rytra.

U bram Rytra czekały na nas ruiny zamku. Wyglądały całkiem interesująco, a najciekawsza była zaprawa między kamieniami z których był zbudowany zamek, która do złudzenia przypominała współczesny beton, a w nim zatopiona była - średniowieczna zapewne - plastikowa butelka (to złudzenie najprawdopodobniej spowodowała jedna z Cyrlowych nalewek). Z murów zamku rozciągała się piękna panorama Rytra i okolicznych gór. Krótki odpoczynek, śniadanie i dalej w drogę. Zeszliśmy do Rytra i naszym oczom ukazała się najsłynniejsza stacja benzynowa w Polsce. Nie wiem co brał architekt projektujący ten budynek, ale ja tego świństwa na pewno nigdy nie ruszę. O ile sam budynek w oderwaniu od krajobrazu wygląda intrygująco, to w zestawieniu z beskidzką panoramą za nim prezentuje się koszmarnie. Po uwiecznieniu tego wybryku sztuki przestrzennej, zwróciliśmy uwagę na jedno ze wzgórz, na szczycie którego stał krzyż. To na pewno Giewont! Idziemy! Niestety, szczyt okazał się niższy niż Giewont, krzyż także jakiś nie wymiarowy, ergo... to jednak nie Giewont. Dalsza droga biegła przez Wielka Roztokę aż do szlaku zielonego, potem prosto do szlaku niebieskiego, przez punkt widokowy Wdżary Wyżne i kawałek dalej zaczęło nagle bardzo nieprzeciętnie wiać. Po paruset metrach zagadka się rozwiązała - po prostu byliśmy w Wietrznych Dziurach (do dziś się zastanawiam jak to możliwe, że jednocześnie znaleźliśmy się w kilku dziurach jednocześnie - prawie jak Kot Schrödingera). Po chwili zdobyliśmy Wielką Przehybę i zaczęliśmy trawers Przehyby. Trawers, trawersem, ale fajnie by było zdobyć jeszcze jeden szczyt. Szybka decyzja: odbijamy w bok i zaczynamy atak szczytowy! Po mozolnej, ciężkiej, męczącej, wymagającej nadludzkiego wysiłku, dwudziestometrowej wspinaczce, szczyt zdobyty. Meta: PTTK Przehyba.

Oczywiście nie obejdzie się bez paru słów o samym schronisku. O ile Chatkę Cyrla wychwalałem pod niebiosa, to tutaj będzie łyżka dziegciu. Całe schronisko jest zadbane i warunki bytowe są w porządku, ale pani zarządzająca schroniskiem psuje efekt - jest bardzo nieprzyjemna. Jeszcze nigdy nie spotkałem się z narzekaniem, na fakt, że klient (ja) poprosił o wymianę pokalu do piwa na czysty, bo niestety dostał zakurzony. Cóż czasami się zdarza, każda zmywarka może mieć gorszy dzień, ale... Nie minęło pięć minut i Kasper miał identyczną przygodę. Potem były jeszcze jakieś jazdy z ceną za nocleg, oddawaniem pokoi i kontrolowaniem ich (czy aby przypadkiem nie zostały zdewastowane przez tych złych, rozpuszczonych i chuligańskich studentów). Szkoda słów, niby klienci, a traktowani jak intruzi.

Wieczorem tradycyjna meta: „jedzą, piją, ...*, tańce, hulanka, swawola” (*lulków nikt nie palił) i gwóźdź programu: pasowanie organizatorek: Kasi Płockiej i Marty Brylewskiej na Dumne Halniaczki. Marta musiała przekonać wszystkich, że jest wielbłądem, a Kasia jej w tym pomagała. Po drodze odbył się jeszcze konkurs na najbardziej niepotrzebną rzecz na rajdzie. To była chwila, w której zrozumieliśmy resocjalizacyjny sens otrzymywania mandatów - one są po to, aby je pokazywać w konkursach i wymieniać je na nagrody! Tym sposobem każdy z naszej trójki napiętnowanych różowymi druczkami zaopatrzył się w nowiutki, turystyczny portfel (niestety pustych, ale rajdowy budżet był już wyczerpany). Najbardziej poszkodowanym w tym wszystkim okazał się Hary - został zgłoszony jako niepotrzebna rzecz (sic!) - niestety nie pamiętam czy załapał się na podium. O 23.00 (Marta i Kasia musiały prowadzić trudne negocjacje, żeby z 22.00 zrobić 23.00) szefowa schroniska zgasiła nam światło. Na szczęście było już na tyle późno, że znalazło się sporo pustych plastikowych zgrzewek po piwie - wystarczyło włożyć do środka czołówki, żeby zamienić je w gustowne lampiony. I tak impreza trwała w najlepsze dalej, a ja poszedłem spać...

Kolejnego dnia, wczesna pobudka - dla najwytrwalszych z poprzedniego dnia dość traumatyczna. Szybkie śniadanie i zejście szlakiem zielonym aż do Kamienia Św. Kingi, i dalej asfaltem aż do przystanku PKS w Mołdawkowej. Tam po oczekiwaniu na „wczorajszych” łazików zapakowaliśmy się do wspaniałego autobusu, z którego buchały tutejsze klimaty - spory kawałek drogi spędziłem uderzając głową o sufit z naklejką „Fanatyczny Stary Sącz; Wytępić Wroga”. Echhh... ta góralska gościnność... w pociag i do domu.

Podziękował organizatorkom i towarzystwu, za epicką wyprawę!

Krzysztof Szalast

<< powrót

© 2008 - 2012 Akademicki Klub Górski „Halny” Poznań