Relacje

Rajd "Na przekór"
Tatry
11-14 XI 2010

Tatry na przekór z Halnym

- Patrol policji proszony jest o przyjście na peron 5. Powtarzam patrol policji – rozległ się głos z megafonu na dworcu Poznań Głównym. No tak tych co wystają z pociągów będą siłą ściągać, żartowaliśmy. Tłum bowiem, który nie zdołał wejść do pociągu był całkiem spory, spodziewaliśmy się więc kolejnych komunikatów wzywających do pomocy resztę służb kolejowych: „Sokiści wzywani są na peron 5” albo „Panie kasjerki proszone są o odejście od kas i pojawienie się na piątce”. Ostatni będą pierwszymi, tak więc ci którym nie udało się wejść nawet na szóstego do kibelka, tudzież przez okno, mieli szczęście powalczyć o miejsce w dodatkowym, podstawianym wagonie. Na początku jednak nie było mowy o żadnej dostawce. Kolejarze kłamali. „Technicznie nie jest możliwe dostawienie nowego wagonu” albo „A skąd ja pani wezmę wagon?” ja: „Z bocznicy” a on „Tam stoją popsute”. Tak więc nie ufajcie kolejarzom, piszę to ja której matka pracuje na kolei :)

Dojechaliśmy do Krakowa z ponad dwu godzinnym opóźnieniem, potem dzida na busa do Krakowa i już można było stać w korku na Zakopiance. Podzieliliśmy się na dwie grupy, naszą wysadzono w Kirach. Stamtąd ruszyliśmy Doliną Kościeliską na Przysłup Miętusi, Sarnią Skałę skąd podziwialiśmy księżyc jak malowany nad Giewontem. Jako, że szybko robi się ciemno, sporą część trasy trzeba było przejść z czołówkami na głowie. Przemykaliśmy szlakiem w ciszy jakbyśmy byli w konspiracji. Pod nami świeciło się Zakopane, a nad nami gwieździste niebo. Ci co oddzielili się od grupy mówili potem, że był to idealny moment żeby przypomnieć sobie wszystkie sceny z horrorów :)

Schronisko na Hali Kondratowej wypełnione ponad stan, ale oprócz swojskiej atmosfery jego plusem jest fakt, że nie trzeba płacić za wrzątek :) Jedni śpiewali przy akompaniamencie gitar, inni przy akordach komórek. Poza tym mafia rozszerzała swoje wpływy bez ustanku. Wesoło było.

Mówią, że w góry trzeba wychodzić rano i że kto rano wstaje temu pan Bóg daje, jednak na tym wyjeździe to się nie sprawdziło. Za każdym razem pogoda robiła się dopiero przed południem. Ostatniego dnia kiedy wyszliśmy o 6.30 ze schroniska na Czerwone Wierchy dopadła nas mała zamieć. Wiało tak, że Kaziu musiał gonić spodnie, które uciekły mu z plecaka. Ale plus jest taki, że z ciężkim plecakiem trudno byłoby Halnemu porwać trepa :)

Warianty wycieczek różniły się delikatnie. Jedni np. poszli popatrzeć na Kozi Wierch z perspektywy Czarnego Stawu Gąsienicowego, inni weszli na Giewont. Większość jednak spróbowała wybornego miodu pitnego podawanego w Kuźnicach na ciepło z plastrem cytryny.

Każdy z nas zanim dotarł do mety w Domu Turysty w Zakopanem musiał przejść przez Krupówki. Tam osoba z plecakiem, kijkami i w butach górskich była wręcz atrakcją turystyczną, w końcu byliśmy w stolicy polskich gór. A ja myślałam, że jak szpilki to tylko na Giewoncie :)

Na mecie konkursów było bez liku i przyszedł też TOPR-owiec, który skutecznie oduczył nas mylenia go z GOPR-owcem :)

Powrót? Jeszcze nigdy dwunastogodzinna podróż pociągiem nie minęła mi tak szybko. Odśpiewaliśmy „Jedzie pociąg z daleka” z dedykacją dla konduktora. Jedni grali w Kubę Wojewódzkiego i w Mam talent, inni w Mafię. Oj ciężko było się z wszystkimi pożegnać na dworcu, tyle wesołych sympatycznych twarzy :)

Magda Genow

<< powrót

© 2008 - 2012 Akademicki Klub Górski „Halny” Poznań