Relacja

Rajd na Przekór
Tatry Zachodnie
11-15/11/2010

„Halny na szlaku czyli Wszystko na Przekór”

Podróż

Wciąż pamiętam zeszłoroczny rajd pod tym samym hasłem. Tam nie było dnia bym się nie nabiegał . Każdy dzień upływał pod znakiem czarnego kota i znaku pecha( nie mówić o wszech ogarniającym uczuciu mokrych butów i dręczących po nocach szumie wody).Zastanawiałem się dzień przed rajdem co tym razem się stanie. Czy tradycji stanie się za dość i czy kolejny rajd upłynie pod hasłem na przekór?

Tradycyjnie zbiórka odbyła się w holu głównym dworca kolejowego przy KFC pod nieistniejącym neonem „Kwiaty” :) o godzinie 23:00. Jak nakazuje obyczaj, organizatorzy wręczyli uczestnikom plakietki i odhaczyli z czarnej listy uczestników :) Pełni nadzieji , iż podjedzie pusty pociąg i będzie miejsce dla nas , poszliśmy na peron. Jednak nie był by to rajd Na przekór , gdyby PKP nie było na przekór. Naszym oczom ukazał się pociąg zapełniony po brzegi ludźmi. Nie było szans by wszyscy się tam zmieścili. Krążąc miedzy początkiem a końcem składu szukaliśmy miejsca choćby na czubek nosa. Żartowaliśmy że będzie trzeba jechać na dachu. W akcie desperacji co niektórzy chcieli jechać w wagonie pocztowym bądź na 6 pasażera w WC. Po szybkiej i burzliwej wymianie zdań z konduktorem i zwiadowcom stacji i wezwaniu policji na peron 5 znalazł się 1 wagon dla szczęśliwców :D . Nie zważając na poprawność polityczna i religijna 200 osób stojących na peronie uradowanych widokiem nadjeżdżającego wagonu skandowali gromko :

-„gdzie jest krzyż ?”

-w przedziale !! trzeba bronić przedziału !!

Już weselsi rozsiedliśmy się wygodnie na naszych miejscach. Hmm to dopiero początek rajdu a już mamy godzinne opóźnienie( a jeszcze nie wyjechaliśmy z Poznania)PKP na przekór Halnego , co jeszcze może się zdarzyć .Na odpowiedz nie trzeba był długo czekać ,.. W naszym przedziale znalazła się ekipa Bucika. Tak tak właśnie tego Bucika. Po krótkim ale ostro zakrapianym przywitaniu, wiwatom i śpiewom nie było końca.

Dzien I

Oj Oj wszystko mnie boli. Z takimi myślami obudziłem się rano. Ból szybko minął gdy zobaczyłem naszego busa( nie cieszyłem się z widoku maszyny , tylko z myśli , ze zaraz będę w górach ). Po paru godzinach jazdy docieramy do Zakopca i stamtąd na szlak. Pogoda i humory dopisywały. Trudy podróży rekompensowały wspaniałe widoki na Tatry Zachodnie .W drodze na Kondratową postanowiliśmy zahaczyć o Sarnią skałę skąd rozpościerał się widok na Śpiącego rycerza skąpanego w blasku księżyca . Jak to bywa w listopadzie dni są krótkie a noce zimne i długie. Dopiero wtedy poczuliśmy jak to jest szwędać się po nocy w Tatrach. „ Ciemno wszędzie głucho wszędzie co to będzie co to będzie… ” Po chwili dostajemy telefon od Pimpusia z informacja :” brak wolnych łóżek dla was . No tak kolejna informacja na przekór. W akcie desperacji chcieliśmy iść do Murowańca by tam nocować ale po długiej debacie i grze w bierki po ciemku postanowiliśmy iść jednak do Kondratowej.

Kondratowa uraczyła nas miodem , mlekiem i kolejką do prysznica. Halny poczuł ducha rywalizacji. Pod hasłem kto najszybciej weźmie prysznic ten wygrywa Piwo. Walka była długa i zacięta . Aż piana się lała z wrażenia. Rywalizację wygrałem ja ( Hunter ). Nie zwlekając zaproponowaliśmy wszystkim zgromadzonym wspólne biesiadowanie przy kuflu złocistego i akompaniamencie 2 gitar .

Dzien II

Po nocnym śpiewaniu pora na dzień na „ lekko”. Wyjście w góry bez plecaków to był dobry pomysł. Wyruszyliśmy z Pimpusiem do Murowańca, zostawiając w tyle resztę ekipy dotarliśmy do Kuźnic. Po namowie miejscowych skusiliśmy się na grzany miód( strzał w 10 idealny na mokry , deszczowy poranek) i na kanapeczkę z salami. Posileni i w dobrych humorach ruszamy na szlak. Zaczyna być widać góry . Po jakimś czasie doczłapaliśmy się do murowańca. Góry , góry , góry już niedaleko :D. raki na grzbiet i w drogę . Komu w drogę temu Halny w Twarz. Jak się okazało całkiem słusznie Halny wiał nam w twarz nawet bardzo mocno. Szybkie obranie kierunku , czy Świnica czy Kasprowy Wierch , mała sprzeczka na szlaku i Wyliczanka: „ ene due rabe , Halny połknął żabę , a żaba pimpusia co do nocnika…” Padło na Kasprowy wierch.

Śnieg do łydki , wiatr co , zamraża policzki . O to jak przywitał nas Kasprowy .Szybkie grupowe foto i w drogę, wiatr się wzmaga i nadchodzi zmierzch a przed nami sporo drogi po grani. Jeszce dziś nic się nie stało na przekór . Hmm może fatum nas opuściło? Ta jasne ;p ! Zostało nas już tylko 3 na szlaku . Ja Adam i FlyMaster( nie mylić z markerem ).Cały Halny już zmierzał do schroniska a my nadal na grani, nie fajnie. W głowie szumi wiatr , ręce grabieją , a czołówka nie domaga.

„ Jest już ciemno ale , wszystko jedno pytam siebie czy daleko jeszcze ….” Takie i inne teksty układały mi się w głowie. Pora zmienić baterie w latarce bo nic nie widzę. Jak pomyślałem tak zrobiłem. Nie wziąłem pod uwagę , że właśnie na grani na dobre rozszalał się Halny . Pomysłowy Dobromir zabrał się za swoją latarkę. Rozkręciłem , wymieniłem baterie , przyszło do skręcenia obudowy a tu… , tej gdzie jest ta cześć?? Nosz kur…. ,że właśnie w takiej chwili musiało się coś stać. Wicher porwał mi wieczko od latarki . No ale bez takich przygód nie był by to rajd na Przekór. W porę na pomoc przybyli mi Adam i FlyMaster( nie mylić z markerem) . Mając 2 czołówki na 3 chłopa jakoś daliśmy rade dotrzeć do schroniska. Przywitani brawami i okrzykami , „hip hip hura” rozpoczęliśmy po krótkiej chwili wielką fieste z akompaniamentem gitar .

Dzien III (meta)

„Ach jak wesoło , zdobywać góry , ….” Ruszamy zdobywać szczyty . Na celownik obraliśmy Giewont. Pogoda dopisywała wiec szybko uporaliśmy się z trasą. Aha znowu wieje. U podnóża Śpiącego Rycerza podzieliliśmy się na 2 ekipy . Meską i żeńska . Męska zdobywała szczyt jako pierwsi. Kolej na kobiety. Mijaja minuty a ich niema. 10 minut , 20 minut a ich nie ma. Nudy. Hmm wykręćmy im jakiś numer. Nie myśląc wiele , wcieliliśmy nasz niecny plan w życie. Ukryliśmy się w kosodrzewinie razem z plecakami naszej pięknej części Halnego. Z niecierpliwieniem czekaliśmy na ich miny. Jeszcze chwile 3…2…1 i….. Tej a gdzie nasze plecaki?? Może tam w stronę Giewontu ? Nasz fortel się udał . Z każdą chwila ubaw był większy. Jak to bywa gdy zabawa jest w najlepsze ktoś ja zawsze przerywa. Tak tez było i w tym przypadku. Pewien turysta zdradził nasz plan i cała zabawę szlak trafił.

Koniec zabawy i w drogę na Kondradzką Kopę. Czas działa na nasza niekorzyść. Z każda chwila wiatr się zmagał . Bieganie po grani z gitarą na plecach nie należy do najlepszych pomysłów. Powrót z kopy to był wyczyn. Halny nie odpuszczał ani na trochę . Wiatr był tak silny że zwiewał z grani. Każdy kto tylko mógł to padał na ziemię i czekał na „okno pogodowe „ , czym prędzej uciekał stamtąd. To było jedna z niebezpieczniejszych rzeczy jakie robiłem .

Dobiliśmy o zmroku do Zakopanego. Pora na metę, która również posiadała swoją historię. Składała się z 2 części z części formalnej , ( udało nam się przeprowadzić w Domu Turysty) oraz nie formalnej na mieście. Podczas Mety życzliwe pani recepcjonistki wyłączyły nam prąd na Sali . Po interwencji organizatorów , oraz ponaglania z mojej strony prąd nagle pojawił się na Sali .Chyba nas nie lubili tam. Sympatyczny pan ochroniarz kazał nam opuścić naszą salę z niewiadomych powodów. Mający na wszystko rade Halniacy udali się do największego pokoju i tam chcieli dokończyć rozpoczęta zabawę. Niestety , obsługa PTTk chyba bardzo nie lubi młodych ludzi . Tu tez zdażyła się przygoda z prądem. Halniacy nie zważając na oznaki rajdu na Przekór , udali się do najbliższego lokalu gdzie prze akompaniamencie gitar i przy kilku złotych z pianką cieszyli się z udanego wyjazdu w góry

Dzien IV

Poranek jak to po ciężkich 4 dniach w górach bywa , był ciężki i meczący. Tym razem pociąg był pusty i mogliśmy dowolnie przebierać w miejscach. 12 h w pociągu minęło dość szybko na graniu w Mafie, parodiowaniu Mam Talent i Innych.

Bardzo długo będę mieć w pamięci ten rajd. Dał mi ostro popalić, ale też dał dużo uśmiechu i radości.

Hunter

<< powrót

© 2008 - 2012 Akademicki Klub Górski „Halny” Poznań