Relacja

Rajd Śnieżny
Beskid Śląski
3-5.12.2010

Rajd Śnieżny był ekscytujący już na długo przed swym oficjalnym rozpoczęciem – w całym kraju szalały śnieżyce, stanęło PKP i komunikacja miejsca, wypadki, zerwane trakcje, zasypane szlaki – wydawało się wręcz niemożliwe, by wszystko przebiegło zgodnie z planem. Do ostatniej chwili sprawdzaliśmy skrzynki mailowe w oczekiwaniu na wiadomości od organizatorów – czy nasz pociąg wjedzie do i wyjedzie z Poznania, nie łapiąc przy okazji bagatela doby opóźnienia? I wtedy stał się cud. Pociąg ( i to jaki pociąg!) nie dość, że się nie spóźnił, to postał na stacji tylko godzinę i …ruszył. Krótkie spięcie z czepialskim konduktorem i mkniemy ogrzewanym, nowiutkim składem. Tu relacja urywa się na parę godzin wraz ze świadomością kronikarki – szybki rzut oka na fotele wystarczył, by mieć dziwne przeczucie, iż wygodniej się przez najbliższe 3 dni nie wyśpię;) Potem już tylko krótkie posiedzenie na dworcu w Katowicach, zasilenie grona fanów Przejazdów Regionalnych i jesteśmy w Wiśle Dziechcince, gdzie metodą prób i błędów ostatecznie odszukaliśmy szlak niebieski.

Pierwszy dzień naszej wędrówki był ze wszystkich najmniej łaskawy – niebo było zachmurzone i padał drobny śnieg,. Myślę, że najstarszy miejscowy baca nie pamiętał takiej ilości białego puchu – brodziliśmy w nim po kolana, co jakiś czas zapadając się znacznie głębiej. Mimo kiepskiej pogody krajobraz pozostawał bajkowy – wszystko w zasięgu wzroku pokrywała gruba, ciężka warstwa świeżego śniegu, gdzie nie spojrzeć biało! Szlak urozmaicały tropy zwierząt, przecinające często naszą trasę i (co po jakimś czasie zaczęło podkopywać mą niezachwianą wiarę w organizatorów) zawsze mknące w odwrotnym kierunku niż my. Byli też i tacy, którzy sami zadbali o rozrywki po drodze i dokazywali ( uczciwiej byłoby napisać – dokazywaliśmy) jak dzieciaki, rzucając się w zaspy i dbając o to, by nikt przypadkiem nie umknął przed mniej lub bardziej dobrowolnym nurem w puch. Szczególną popularnością cieszyły się pady grupowe stylem ślizgowym na raz i dwa i trzyyy, uwiecznione dla potomności na wielu kliszach. Po kilku godzinach, w których warto wyróżnić słowa kluczowe: czekolada, termos, herbata, rodzynki, upadki, pół-upadki i mróz, dotarliśmy na przełęcz Kubalonkę (słowa kluczowe: mafia, piwo, bufet, ciepła woda) skąd najwytrwalsi udali się do miejsca docelowego – Chatki Wiatra w Pietraszonce. Ci mniej wytrwali i zmotywowani do marszu wykazali się charakterystyczna dla tego stanu pomysłowością i zaradnością – do Pietraszonki dotarliśmy busem. Pan kierowca z bezwstydnie i jakże ekshibicjonistycznie pokazał nam, że jego największym i niespełnionym marzeniem było zostać zawodnikiem rajdowym – pokonał trasę brawurowo, przez co część pasażerów spędziła podróż patrząc rozpaczliwie na własne kolana i nie podnosząc wzroku. Ostatecznie wszyscy cali i zdrowi znaleźliśmy się w Chatce. To miejsce zasługuje na dłuższą chwilę uwagi;) drewniana, cała zasypana śniegiem chatka przywitała nas kominkiem i zapasem drewna, prawdziwie górską architekturą oraz paroma dodatkowymi atrakcjami, takimi jak baniaczki na wodę ze strumyka i toaletą na dworze, czego wspomnienie do dziś budzi powszechną wesołość. Pewna komórka zapoznała się z zewnętrznymi udogodnieniami Chatki aż za dobrze, brawurowa akcja ratownicza Pana Chatkowego jeszcze na drugi dzień wyciskała nam z oczu łzy histerycznego śmiechu ( znamienne, nawet właścicielka cudem ocalonej komórki z trudem zachowywała powagę, a przecież szacunek dla odwagi Super Chatkowego był oczywisty!) Czy komórka działa do dziś – nie wiem. Bez względu na finał tej akcji, zapisała się ona w historii rajdu jako najdramatyczniejszy i zarazem najwznioślejszy moment, obnażający najszlachetniejsze z ludzkich popędów.

Przyjemnie było pić w szczęśliwie dość szybko nagrzewającej się sali kominkowej herbatę, słuchać piosenek i grać w gry, których zasad do dziś nie pojęłam – ostatecznie jednak zmęczenie dnia pierwszego wzięło nade mną górę i udałam się na zasłużony odpoczynek. Drugiego dnia czekała na nas trasa dłuższa i jak się później okazało – piękniejsza niż można się było spodziewać.

Ranek przywitał nas bezchmurnym niebem i słońcem wpadającym do pokoju przez okno. Pogoda rozpieszczała nas przez cały dzień – do samego zachodu widoczność była znakomita, aparaty poszły w ruch, a widoki same domagały się fotografowania. Szlak poprowadził nas najpierw do schroniska pod Baranią Górą (gdzie osoby przerażone wizją porannej toalety w śniegu z radością przywitały kran i umywalkę, oraz rzecz jasna jajecznicę na kiełbasie), a potem malowniczą trasą przez liczne szczyty, z których mogliśmy podziwiać cudne panoramy. Najpiękniej przyjęła nas Barania Góra ze swoją wieżą widokową, z której rozciągał się widok na wszystkie okoliczne pasma – w tym na zaśnieżone Tatry. Było ciepło i sympatycznie, nogi same niosły. Zachód słońca zastał nas wciąż na szlaku, bo jak to już bywa – wszystko ma druga stronę medalu. Z uwagi na śnieg posuwaliśmy się do przodu wolniej niż zakładaliśmy i po pokrzepieniu się w miasteczku grzańcami i herbatami (woda w butelkach zamarzła i nie miała zamiaru współpracować) Diana z pełnym poświęceniem złapała dla każdego stopa, którym podjechaliśmy na ostatni już odcinek szlaku. Podróż ciepłym samochodem to było coś, skończyła się nawet zaproszeniem do Łodzi i słowami uznania dla naszej odwagi i wytrwałości. Jedno jest pewne – jeśli do tej pory Łódź nie wiedziała o istnieniu Halnego, to dziś posiada już pełen zestaw informacji. Celem ostatecznym było schronisko na Klimczoku. Uzbrojeni w czołówki i głupią nadzieję, że meta już za zakrętem, wspinaliśmy się jeszcze ponad godzinę. Pod nami – rozświetlone miasteczka i sieć dróg, które nocą widziane z wysokości wyglądają zawsze znacznie piękniej niż za dnia. Niebo pełne gwiazd – piękna to była droga. Słowa kluczowe: masowe konsumowanie ostatnich czekolad, kończenie herbat i czołówka złośliwie spadająca na oczy. Niezbyt fortunne oznaczenie szlaków ( odróżnienie po ciemku zielonego i niebieskiego to wbrew pozorom trudny orzech do zgryzienia!) zafundowało nam kilka chwil zwątpienia, które jednak metodą grupowej dyskusji pomyślnie rozwiązaliśmy i w komplecie przekroczyliśmy próg schroniska. Klimczok przez porównanie do Chatki wydał się nam hotelem pełnym zbytkowych luksusów (wykafelkowana łazienka w pokoju!) . Odświeżeni i najedzeni ruszyliśmy zdobyć metę, która zaskoczyła nas…dziecięcymi wanienkami pełnymi mandarynek! Rozdaliśmy sobie mikołajkowe prezenty (najciekawsze wg mnie – paczka ogórków kiszonych i mała koparka ), mi w udziale przypadła Energia Lecha. Potem konkursy, śpiewy i rzecz jasna pasowanie Diany i Kamila na Halniaków. Spotkało się ono z ogólnym entuzjazmem, bo nie było chyba wśród nas osoby na tyle szalonej, by być niezadowolonym z rajdu;) A jeśli była, to roztropnie milczała i nie narażała swego młodego życia. Po mandarynkowej części oficjalnej przyszedł czas na nic innego, tylko tańce do późnych godzin nocnych lub zabawę we własnym stolikowym gronie. Meta skończyła się między 3 a 4 nad ranem. Dzierżąc w ręce swój wygrany kupon na obiad tanecznym krokiem udałam się na spoczynek, tradycyjnie za krótki.

Ostatni dzień był równie pogodny, dziarskim marszem przez słoneczny stok udaliśmy się w dół w stronę stacji Wilkowice Bystre, gdzie podziwialiśmy ostatnią już rajdową osobliwość – pokaźnych rozmiarów kanciapę, mocno zdezelowaną i zamieszkałą przez właścicielkę/właściciela największej i najsolidniejszej pajęczyny, jaką dane mi było widzieć. Rozciągała się jak zasłona nad wejściem od jednego do drugiego końca sufitu i była równie chętnie fotografowanym obiektem, co panorama Tatr dzień wcześniej. Pomieszczenie zostało ochrzczone literacko Jaskinią Szeloby. Gdzie podziewał się ten pająk – na szczęście nie wiem. Sądząc po rozmiarach domu, nie polował tam na muchy. Z ulgą wsiedliśmy do pociągu relacji Wilkowice Byste – Katowice, rozegraliśmy kilka emocjonujących partii mafii ( królowała strategia „mafia wkopuje drugą mafię” – nikt nie był pewny swej przyszłości…), dalej przesiadka, równie emocjonująca gra w kontakt i najsmutniejszy ze wszystkich rajdowych widoków – Poznański dworzec. Za przemiły i bajkowo piękny weekend – Dzię – ku – je – myyyy!

Marta Brylewska

<< powrót

© 2008 - 2012 Akademicki Klub Górski „Halny” Poznań