Relacje

Rajd „Przebiśniegowy”
Beskid Makowski
12 - 14.03.2010

Trasa trzydniowa

Tradycyjnie rajd rozpoczął się nie w samych górach, lecz przy tak sławnym jak i nieistniejącym neonie „Kwiaty”. Był to pierwszy z dwóch momentów, kiedy grupa trzydniowo-przebiśniegowa miała okazję spotkać się w całości. Już „po chwili” podzieliliśmy się na dwie części, z których jedna przez Katowice i Żywiec udawała się w stronę Korbielowa, a druga obdarzona trochę dłuższą okazją do pociągowego spania (albo i nie;)) przesiadała się dopiero w Krakowie do osobówki wiozącej do Osielca.

Już w pociągu dało się wyczuć atmosferę górskiego zapału, a także gorącego oczekiwania (bowiem zupełnie niespodziewanie pojawiła się cegła nieznanego pochodzenia, która przy zastanawiających okrzykach/śpiewach („Łubu dubu...”) została ostatecznie skonfiskowana przez samego Prezesa!). Po drodze doszło do wymiany spostrzeżeń, porównywania tras, w ruch poszły informatorki...i tu zaczęły się schody:). Otóż Rajd Przebiśniegowy, dzielnie obwołany rajdem Beskidu Makowskiego - miał przejść do historii jako „wyprawa pomylonej mapy”. Znalazło się bowiem całkiem sporo śmiałków wybierających się na trasę I (obejmującą Babią Górę „bardziej” należącą do Beskidu Żywieckiego) uzbrojonych w zupełnie nieprzydatną im mapę niejakiego Beskidu M. (zdecydowanie bardziej potrzebną trasie drugiej). Nic jednak nie można było na to poradzić, jako że każdy porządny rajdowy informatorek głosi: „organizatorzy są nieomylni”. Tak więc z jednym doświadczeniem więcej (tudzież niedopatrzeniem), z zadziwiającą wiedzą i przekonaniem jak to w górach niczego nie można być pewnym, ruszyliśmy w trasę!

„Pierwszy dzień przygody”

Choć może nie od początku, ale trochę śniegu zastaliśmy. Przynajmniej na tyle dużo, by bez problemu śledzić swojego poprzednika i dziękować komu trzeba,że nie jest się pierwszym przecierającym szlak - żółty - bo od tego zaczynaliśmy. Miłośnicy pięknych widoków, przejrzystej panoramy musieli wyczekiwać z zapartym tchem i napięciem delikatnych promieni słonecznych, które co jakiś czas o sobie przypominały, ale z wrodzoną nieśmiałością - nie za często :). Po zmianie szlaku na czerwony, zostawialiśmy za sobą Beskid Krzyżowski, Jaworzynę...

Maszerując w zimnie, zmagaliśmy się ze zmęczeniem, niepokornym wiatrem i śniegiem, który jakby go było mało - atakował przede wszystkim na wzniesieniach. Chowając się za jednym czy drugim drzewem (co nie do końca zdawało egzamin;) ) nurkowaliśmy do bagaży po tak cenne zapasy, czyniące nasze plecaki trochę cięższymi niż powinny być. Wtedy też następowały te bezcenne chwile, kiedy zmęczeni, spragnieni, sięgaliśmy po ostatnie krople wody, która ostatecznie okazywała się mniej lub bardziej ciekłym - ale już lodem :). Siły dodawała myśl o ciepłym posiłku czekającym na nas w Markowych Szczawinach. Krótka refleksja: choć spora powierzchnia - bez rewelacji, niewystarczająco dużo „klimatu”. Nie polecam żurku. ;)

Jednak pomimo niezbyt przychylnych wrażeń dotyczących schroniska, to przecież nie ono było tego wieczora najważniejsze. Rozmowy krążyły wokół trasy specjalnej czekającą na wybrańców dnia następnego. Toteż przy wspólnej wieczerzy, której towarzyszyła jedna gitara (warto o tym wspomnieć, bo na mecie liczba wzrosła aż do 4 - ku zdziwieniu i uciesze wszystkich zebranych), kulminacją wieczoru stała się licytacja właściwej mapy jako towaru deficytowego. Gdy emocje sięgnęły zenitu, padła wyczekiwana suma (11zł), jasnym stało się, kto dostąpi zaszczytu posiadania t e j właściwej (pozdrowienia dla Eli i Marka), pierwszy dzień, kładąc się na karimacie w jednym z dwóch przeludnionych pokoi, można było uznać za zakończony.

"Drugi dzień przygody - trasa specjalna"

Jeśli wszystkie znaki na niebie i ziemi mówiły, że mamy się podjąć trasy specjalnej, to z pewnością jednym z nich był padający śnieg, który przywitał nas z samego rana. Posłuszni, po nakazie org. - >teraz już Halniaka - Wojtka wyruszyliśmy ok 10,by zmierzyć się z trasą w nieznane i odpowiedzieć na pytanie - czy aby na pewno trafimy dziś na metę? Niebieski szlak był nam przewodnikiem do momentu, gdy pierwsza z kartek nie wyznaczyła nam za cel przełęczy "Krowiarki". Tam już nie było tak kolorowo, bo oto naszym oczom ukazało się dziwne równanie i jeszcze dziwniejsza podpowiedź:). Zmieszani, zaczęliśmy się zastanawiać, czy Halny to typowo polibudowski klub i z nadzieją zrezygnowaliśmy z matematycznego "rozwiązania". Jednak nie wymyśliliśmy nic rozsądnego i tylko owa nadzieja pchnęła nas do przodu po śladach, które podczas zawiei zdążyły się lekko pozacierać. Mijając uczestników trasy II nasze serca nabierały otuchy... Resztę ochotników specjalnych spotkaliśmy przy kolejnym punkcie - tym razem krzyżówkowym. Z wątpliwościami w głowie, ze zmarzniętymi palcami i wypisanymi długopisami ruszyliśmy w drogę po ( i tak zbyt długim) postoju. Z górki na pazurki, hen hen przez pola dostaliśmy się (prawie;)) do wodospadu, gdzie odrobina papieru nakazała nam wymyślić piosenkę o Przebiśniegowym i (o zgrozo!) przedstawić ją na mecie. Dalej już poszło gładko...bo zawsze na szlaku znajdą się drwale,którzy pozwolą się "złapać na stopa". Przed nami Zawoja, sklep spożywczy z PIWEM HALNIACKIM, rebus z włóczykijem i można było poszukać czarnego szlaku wróżącego rychły powrót do schroniska.

Meta

Wieczór, na który wszyscy czekają - czas zasłużonego odpoczynku przy wspólnym śpiewie, halniackich napojach, rozpoczął się od części pokazowej trasy specjalnej. Zostały bowiem dwa zadania, które trzeba było „odbębnić” , bo prócz wspomnianej piosenki, zespoły przedstawiały wszystko to, co Robinsonowi w bezludnych górach potrzebne być może. I tu następował wachlarz pomysłów - od błyskotliwych papierowych znalezisk, przez uczuciowe panie Robinsonowe, po konstruktorskie, kunsztowne wynalazki. Można takiemu Robinsonowi tylko pozazdrościć :)

Po parokrotnym wysłuchaniu wyśpiewanych różnych wersji literackich „ Lubię mówić z tobą”, smsowym głosowaniu i szybkim nagrodzeniu zwycięzców, przeszliśmy do części konkursowej mety. Tym razem, organizatorzy, nie wiedzieć czemu (?!) za motyw przewodni obrali napój o świetlistym wyglądzie, charakterystycznym, dobrze wszystkim znanym smaku, który w ostatecznej rozgrywce okazał się najsilniejszym zawodnikiem, wydłużając czas konkurencji do nieskończoności ;). Jednak Adam i Wojtek, wykazując się nie lada sprytem, nieco przekształcając zasady, wprowadzili nas w zawody ostateczne, bo najważniejsze dla nich samych - zdobycia klubowej blachy. Tu również nie obyło się bez dobrego humoru i śmiechu, który w naturalny sposób popchnął nas w kierunku gitarowo - śpiewnych uciech. Dla garstki z nas okazały się one być do tego stopnia przyjemne, że bez trwogi odrzuciliśmy zmęczenie, oddając swój sen ramionom nocy, a sami przy dźwiękach jedynej nieustraszonej gitary (chwała Jej za wytrwałość!), którą później, nie tylko duchem, wsparły i inne, dziarsko śpiewaliśmy coraz to „nowe” piosenki (których różnorodność nie była ostatecznie aż tak ogromna, by wystarczyć do 5.30 czy nawet szóstej rano :)

Tym miłym akcentem, pozdrawiając jednocześnie współtowarzyszy rannych śpiewów, które pewnie nie jeden raz będziemy wspominać, mogłabym zakończyć relację. Warto jednak przejść do dnia następnego, który dla niektórych skończył się o przyzwoitej godzinie w Poznaniu, dla innych powrót przeciągnął się do 3 w nocy :) Tej drugiej grupie śmiało można pozazdrościć 1000 przygód, ogromu niespodzianek napotkanych po drodze, dłuższej chwili oddechu świeżym powietrzem i wielu innych wrażeń, które zachowamy dla siebie :)

Julia Kalicińska

<< powrót

© 2008 - 2012 Akademicki Klub Górski „Halny” Poznań