Relacje

Rajd „Ten Trzeci”
MAŁA FATRA I MAGURA ORAVSKA
30.04 - 3.05.2010

DZIEŃ PIERWSZY – PONIEDZIAŁEK

Po nocnej podróży pociągiem dotarliśmy do Żywca gdzie czekał na nas autobus, który zabrał nas na słoneczną tego dnia Słowację. Po dwugodzinnej podróży, którą większość z nas wykorzystała na przedłużenie snu, dotarliśmy do Varina, gdzie wariant I rozpoczynał swoja wędrówkę. Pierwszą atrakcją były ruiny zamku wyrastające na zboczach skalistych gór. Żółtym szlakiem skierowaliśmy się do Nezbudskiej Lucki, gdzie skręciliśmy w lewo na czerwony szlak wiodący przez Stary Hrad (tu, wśród ruin skąd rozpościerał się piękny widok na dolinę Vahu, mieliśmy pierwszą przerwę. Dalej czekała nas wspinaczka na Plesel i marsz do schroniska pod Suchym, gdzie mogliśmy zregenerować siły przed stromym wejściem na Suchy. Tu rozpościerał się piękny widok na całą okolicę – w dole widać było zabudowę poszczególnych wsi i górskich miasteczek, na zachodzie widać było Biele Skaly, Stracenec – kolejne na naszym szlaku, w tle majaczyły ośnieżone szczyty Tatr. Miło było spędzić tu chwilę, ale czas i wiatr gnały nas dalej. Przeciskając się miedzy kosodrzewiną, grzęznąc w śniegu i wspinając się po skałkach dotarliśmy na Stracenec. Był to najprzyjemniejszy odcinek tego dnia. Na Maly i Velky Krivan wiodła błotnista ścieżka, która za Velkym Krivanem zmieniała się w śliską zaśnieżoną dróżkę. Pierwszy nocleg spędziliśmy w schronisku pod Chlebem. Niestety nie wszyscy dotarli na miejsce przed zmrokiem, więc rozpoczęta została chaotyczna akcja ratunkowa ;) mająca na celu ustalić czy pozostawieni na szlaku ludzie nie mają żadnych kłopotów i czy zaopatrzeni są w czołówki. Szczęśliwie wszyscy dotarli na miejsce – zmęczeni ale cali. W niewielkim schronisku obsługiwanym przez niezmiernie przyjaznych i radosnych Słowaków prędko udaliśmy się na spoczynek gdyż stołówka od 23.30 do 7 rano została przekształcona na sypialnię.

DZIEŃ DRUGI – SOBOTA

Ranek pod Chlebem – obudził nas hałas deszczu uderzającego o szyby. Prognozy pogody studiowane przed wyjazdem wydawały się sprawdzać. Ale wydłużone śniadanie konsumowane w leniwej atmosferze wystarczyło by przeczekać deszcz. Widok rozchmurzającego się nieba ożywił wszystkich i skłonił do wymarszu. Większość ruszyła szlakiem w kierunku Stoha… niestety zmęczeni podejściami z poprzedniego dnia leniwie ominęliśmy szczyt idąc jego stokiem. Północne zbocze Stoha było niestety zaśnieżone i miejscami błotniste, co spowalniało nasze tempo (na miejscu kolejnego noclegu właściciel nas wyśmiał mówiąc, że o tej porze roku znacznie szybciej jest iść górą). Na przełęczy (która była silnie zdominowana przez Polaków) nadszedł czas na drugie śniadanie i zebranie sił do dalszej wspinaczki. Przed nami rozciągał się przepiękny widok na Velky Rozsutec (zwany przez nas Sutkiem - jak spostrzegli męscy przedstawiciele naszej ekipy jeden „Sutek” położony był tuż obok drugiego „Sutka” czyli wszystko było na miejscu). Tutaj każdy stawał przed wyborem – iść przez Rozsutce czy zejść już na dół do wsi i udać się wcześniej na miejsce noclegu? Podróż dołem – hmm… relaksacyjna, przyjemna, prędka… Górą – ciekawa, męcząca, dająca satysfakcję, wiodąca szlakiem upstrzonym łańcuchami. Pod Małym Rozsutcem – pierwsza okazja do spotkania uczestników trasy drugiej. Dalej –żmudne, nużące i obciążające stawy zejście czerwonym szlakiem do Zazrivej, gdzie czekał na nas luksusowy pensjonat z 1/4 łazienki na osobę. Po pertraktacjach z właścicielem (który obsługiwał nas mówiąc po polsku) okazało się że możemy sobie pozwolić jeszcze na grilla z darmowymi kiełbaskami. Nie straszna była nam burza, dopiero rozwścieczona sąsiadka krzycząca iż wezwie policję skłoniła nas do zakończenia śpiewów na świeżym powietrzu i schowania się do środka.

DZIEŃ TRZECI – NIEDZIELA

Niestety… pesymistyczne prognozy pogody musiały się kiedyś ziścić. Niedziela zaczęła się słotnie i przez większość drogi deszcz uprzykrzał marsz. Na trzeci dzień naszej wyprawy zaplanowana była trasa specjalna: Wyścig Przyrodnika – Taternika. Nieliczne grupy (ściślej rzecz ujmując – pary) śmiałków wypuszczane co piętnaście minut ze schroniska czekała długa wędrówka po okolicznych rezerwatach przyrody, w których czekały na nich kolejne zadania i wskazówki dotyczące dalszego kierunku marszu. Dodatkowym utrudnieniem był fakt iż jedna z wskazówek zniknęła – jak wyjaśniła napotkana przez uczestników wyścigu Słowaczka, ktoś zdjął tamtejszą kartkę. Mimo tego typu kłopotów każdy przeszedł zaplanowaną trasę: z Zazrivej do rezerwatu Boricka Mlaka, stamtąd na przełęcz Prislop i dalej w dół do skrzyżowania Zazriva – Petrova, do pomników przyrody w Zazrivej i w górę na Javorinke, Parac, Mincol aż do miejsca mety: chaty pod Kubinską Holą. Meta przebiegała zwykłym tokiem: śpiewy, gitary, konkursy, delektowanie się smacznym piwem naszych sąsiadów, zwieńczona zadaniem dla organizatorek i uznaniem ich za członkinie halnego. Brakowało tylko jednego elementu: nagrodzenia zwycięskiej drużyny, ale to było możliwe dopiero po powrocie ostatnich maruderów, którzy w schronisku zjawili się po 22.

DZIEŃ CZWARTY – PONIEDZIAŁEK

Tego dnia czekała na nas tylko krótka przechadzka na spotkanie autobusu. Ekipa podzieliła się na 2 grupy: 4 osobowa zeszła zielonym szlakiem do Dolnego Kubina, gdzie należało odebrać autobus ;). Cała reszta wybrała trasę wiodącą do Oravskiego Podzamoku by podziwiać tamtejszą atrakcję, którą był jak nietrudno się domyślić… zamek. Z Kubina punktualnie o 12.30 wyruszyliśmy autobusem po resztę ekipy… i tu pojawiły się pierwsze kłopoty – do Żywca udaliśmy się bez 3 uczestniczek, gdyż te miały wyjść z zamku nie prędzej niż za 30 minut. Dalsze straty osobowe ponieśliśmy w Żywcu nieodpowiedzialnie zmieniając w ostatniej chwili pociąg na wcześniejszy. Ostatecznie do Poznania dotarliśmy bez 11 uczestników rajdu… Ale na tym nie koniec rajdu: zwieńczyliśmy go dopiero około godziny 2 w jednym z poznańskich pubów.

Marysia Andrzejewska

<< powrót

© 2008 - 2012 Akademicki Klub Górski „Halny” Poznań