Relacje

Rajd Październikowy
Góry Izerskie
15 - 17.10.2010

Trasa trzydniowa

Podczas gdy cały Poznań i cywilizowany świat udawał się na spoczynek, bądź też spał snem głębokim i zasłużonym, całkiem spora grupa śmiałków zebrała się pod nieistniejącym neonem „Kwiaty” ( zbiórkę pod czymś, co nie istnieje, odbieram jako pierwszy przejaw dobrego humoru organizatorów!) by rozpocząć październikową przygodę. Część z nas po raz pierwszy zawierzyła swe życie i zdrowie Halnemu ( stąd wielka ekscytacja ), po spokojnych twarzach reszty widać było już daleka starych i doświadczonych wyjadaczy. Pierwsze uśmiechy wymienione w kolejce po informatorki i plakietki – i myk do pociągu! Zdobyliśmy go atakiem zmasowanym, acz niezbyt zwartym – rajdowicze rozproszyli się po wagonach, wypróbowując poniekąd cierpliwość i dobrą wolę pracowników kolei. Ostatni gwizd, jedziemy – o dziwo żaden plecak, siatka czy karimata nie została w ferworze walki porzucona na peronie. Co działo się z nami potem – nie wiem. Po zauważeniu, że zostawiłam w domu śniadanie, zapadłam w sen, z którego wyrwał mnie dopiero pierwszy przystanek na naszej drodze – Wrocław. Równie zmasowanym i mało zwartym manewrem zmieniliśmy pociąg ( pracownicy kolei tym razem byli mniej wyrozumiali, ale wybaczmy im nerwowość!) , by znów ( o dziwo ) sprawnym skokiem przenieść się do szynobusu, który zawiózł nas do celu – Szklarskiej Poręby. Tym samym część piesza i właściwa rajdu rozpoczęła się – momentem zwrotnym tej opowieści niech będzie ogólny zryw tłumu, polegający na zmianie obuwia, nałożeniu ochraniaczy, poprawieniu plecaków, dopięciu śpiworów i wetknięciu nosów w mapy.

Dzień Pierwszy

Drepczemy, drepczemy, a jesień roztacza przed nami swój czar – dla mnie pierwsze zboczenie w leśną ścieżkę było przeżyciem naprawdę cudownym – przemierzając codziennie Poznań umknął mi gdzieś fakt, że zaczęła się jesień, a wraz z nią najpiękniejsze kolory roku. Nasz pierwszy cel – Wysoki Kamień – daleko przed nami, plecak zaczyna ciążyć na niedoświadczonych ramionach, pierwsza mgła i marzenia o gorącej herbacie ( wytrwalsi rzecz jasna szli dziarsko do przodu, motywując „pierwszaków”, za co serdecznie dziękuję! ). Schronisko przywitało nas rzeczoną herbatą i gratką dla fotografów – mgła na chwilę się przewiała i roztoczył się przed nami naprawdę uroczy widok. Niezaopatrzeni w mapy rajdowicze uzupełnili braki, a wszyscy pokrzepieni ruszyliśmy dalej. Kolejnym etapem wędrówki, którego nie sposób zapomnieć, była opuszczona kopalnia i otoczenie, bez wątpienia dodające jej specyficznego klimatu… Czego tam nie było? Strudzony wędrowiec mógł tam znaleźć dla siebie nawet fotel ( skorzystanie z niego mogłoby być niestety ostatnim takim czynem, więc ominęliśmy tę pełną zardzewiałych sprężyn wygodę ) i coś na kształt wagonu, dziwne sprzęty, których historii ciężko było się domyślić. Moje nogi poniosły mnie stamtąd prosto do celu – Stacji Turystycznej Orle – lecz nie wszyscy zdecydowali się na tę opcję, zahaczając po drodze o Chatkę Górzystów ( ponoć najlepsze naleśniki w kraju! ) bądź o najwyższy szczyt Gór Izerskich. Najważniejsze, że wieczorem wszyscy razem spotkaliśmy się w sali jadalnej Orlego, racząc się trunkami różnego rodzaju i miejscowymi smakołykami ( racuchy! ), grając, śpiewając i poznając się nawzajem. W międzyczasie Kuba werbował chętnych na trasę specjalną, wśród których się znalazłam – stąd moja relacja zboczy nieco z ogólnego kursu. Zanim to jednak nastąpi, trzeba wspomnieć nieco więcej o samej Stacji Orle. Nie tylko my byliśmy tam rezydentami – towarzystwa dotrzymywał nam olbrzymich rozmiarów pies i bardzo dobrze odżywiony ( żeby nie napisać wprost – pulchny) kocur, który nigdy nie tracił ochoty na pieszczoty – aż się nie chce wierzyć, że to okrągłe stworzenie potrafi upolować choćby starą i kulawą mysz. Zmęczenie pierwszego dnia dało mi się porządnie we znaki, toteż szybko zawinęłam się w śpiwór i drapałam na łóżko, założywszy najpierw na siebie wszystko co ciepłe – w pokojach było naprawdę zimno! Sporo osób zrobiło to samo. A co z drugą połową? Cóż, sądząc po ich podkrążonych oczach i zmęczonych twarzach, które przywitały nas o poranku w jadalni, bawili się jeszcze długo i dobrze – śmiech to przecież zdrowie, choćby za cenę snu!

Dzień drugi

Plecak – jest. Termos – gotowy. Skarpety – suche. Mapa – w pogotowiu. Traso specjalna – nadchodzimy! Dziarsko i z entuzjazmem rzuciłyśmy się z Kasią pokonać potwora, co ( mimo drobnego potknięcia, jakim było pomylenie szlaków…) ostatecznie się nam udało. Droga prowadziła do Czech, przez Harachov i Jizerkę, a dalej ( już po stronie polskiej ) szczyt Smrek i Schronisko na Stogu Izerskim, gdzie mieliśmy nocować. Powracając na właściwy szlak spotkałyśmy sporą grupę rajdowiczów, z którymi już do końca dzieliłyśmy trudy trasy ( ale żeby zbyt nie dramatyzować, było też sporo radości, dobre jedzenie i pogaduchy ). Ważnym elementem zabawy było rozwiązywanie zagadek. Było ich osiem, o różnym stopniu trudności ( cóż, nikt z nas nie rozwiązał dobrze wszystkich i nagrody przeszły koło nosa) a każda kolejna informowała nas, że cel coraz bliżej. Z tym celem i jego bliskością wiąże się wiele złudnych nadziei, których dostarczała mi świeżo kupiona mapa ( sprostowanie – mapa je rozwiewała). Ciężko wymienić wszystkie te tragiczne momenty, które ciążyły nam na sercach – brak piwa i toaleta zamknięta na klucz w przecudnym harachowskim barze, niedostarczony na czas posiłek i za zimna zupa w Chacie pod Bukovcem, ciemności, które zapadły stanowczo za szybko, mój zaginiony termos ( do dziś nieodżałowany ), kontuzja jednego z członków naszej załogi, podejście na Smrek ( giń, Smreku…) , wiadomość, że jeszcze chwila i w schronisku zamkną bar ( wybuch paniki ). Kompensował nam to wszystko dobry humor, smażony ser ( syr ) i ten górski entuzjazm, bez którego ani rusz – dosłownie i w przenośni. Poza tym starannie ogołocone z prowiantu plecaki po każdym postoju były coraz lżejsze ( panika na myśl o zamkniętym barze wzrastała proporcjonalnie do spadku ich wagi ). Ostatecznie, jako ostatnia grupa ( lecz czy nie jest powiedziane, że ostatni będą pierwszymi?) dotarliśmy do Schroniska na Stogu Izerskim, gdzie właśnie wrzała wesoła i głośna meta – niezapomniane przeżycie, które sprawiło, że po całym dniu mozolnego pięcia się pod górę, każdy z nas miał siłę i ochotę imprezować tak długo, aż nie padnie. Czas upłynął nam na dzikich śpiewach ( trzy gitary i ponad setka gardeł, oj działo się!), konkursach ( najlepsze przebranie, rozwiązanie zagadek z trasy specjalnej) i wszystkim tym, co człowiek może wymyślić w tym stanie ducha i ciała. Gwoździem programu było pasowanie naszych dzielnych organizatorów ( Kuby i Julii) na pełnoprawnych członków Halnego ( ku uciesze tłumu trochę ich przedtem z czystej sympatii podręczono). Meta była też pierwszy spotkaniem uczestników obu tras – dwu i trzydniowej. Z kilku przeprowadzonych rozmów wnioskuję, że każda z tras powinna się doczekać obszernej relacji, przygód mieli co nie miara;) Meta ostatecznie skończyła się ok. czwartej nad ranem powolnym powrotem do miejsc spoczynku, które reprezentowały zróżnicowany poziom – od łóżek ( ach, szczęśliwcy ), karimat ( wciąż szczęśliwcy) po bardziej wyszukane formy.

Dzień Trzeci

Ranek przywitał nas wielką krzątaniną i pierwszy raz od rozpoczęcia rajdu – przepięknym, bezchmurnym niebem i słońcem. Ostatnie smutne pakowanie, bezskuteczne próby przepędzenia snu cisnącego się na powieki i… czas wracać. Droga ze Stogu Izerskiego do Pobiednej, skąd miał nas zabrać autokar, prowadziła stromo w dół, co w żadnym wypadku nie podobało się moim nogom. Jeszcze mniej podobało im się, że wieczorem będą znów w mieście – a co to za frajda chodzić po płaskim, po powrocie z takiego wyjazdu! Szybko znaleźliśmy się na dole, uzupełniliśmy zapasy ( Pobiedna została oficjalnie pasowana miasteczkiem spożywczym – rzuć kamieniem, trafisz w sklep!) w dobrze zaopatrzonych i wręcz zabawnych sklepach ( Merkatino – tu zostawisz swoją pensję, dziewczyno!) i załadowaliśmy się do autokarów. Na większość podziałało to nasennie – pierwszy zakręt i z co drugiego siedzenia dobiegało miarowe chrapanie ( co wiem tylko z opowieści, bo sama padłam nim autokar ruszył!). W Jeleniej Górze opanowaliśmy pociąg, czym ściągnęliśmy na siebie nienawiść każdego podróżnego wsiadającego do niego po nas. Gdy opowiadałam o rajdzie koleżance z roku, ta krzyknęła – „To Wy jechaliście z Jeleniej do Poznania! Ledwo wsiadłam do pociągu we Wrocławiu, wszyscy mieli do kurtek przypięte jakieś plakietki!”. Jazda była świetna, czas upłynął nam bardzo kreatywnie, co przedział, to inna zabawa. U nas królował Kontakt i Skojarzenia, za ścianą Mafia, a co działo się dalej – pozostawiam pole do popisu dla wyobraźni! Obawiam się, że gdyby nie zatłoczone korytarze, skończyło by się niechybnie na berku. Po godzinie 22 pociąg wtoczył się na stację, my wytoczyliśmy się z pociągu, pożegnaliśmy, odetchnęliśmy ( nie bez nostalgii ) miejskim powietrzem, by na drugi dzień wyłączyć ze złością budzik, zapakować torbę/plecak/torebkę i zająć się czymś, co w konfrontacji z ostatnimi trzema dniami nie miało żadnych, najmniejszych nawet szans zyskać w moich oczach cienia aprobaty. Do szybkiego zobaczenia na szlaku!

Marta Brylewska

<< powrót

© 2008 - 2012 Akademicki Klub Górski „Halny” Poznań