Relacje

Rajd „Przebiśniegowy”
Beskid Wyspowy
13-15.03.2009

Relacja z trasy dwudniowej

W piątek trzynastego marca

grupa halniaków licząca sobie dwie dziesiątki osób zebrała się niespełna godzinę przed odjazdem pociągu pod nieistniejącym już niestety, acz jakże charakterystycznym neonem „Kwiaty”. Po szybkim wyhaczeniu wszystkich z listy uczestników oraz przydzieleniu im znaczków rajdowych i najnowszej wersji informatorka (na to ostatnie szczególnie zwracałem uwagę, żeby jak najbardziej odciążyć własny plecak…) ruszyliśmy na peron, gdzie lada moment zjawić miał się pociąg do Krakowa.

Podróż minęła zaskakująco wygodnie

pociąg był na tyle pusty, że udało nam się upchnąć w przedziałach nie tylko nasze graty, ale i nas samych. Wkrótce po pobudce zimnym marcowym słońcem wysypaliśmy się z „pośpiecha” na peron na stacji Kraków Główny. Tam zabraliśmy jeszcze jedną halniaczkę, inną niestety musieliśmy pożegnać (choroba…). Po drobnym zamieszaniu zlokalizowaliśmy busa, który miał nas powieźć do Mszany Dolnej. Zgodnie z wcześniejszą umową, mieliśmy wsiadać jako pierwsi, jednak babcie moherowe okazały się tu niepokonane. Na szczęście pomieściliśmy się i tak, choć niektórym (w tym mi) ciężko oddychało się spod plecaków (ale skoro przynajmniej siedziałem, to może lepiej niech nie narzekam…). Nie minęła nawet godzina, gdy znaleźliśmy się na miejscu, a naszym oczom ukazało się najprawdziwsze Tesco na tle majestatycznej i opierzonej śniegiem góry Lubogoszcz. Tu na chwilę oddaliśmy się konsumpcjonizmowi sprowokowanemu głodem i naszą zapobiegliwością (rzadko spotyka się sklep będąc już na szlaku), po czym podzieliliśmy się na dwie grupy – jedna z nich, w której znalazł się Szymon z familią i Marysia ruszyli ku zboczom Lubogoszczy, reszta zaś (a właściwie większość) wraz z mą skromną osobą ruszyła w kierunku ustalonym po wnikliwej konfrontacji mapy z naszym otoczeniem, czyli ku żółtemu szlakowi, który poniósł nas na Ćwilin.

Droga początkowo wiodła nas po odkrytym zboczu, wśród nielicznych zabudowań, mieliśmy doskonały widok na leżącą w dole Mszanę, wtuloną w niezmiennie robiący wrażenie Lubogoszcz. Przyjemnie niebieskie niebo zwiastowało nam pogodny dzień, my zaś niezmordowanie pięliśmy się wyżej i wyżej, gdy zaś szlak stał się niemożliwy do znalezienia pośród śnieżnych zasp, kierowaliśmy się śladami zostawionymi tu przez tajemniczego samotnego piechura. Czasu mieliśmy aż nadto, często więc i z wyraźną przyjemnością stawaliśmy na popas, co obarczone było pewnym ryzykiem, śnieg bowiem przykrywający drzewa, ogrzewany pysznym marcowym słońcem, objawiał znaczne tendencje do spadania na łby biesiadującym podróżnikom. Po kilku godzinach, gdy zaczynało się robić zabawnie (zmęczenie, ostro pod górę i fura śniegu) napotkaliśmy wspomnianego piechura, wracającego po swych śladach. Zszokowany widokiem „całego autobusu na szlaku” przystanął i wdał się w rozmowę, chociaż bliżej temu było do monologu – szczegółów nie pomnę, ale z faceta wyłaził elitysta, co to nie wyobrażał sobie takiej ciżby w „swoich” górach. Był jednak na tyle miły, by opisać nam drogę na szczyt, do którego rzeczywiście nie było już daleko. Wcześniej jednak, na kolejnym popasie, dogoniła nas część trzydniowców. Razem wdarliśmy się z impetem na szczyt Ćwilina, który wynagrodził nasze wysiłki wspaniałymi widokami. Wykopaliśmy spod śniegu nieliczne ławki i stoły, posiedzieliśmy troszkę, porzucaliśmy śniegiem, zjedliśmy co było i zaczęliśmy schodzić. Wtedy nareszcie były jakieś przygody.

Zaczęło się niewinnie

ostrym ślizgiem na plecach po zboczu. Gdy już pozbieraliśmy się do kupy, wyłowiliśmy ze śniegu zagubione rękawiczki i połamane kije, okazało się, że szlaku tu nie bardzo. Połaziliśmy w tę i nazad, szukając ścieżki prowadzącej w dół, nie znaleźliśmy jednak niczego wystarczająco przekonywującego. Jak błyskotliwie podsumował naszą sytuację kolega Jan – „Mamy dwa wyjścia, albo szukamy szlaku, albo idziemy w dół”. Grupa prowokatorów, nie bacząc na wnikliwe analizy naszego położenia tworzone przez niektórych, a także na opowieści o zagrożeniach czyhających pod śniegiem (wykroty, korzenie, strumyki… brr) poczęła więc zdupcać w dół w najbardziej dogodnym wizualnie miejscu. Kiedy odpowiedzialność za podjęcie tej decyzji już na kogoś spadła, w nasze ślady poszła reszta grupy. Zdupcaliśmy więc, brodząc po pas w śniegu (nie przesadzam), zmieniając się co pewien czas na czele. Kilkukrotnie trafialiśmy na odcinki, które wydawały się być drogą mogąca nas wyratować, wszystko to były jednak mrzonki. Kiedy wreszcie wydostaliśmy się z lasu, przed nami ukazało się pole, za polem wyasfaltowana droga i to już było naprawdę wszystko czego potrzebowaliśmy. No, może poza wskazówką w którą stronę tą drogą iść. Próby wybadania autochtonów nie przyniosły rezultatów, skoro jednak trzydniowcy ruszyli z pewnym przekonaniem w lewo, reszta ruszyła za nimi.

Po nudnawej wędrówce asfaltem doszliśmy do baru „Pod cyckiem” (chyba dobrze pamiętam?), od niego zaś szlak poprowadził nas prosto do ośrodka rekolekcyjnego pod Śnieżnicą. Na tym odcinku pozostałem z tyłu, nie mogę więc opisać okrzyków radości jakimi powitano całkiem realną perspektywę wykąpania się w ciepłej wodzie. Ale zapewne takowe były (woda na szczęście również). W każdym razie, ja się cieszyłem. Meta trwała do późnych godzin nocnych. Po przydługiej części oficjalnej niedobitki z trasy specjalnej, która odbyła się poprzedniego dnia, postanowiły wyręczyć karmę i wrzucić mnie w śnieżną zaspę. Zaspa okazała się jednak co najmniej zlodowaciała, na szczęście moi oprawcy zdołali odnaleźć odrobinę sypkiego śniegu, dzięki czemu po wprawnym namaszczeniu w stanie wskazującym na sponiewieranie i ku uciesze gawiedzi odstawiono mnie powrotem do ciepełka w taki sam sposób w jaki mnie z niego wyrwano – za ręce i nogi. Wcześniej miał miejsce jeszcze halniacki chrzest z ręki prezesa (łubudubu…), który to zsublimował swą przyrodzoną złośliwość w ucieszną zabawę ku rozkoszy gawiedzi. Detale sobie podaruję, powiem tylko że odręczny tatuaż, który to prezes własnoręcznie umieścił na moim ciele przy użyciu pożyczonych długopisów i flamastrów, udało mi się zmyć dopiero po powrocie…

Powrót

Następnego dnia po smakowitym śniadaniu wyruszyliśmy (godzinę wcześniej niż zamierzaliśmy, z obawy przed korkami i z chęci spędzenia trochę większej ilości czasu w Krakowie) z powrotem w okolice baru „Pod cyckiem”, gdzie czekały na nas dwa autobusy, mające powieźć nas do Krakowa. Mimo sporego zamieszania, które zresztą co ze wstydem przyznaję, sami z Tomkiem spotęgowaliśmy, nikt z halniaków nie skorzystał (z nie tak znów wyjątkowej) okazji do zgubienia się, za co wszystkim czytającym te słowa dziękuję. Mimo że po drodze zmitrężyliśmy trochę czasu stojąc w kolumnie aut czekających na przejazd na przewężeniu, dotarliśmy wystarczająco wcześnie by pokusić się o wypad na Rynek. Sfora halniaków korzystając z wolnego czasu rozproszyła się po okolicy, my zaś w doborowym towarzystwie zapolowaliśmy na tortille i gapiliśmy się na pana robiącego wielkie mydlane banie nieopodal Sukiennic. Udało mi się nawet spotkać z siostrą, którą radośnie pozdrawiam (mimo, że raczej tego nie przeczyta).

O ustalonej godzinie na dworcu nikogo na szczęście nie zabrakło. Wcisnęliśmy się na zarezerwowane miejsca i w nieczęstym na tej trasie komforcie, z rozdzierającym nasze dusze smutkiem daliśmy się unieść pociągowi należącemu do spółki „Intercity” w drogę powrotną do Poznania. Po godzinach spędzonych na rozmowach, słuchaniu muzyki i czytaniu (choć w innych przedziałach i wagonach królowały inne rozrywki…) pociąg wtoczył się na peron na stacji „Poznań Główny” przywracając nas światu, smutki zaś nasze i troski, pozostawione przed wyjazdem, rzuciły się nam na powitanie. My jednak wypoczęci i naładowani energią z serca Beskidu Wyspowego daliśmy im bez większych trudności odpór.

Dziękuję raz jeszcze wszystkim za udział w rajdzie, do zobaczenia na kolejnych!

Krzysiek Urban

<< powrót

© 2008 - 2012 Akademicki Klub Górski „Halny” Poznań