Relacje

Rajd "Październikowy"
Pieniny
21-23.10.2011

Relacja, trasa trzydniowa

Bez zbędnych ceregieli i prosto do sedna – tak powinna wyglądać wzorowa relacja. Takie i do nich zbliżone nigdy nie należały do mojej specjalności, proszę więc spodziewać się wielu nagłych zwrotów akcji, dygresji, opisów przyrody rodem z „Nad Niemnem”, przygód mniejszych, większych…Będzie to więc opowieść o bardzo zimnym przedziale, chodzeniu „na szagę”, polowaniu na lisa, podglądaniu saren ( będących w gruncie rzeczy łaniami), pewnym małym kocie, mgle, panu Goprowcu przed i po chwyceniu gitary, o pokoju nr 13 i o tym wszystkim, co przypomni mi się, bądź co sfabrykuję po drodze. Ewentualnie skrócę opisy przyrody – lecz reszta zostaje. Taki już był ten rajd, co zrobić?

Spotkaliśmy się „tam gdzie zawsze”, czynności organizacyjne poszły gładko „tak jak zawsze”, „tak jak zawsze” poszliśmy na peron, wsiedliśmy do pociągu, rzuciliśmy się na wolne przedziały i rozsiedliśmy bardzo wygodnie („jak czasami”). Zupełnie pusty wagon napawał naszą grupkę nadzieją na cudną, komfortową podróż. Pusty wagon w pociągu relacji „reszta kraju – góry” i nam nie wydało się to podejrzane! W naiwności własnej nawet podobał się nam początkowo miły chłodek i przyjemny, zachęcający do drzemki przedział. Październik szybko okazał się jednak miesiącem bliższym zimie niż latu i nim się spostrzegliśmy, mknęliśmy w stronę Pienin w prywatnej kriokomorze. Konduktor informujący nas o braku prądu i niemożności jego przywrócenia po 3 godzinach podróży był wzruszający. Jeszcze bardziej wzrusza fakt, że za dzienne 3 minuty przebywania w tego typu profesjonalnych urządzeniach płaci się sporo gotówki – my mieliśmy dla siebie całą długą noc – i to zupełnie darmo! Takie cuda tylko w Halnym.

Lepszej motywacji do ruszenia jak z kopyta w trasę nie można sobie wyobrazić;) Pędziliśmy do przodu tak ochoczo, że aż zgubiliśmy szlak przy pierwszej nadarzającej się sposobności. Pisząc „zgubiliśmy” nie mam na myśli rzecz jasna całej grupy. Z przyczyn absolutnie niewiadomych cała reszta rajdowiczów poradziła sobie z pierwszym rozwidleniem dróg wzorowo. Zanim sami odkryliśmy nasz błąd zdążyliśmy jeszcze przekonać sporo osób, że nasza droga jest lepsza. I tak właśnie doszło do pierwszego stadnego pójścia „na szagę”, które (jak się później okazało), miało nam na szlaku towarzyszyć jeszcze nie jeden raz.

Najwyższy czas już na pierwszy, natchniony opis przyrody. Cofnijmy się więc do momentu wyjścia z busa, którym kończyliśmy naszą podróż. Dwa kroki i oto jesteśmy w Wąwozie Homole, wąwozie, który wg Wikipedii skrywa być może do dziś skarby, a który nam zafundował górskie urozmaicenia już na samym początku wyprawy. Przepływa przez niego bystry potok, ściany są strome i skaliste, niejednokrotnie przeszkody i przewyższenia pokonuje się za pomocą kładek, poręczy i schodów. Tu, na wilgotnych od błota dróżkach miały miejsce pierwsze spektakularne gleby, tu też pogoda zaczęła się poprawiać i wyglądać coraz bardziej zachęcająco („świetliste słońce wyszło za chmur, ozłacając szumiące sosny dotychczas ukryte w mroku ścian wąwozu…”). Potem rozwidlenie szlaku, nasza pomyłka, na szagę – i wracamy z powrotem do właściwego punktu relacji :)

Szliśmy i szliśmy, kto nie był i też nie szedł niech uwierzy, ze szliśmy długo. Każdy metr przekonywał nas jednak że jest wart całego tego zmęczenia. To, co już na wstępie cieszyło oko ( oszronione lasy pokrywające okoliczne góry), z położonych wyżej i poprzedzonych stromymi podejściami punktów widokowych okazało się zachwycającym widokiem. Szczyty Pienin posiadają niejednokrotnie bardzo fantazyjne kształty. Serce mieszczucha bije mocniej.

Droga pierwszego dnia była naprawdę bajeczna, do darmowej kriokomory dołączono nam również niespodziewane uczestnictwo w safari! Spotkałyśmy po drodze ogromnego lisa ( Panie, mówię to ja Panu, taaaaki był!), który pokazał nam z pełnym dostojeństwem, jak bardzo ma nas gdzieś i przechadzał się po polu bynajmniej nie zwiewając w popłochu. Futro tylko do połowy zmienił na zimowe, był więc po części rudy i popielaty, co tylko dodawało mu uroku. Chwilkę wcześniej podziwiałyśmy coś w rodzaju sekcji „puszczaczy szybowców”. A podziwiać było co – szybowce na tle gór były widokiem dosłownie wzniosłym. Opis jest zbędny.

Zdążyłyśmy zgubić mapę, która umknęła nam zanim się spostrzegłyśmy, schowana w plecaku unoszonym przez nogi ze dwa razy szybsze od naszych własnych. Nawigacja oparta o wskazówki telefoniczne okazała się jednak strzałem w dziesiątkę, a spotkana po drodze ekipa organizatorsko-trzymająca władzę utwierdziła nas w przekonaniu, żeśmy uratowane. Nie pozostało nic więcej, jak odbyć nocną, bardzo gwiezdną wspinaczkę na Bereśnik, gdzie znajdować miała się nasza pierwsza meta. Było tak, jak być powinno – pod nami światła miasteczka, nad nami gwiazdy i szlak możliwy do odnalezienia. Humorystycznego akcentu (który rozwiał wszelkie niepokojące myśli charakterystyczne dla pokolenia „Zmierzchu”) wędrówce dodawała pomysłowość właścicieli chatki Bereśnik, którzy umilali nam czas hasłami takimi jak: „Przed siebie do przodu!”, „Uśmiechamy się…i idziemy dalej! Bacówka pod Bereśnikiem, 2 min.”, czy wreszcie „Pole namiotowe: rzut beretem”.

Chatka przywitała nas przemiłą atmosferą, kolejką do czajnika, kolejką do prysznica (co poskutkowało nawet stworzeniem na potrzeby sytuacji nieformalnego kodeksu korzystania z natrysku: myj się jak i gdzie chcesz, ale nie dłużej, niż 5 minut) i kotami. Jeden taki, najmniejszy chyba i przez to najbardziej wścibski, zaprzyjaźnił się bliżej z paroma osobami. Z tego co mi wiadomo, władował się w nocy do śpiwora, a wyproszony stamtąd przez zdziwioną właścicielkę, przywędrował do naszego pokoju i władował się powtórnie gdzie mu było ciepło. Co dalej, nie wiem. Kota więcej nie widziałam.

Krótki sen poprzedziło trochę śpiewów, trochę raczenia się trunkami i posiłkami, słowem – klasyczna impreza „po pierwszym dniu”, w której każdy chce wziąć udział, by ostateczne stuknąć głową w stół i najzwyczajniej w świecie paść ze zmęczenia.

Widok z okna po przebudzeniu to było coś. Cała dolina spowita poranną mgłą. Poranna mgła nie straszy rajdowicza. Poranna mgła wszak przemija wraz z porankiem. Opada i już, nie ma mgły. Nikt więc specjalnie nie troszczył się o widoczność. Nawet fajna ta mgła, kilka ładnych zdjęć doliny, parę tęsknych spojrzeń („też byśmy chcieli taki widok z okna..”) i w drogę, oglądać ośnieżone Tatry skąpane w blasku dnia ze szczytu Trzech Koron.

I na tym kończą się niestety natchnione opisy pienińskiej przyrody, które ustąpią miejsca zupełnie niewymagającym angażowania wyobraźni opisom mgły. Jaka ona była – widział każdy. Co spowijała, też każdy wie. Bogu dzięki, że Internet to tak powszechne narzędzie i że bez problemu mogliśmy ponapawać się wraz z wujkiem Google utraconymi widokami!

Zaczęło się niewinnie. Na absolutną szagę ( cóż robić, jeśli wg GPSa droga nie istnieje?) i przy drobnej pomocy wyciągu, po 2 godzinach drogi z plecakami znaleźliśmy się w schronisku, by plecaki odłożyć i ruszyć dalej, „na lekko”, zdobywać najsłynniejsze szczyty Pienin. Sforsowaliśmy rzekę na barce, wdrapaliśmy się na Sokolicę ( tą z podręcznikowo-atlasowym drzewem nad przepaścią). Tu zrozumieliśmy, że nasza poranna mgła zamiast trzymać się piosenkowo-poetyckich norm i łagodnie opaść, przyjęła tendencję zupełnie odwrotną i zaczęła zakrywać okoliczne szczyty. Szczęśliwie udało się nam obejrzeć z góry malownicze przełomy rzeki oraz strzelić fotkę ze słynnym drzewem. A potem była już tylko mgła i więcej, coraz więcej mgły. Wyniknęło z tego jednak kilka bardzo fajnych następstw :) Bardzo radosna sesja na szczycie Trzech Koron, będącym jednocześnie punktem widokowym. Trochę nam zajęło ustawienie się tak, by ująć na zdjęciu jak najwięcej piękna okolicznych terenów. Zrobiliśmy wiele wariantów tych zdjęć, by w domu wybrać najlepsze. Pojawiły się głosy za panoramicznym. Spotkanej na górze miłej parce udzielił się nastrój, też kazali sobie strzelić fotki. Trzy.

Mgła, mgła, mgła, o – ludzie z trasy dwudniowej, mgła, mgła, mgła, o – sarny! Po bliższych i dłuższych oględzinach nasze sarny okazały się łaniami, dokładniej trzema łaniami. One patrzyły na nas niewzruszone, my na nie bardzo podnieceni. Warunki pogodowe spowodowały, że sesja fotograficzna była zadaniem żmudnym i długotrwałym. A one stały sobie, wciąż niewzruszone.

Co było potem? Zeszliśmy, załapaliśmy się na pks bardzo ułatwiający nam podróż do naszej wiochy, prawie zabiliśmy przypuszczalnie mocno zawianego faceta, który przeciął drogę autobusowi…na rowerze. To był prawdziwy cud. Nasz pan kierowca chyba odrobinę się zestresował – gdy wsiadaliśmy gaworzył z nami bardzo miło. Na do widzenia opieprzył nas za koślawe umiejętności matematyczne i burknął coś o przyszłości narodu. Straconej rzecz jasna, zaprzepaszczonej na amen.

Meta! A meta to w skrócie wino-kobiety-śpiew, które można poddać dowolnym przekształceniom poprzez podstawianie do schematu sobie odpowiadających wyrażeń. W pamięć zapadł konkurs sprawdzający naszą biegłość w posługiwaniu się górolskim dialektem ( co to „bacowanie” dziś wie każdy i aż drży ) i pan Goprowiec. Przyszedł ( ach, ta autentyczna aura otaczająca starego człowieka gór!), poprosił o „gitarę na chwilę, bo żona ma dziś urodziny i chciał jej zaśpiewać”, po czym uraczył nas koncertem wymykającym się zwykłym standardom. Czy ktoś to ogarnął? Nie ja, to pewne. Trzymając instrument w dłoni nad wyraz chwiejnie, stojąc na krześle pośrodku tłumu wył i wył i wyciu zdawało się nie być końca. Co wył, to również trudno stwierdzić, choć słowa „Już minął dzieeeeeeeeeeń i…” można stanowczo ogłosić hymnem mety.

Justyna i Mikołaj, którzy wszystko to zorganizowali i nie pozwolili nam zginąć, zostali odznaczeni klubową blachą - część oficjalna dobiegła końca. Dalej była impreza, a o tym, czy się udała, świadczyć powinna liczba zgubionych i zapodzianych rzeczy. Ci, którzy zgubili również drogę do własnego śpiwora zgromadzili się w jednym z pokoi i tam był bal i balanga i koncert i swego rodzaju meta mety.

A rano? Bieg na autobus (który tylko dzięki bohaterskiemu sprintowi Justyny nie zostawił połowy zaspanej i spóźnionej grupy na pastwę losu), bieg do marketu po prowiant, bieg na pociąg i przesiadka. Zaopatrzeni w pizzę i odpowiednie ilości napojów ( pizza i odpowiedni napój – dwa atrybuty szczęśliwego Polaka) stawiliśmy czoła drodze powrotnej, podczas której dzięki zbawiennemu działaniu pizzy udało się nam opracować zasady gdy w kontakt od tyłu. I tu chyba czas najwyższy postawić kropkę.

Marta Brylewska

<< powrót

© 2008 - 2012 Akademicki Klub Górski „Halny” Poznań