Relacje

Rajd „NA PRZEKÓR”
Beskid Niski
11-15.11.2009

Wodny Szlak

A wszystko zaczęło się tak niewinne ...

Tradycyjnie zbiórka odbyła się w holu głównym dworca kolejowego przy KFC pod nieistniejącym neonem „Kwiaty” :) o godzinie 19:15. Jak nakazuje obyczaj, organizatorzy wręczyli uczestnikom plakietki i odhaczyli z czarnej listy uczestników :)Pociąg odjeżdżał o 19.57. We Wrocławiu Głównym byliśmy, o dziwo, zgodnie z planem, czyli o 22.25. Następnie czekała nas przesiadka (godzina 22.35) na pociąg do Tarnowa. Na dworcu w Tarnowie mieliśmy małą „siestę”, a dokładnie mówiąc około 3-godzinną:) Jedni spali gdzie popadnie, inni poszli zwiedzać Tarnów, jednak pogoda nie dopisała, gdyż turystów zastał deszcz. Po odpoczynku ruszyliśmy do Grybowa, skąd udaliśmy się autobusem na początek tras każdej z ekip. /p>

Dzień I ( Środa)

Pech chciał, że trafiłam do grupy specjalnej. Już na samym początku trasy każdy zaczął się gubić, ale nic - idziemy dalej. W końcu udało nam się znaleźć szlak, którym podążyliśmy. Do schroniska „Hajstra” mieliśmy niecałą godzinę. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie nasz kochany organizator - przewodnik Hunter, który zaproponował naszej wspaniałej piątce (Paula, Ania, Piciu, Andrzej i on sam) wydłużony szlak. Szlak ten prowadził wzdłuż rzeczki. Pomysł fajny i ciekawy, toteż ruszyliśmy. Początkowo szlak wydawał się bezproblemowy, jednak czar prysł po pierwszym napotkanym strumyczku, gdzie musieliśmy wykazać się wszyscy dobrą koordynacją ruchową. Po wyjściu z krzaków napotkaliśmy ubitą drogę – super :-) . W ciszy szliśmy do następnych krzaków. Początkowe przeskakiwanie na drugą stronę strumyczków sprawiało naszej piątce niezłą frajdę, lecz było tak do czasu, aż zaczęliśmy tonąć w błocie po kolana :-) . Jednakże i to nas cieszyło. Wydawało mi się, że nieco zbłądziliśmy chodząc po lesie i moje wrażenie okazało się trafne, gdyż w pewnym momencie , każda mapa pokazywała coś innego. Pojawiło się zasadnicze pytanie: Wowc gdzie my w ogóle jesteśmy?? Dotarliśmy do polany, gdzie ujrzeliśmy poprzewracane ule i dziwny domek, na którym wisiało sporo poroża dzikiej zwierzyny. Domek jak z horroru. Naszej nieustraszonej piątce to jednak nie przeszkodziło, aby zrobić sobie akurat w tym miejscu przerwę na posiłek i mały odpoczynek. Zaczęło się ściemniać i czołóweczki poszły w ruch. Piciu szedł przodem jako piechur przodownik i wyprowadził nas z lasu. Mieliśmy nadzieję, że to już koniec wędrówki ze strumyczkami, jednak dopiero teraz strumyczki pokazały swoją moc :-) . Przed nami płynął sobie z wolna dość spory strumyk - no to pięknie. Po chwili kombinowania organizator poświęcił się i przeniósł nasze plecaki na drugą stronę rzeczki. W drugiej kolejności poszłyśmy my – dziewczyny, a chłopcy musieli skakać :P.

I oto jesteśmy dalej w komplecie. Kolejny rozległy strumyk nie zrobił już na nas wrażenia - po prostu szliśmy dalej. Zrobiło się ciemno i nic nie widzieliśmy dookoła. Dotarliśmy do wioski, gdzie nie było światła - wioski przeklętych :-) Słychać było tylko szczekanie psów. Podeszliśmy do domu gospodarza z zapytaniem, w którą stronę mamy się kierować do Huty Polańskiej. Po 8 km byliśmy na miejscu. Gdy już ujrzeliśmy budynki i światłość, przed nami ukazała się rwąca rzeka, którą ciężko będzie przejść. Oczywiście dzielny organizator ruszył przodem, a my niby za nim. Stoimy i patrzymy, co on wyprawia. Tak jak stał - chwycił plecak nad głową i idzie. Dotarł do głębokości „po kolanah, po czym stwierdził, że za duży nurt i zawrócił :-) Hehe. Wylał wodę z butów i ruszyliśmy w drogę powrotną do wioski poprosić o pomoc. Udaliśmy się do tego samego domu, gdzie byliśmy wcześniej, ale z prośbą, czy można skorzystać z telefonu, aby ktoś ze schroniska po nas przyjechał. Gospodarz okazał się sołtysem, był bardzo gościnny i zapraszał nas do domu, ale zostaliśmy na zewnątrz. Powód wiadomy :-) . Poczęstował Nas gorącą herbatką i wdał się w rozmowę z chłopakami. Zjawiło się nasze zbawienie. Pora ustalić fakty: byliśmy głodni, przemoczeni i w dodatku wszyscy się z nas śmiali. Piękne zakończenie pierwszego dnia, ale co nasze to nasze :-) .

Dzień II ( Czwartek)

Kolejny dzień zapowiadał się tak niewinnie :-) Tym razem stwierdziłam, że nie idę z bandą pięciu wspaniałych. Wyruszyłam więc z Monią i jej ekipą wcześniej, udając się w stronę Mazgalicy. W kolejnym etapie na Przełęcz Kuchtowską i do Radocyny. Droga było w stanie ciekłym, jak zwykle. Dotarliśmy do pomnika upamiętniającego poległych w walce. I tu właśnie zrobiliśmy sobie chwilę przerwy. Następnie przedzieraliśmy się przez krzaki. Jeśli chodzi o mnie, to zrobiłam to sprawnie, gdyż po wcześniejszym dniu byłam zaprawiona. Następnie stwierdziliśmy jednogłośnie, że tutejsze szlaki są totalnie nieprzygotowane. Doszliśmy do rozlewnego strumyczka, tak, tak. Na naszych twarzach, jak nietrudno zgadnąć, ukazał się uśmiech. No dobra, trzeba to było jakoś przejść. Każdy miał na to swoją metodę. Troszkę umoczeni poszliśmy dalej, aż dotarliśmy do Wioski, gdzie wszyscy się na nas dziwnie patrzyli. Znaleźliśmy sklep (super!!) Zapasy zrobione - idziemy dalej. Nieoczekiwanie podjechał autobus. Po szybkim spojrzeniu na mapę stwierdziliśmy, że zamiast iść asfaltem możemy sobie troszkę podjechać. Kierowca wysadził nas trochę za daleko.hTrudnoh – pomyśleliśmy. - „Pójdziemy w stronę Nieznajowej, to raptem 2 km od głównej drogi. Około 45 min i jesteśmy w schroniskuh. Doszliśmy do wioski. Oczywiście zaczęło się ściemniać i nasze oczy ujrzały rwącą rzekę.h Powtórka z rozrywkih. – pomyślałam tylko. Zawróciliśmy do głównej drogi i zaczęliśmy łapać stopa. Ważną kwestią było to, kto będzie na tyle odważny i się zatrzyma. Chwilę postaliśmy, po czym zawróciliśmy drogą, która miała mam ułatwić dotarcie, a sprawiła tylko kłopot. Zaczęliśmy się śmiać, że niepotrzebnie jechaliśmy tym autobusem. Usilnie staraliśmy się złapać stopa, aż tu nagle podjechała policja. „Władzah początkowo nie była chętna do pomocy, jednak udzielili nam kilku porad. Jako grzeczni obywatele zapytaliśmy, czy nas podrzucą , odparli na to, że nie mają czasu i radzą nam iść do Krępnej bo do Radocyny się nie dostaniemy - wszystko zalaneh. No to superc Wracamy w stronę Krępnej. Po paru minutach podjeżdża ten sam radiowóz i mówią, że w Radocynie pod sklepem czekają na Nas znajomi i mogą nas podrzucić. Zapakowaliśmy się całą czwórką do radiowozu i jedziemy. Troszkę zagadywaliśmy władzę, żeby było milej :-) hehe. Wysiadłam z auta i gdy zobaczyłam moją wspaniałą czwórkę, od razu humor mi się polepszył. Jakoś tak dziwnie weseli byli pod tym sklepem :P. Chwila przerwy by emocje opadły i ruszyliśmy trasę 5-kilometrową do schroniska. W sklepie podpytaliśmy dokładnie o drogę - za kładką mieliśmy skręcić w lewo. Wyruszyliśmy w drogę, a śpiew czwórki, która była szybciej pod sklepem, dodawał nam tępa :D. Na początku szłam z Kubą. Zagadani nie zwróciliśmy uwagi, że skręciliśmy w prawo za kładką. Za nami zaczęło robić się coraz ciszej. „Coś nie takh. – pomyśleliśmy. Dotarła do nas Monia z kolegą i sprawdziliśmy na mapie naszą lokalizację. Do schroniska pozostał jeszcze niby kawałek, więc ruszyliśmy. Zatrzymaliśmy się, żeby zadzwonić do schroniska. Powoli zaczynaliśmy się martwić o pozostałych, którzy zostali w tyle. Okazało się z czasem, że już dotarli na miejsce i wyszedł po nas organizator, który w stanie radości czekał już na Nas w towarzystwie butelki hmc. Kolejny dzień zakończył się wielka przygodą.

Dzień III (Piątek) (Trasa specjalna)

Kolejny dzień zmagań zaczął się od wypuszczania grup w odstępie czasowym co 15 minut. Napomknę oczywiście o tym, iż organizator trasy specjalnej (Hunter) musiał wstać bardzo wcześnie rano, aby rozwiesić zadania dla grup. Wszystkie grupy ruszyły i pech chciał że dogoniły się na trasie, stojąc zamyślone nad zagadką nr 2. Ruszyliśmy dalej, aż dotarliśmy do wioski, gdzie czekała na nas kolejna zagadka.

Stwierdziłyśmy z Paulą, że dziś to nie jest na nasze siły, więc odłączyłyśmy od reszty zapaleńców. Grzecznie złapałyśmy stopa do Ujścia Gorlickiego, a następnie do Hańczowej. Czekałyśmy na resztę halniaków, którzy przychodzili w różnych odstępach czasowych :-) Wieczorem pojawili się już wszyscy i okazało się (tak całkiem przypadkowo), iż Piciu ma urodziny. Jak tradycja nakazuje, zaśpiewaliśmy mu „Sto lath. Jubilat powinien dostać tyle klapsów, ile lat wskazywała jego metryka. Jednak zamiast klapsów został podrzucany pod samym sufitem. No i przyjęcie czas było zacząć :-) . Były fruwające łóżka, głośne śpiewanie, jedzenia na schodach oraz tańce, które dla jubilata mogły stać się bardzo niebezpieczne. No i nasze ukochane zapasy, przez które mógł ucierpieć niewinny człowiek stojący obok. Podsumowując - Piciowy wieczór można zaliczyć do udanych.

Dzień IV( Sobota) (META)

Dzień ten stanowił tak upragnioną przez organizatorów i oczywiście uczestników metę. Ale żeby meta mogła się rozpocząć, wszyscy uczestnicy rajdu muszą dotrzeć na miejsce. Meta tego rajdu odbyła się w szkole podstawowej w miejscowości Siary. Po dotarciu wszystkich rozpoczęliśmy metę. Konkursy, rzecz jasna, odbyć się musiały. Po konkursach przyszedł czas na zlinczowanie organizatorów każdej trasy. Plan zemsty był prosty, że skoro powymyślali te wodne szlaki, to teraz sami takimi powinni przejść. I tak też się stało. Część osób ułożyła się jeden za drugim tworząc szlak, po którym przejść mieli organizatorzy. Podczas przeskakiwania przez leżących, byli oblewani wodą. Po przejściu gehenny państwo organizatorzy (Piotr Komorowski, Marcin Hucz, Monika Szeffler) otrzymali swoje ciężko zapracowane blachy „Halnego”. Okazało się (również całkowicie przypadkowo), iż urodziny obchodził także jeden z organizatorów - Martin. Oczywiście wszyscy odśpiewali gromkie sto lat i w ramach ciągłości tradycji po urodzinach Picia – Martin również skończył podrzucany pod sam sufit. Niestety biedny Martin między którymś z podrzutów upał na plecy, lecz był dzielny i przeżył upadek bez urazu. I tak potem halniacy śpiewali, śpiewali, śpiewali do samego rana…

Dzień V (Niedziela) ( Powrót)

Przebudzenie było czymś, czego nikt nie chciał. Zaczęło się od szukania swoich rzeczy. Następnie kolejna ważna rzecz czyli pakowanie i wielkie sprzątanie połamaną miotłą :-) . Doprowadziliśmy szkołę do stanu użytkowego i czekaliśmy na autobus. Dojechaliśmy do Stróż, a dalej do Tarnowa. Oczywiście, jak to w przypadku PKP bywa, nic nie jest na czas i tkwiliśmy na dworcu 2 godziny. W pociągu ucięliśmy sobie drzemkę, po czym resztę czasu spędziliśmy na, mówiąc dosłownie, zabawach. I tak zamiast być na miejscu o 23.07 przybyliśmy grubo po 1..


Od siebie gratuluję organizatorom zdobycia blach oraz dobrze zorganizowanego rajdu, jakiego się podjęli !!

Anna Knop

<< powrót

© 2008 - 2012 Akademicki Klub Górski „Halny” Poznań