Relacje

Rajd „Śnieżny”
Góry Sowie
05-07.12.2008

Relacja z trasy trzydniowej

Piątek, 05 grudnia 2008

O godzinie 02:20 spotkaliśmy się na dworcu Poznań Główny pod nieistniejącym neonem „Kwiaty”. Stało tam już ponad 30 osób.

Organizatorzy spóźnili się o 2 minuty. Nie przeszkodziło im to jednak w sprawdzeniu listy obecności, ponieważ pożyczyłem im długopis.

Był to pierwszy rajd, na którym jako uczestnik dostałem znaczek rajdowy na samym początku. Kilka minut później na peron przyszła Dominika z suczką Tinką – bohaterką Rajdu Śnieżnego 2007 w Góry Izerskie. Niestety, nie było jej dane ukończyć ten rajd. Musiała wraz ze swoją panią wrócić wcześniej. O 02:35 poszliśmy na peron, gdzie stał już pociąg relacji Gdynia Gł. – Wrocław Gł. i zajęliśmy miejsca w przedziałach. Kilka osób spóźniło się na zbiórkę i ledwie zdążyło na odjazd pociągu, który według rozkładu odjeżdżał o 02:53. Siedziałem w przedziale z Dawidem, Anią, Tomkiem i dwoma chłopakami: Piotrem i Witkiem. O 05:20 przesiedliśmy się do wagonów jadących do Wałbrzycha, w których większość osób spała. Około 07:30, zgodnie z planem wysiedliśmy na stacji Wałbrzych Główny. Jak się później okazało, kilka osób zaspało i wysiadło w leżącym 27 km na zachód Marciszowie. Ci uczestnicy rajdu dotarły do schroniska Sowa po godz. 22-giej dojechawszy do Jugowic trzema autobusami.

Jedna grupa poszła na trasę „rozgrzewkową”. Ja wziąłem udział w trasie „górskiego slalomu”, którą wybrało 27 odważnych halniaków, włącznie z organizatorami. Parę minut przed godziną 08:00 pojechaliśmy busem do Sokołowska, gdzie znaleźliśmy się 15 minut później. Na początku szukaliśmy niebieskiego szlaku. Razem z trzema innymi osobami poszedłem w dół drogą asfaltową, a potem pod górę chodnikiem i po błocie. W końcu znaleźliśmy szlak, którym podążaliśmy wołając resztę grupy idącą dołem szosą. Jakież było nasze zdziwienie, gdy szlak niebieski przeciął szosę. Dalej droga szła już tylko pod górę. W ciągu następnych paru godzin zdobywaliśmy dzielnie kolejne szczyty Gór Suchych. O 9:20 zatrzymaliśmy się na dosyć dużej polanie, na której były widoczne skąpe ślady śniegu. Nieco dalej trasa była pokryta kilkucentymetrową warstwą białego puchu, na którym odpoczywaliśmy po zdobyciu kolejnych szczytów, którymi były: Włostowa (905 m n.p.m.) czy Kostrzyna (906 m n.p.m.). Parę minut po godzinie 10-tej, zeszliśmy z Kostrzyny, a część osób myślała, że kolejne podejście jest na Waligórę, co nie zgadzało się ani z kompasem, ani z mapą ani z zegarkiem. Przez pewien czas pełniłem funkcję przewodnika grupy, którą doprowadziłem do punkt widokowy na Suchawie (928 m n.p.m.). Na tej wysokości i w tak pochmurny dzień, widoczność nie była zbyt dobra, toteż punkt widokowy nie został przez nas w pełni wykorzystany. Trochę dalej szlak niebieski i żółty się przecinały. Część osób stchórzyła i poszła szosą wprost do Andrzejówki. Inni, krocząc żółtym szlakiem wspięli się na Waligórę (936 m n.p.m.), z której zejście okazało się nie lada wyczynem. Było bardzo stromo, droga oblodzona, momentami musiałem zjeżdżać na tyłku albo schodzić „na pająka”. Zdjąłem przy tym plecak i toczyłem go po lodzie jak sanki. Krzysiek z Agatą, których w międzyczasie dogoniłem, mieli jeszcze większe problemy z zejściem, niż ja. Tę przeuroczą trasę z Sokołowska powinniśmy byli przejść rok temu na Rajdzie Październikowym, jednakże wówczas większość osób doszła do Sokołowska po godz. 18-tej i chciała jak najszybciej dotrzeć do Andrzejówki na metę.

Tym razem do schroniska założonego przez Andreasa Bocka dotarliśmy około godz. 11.30. Część osób zatrzymała się w środku na obiad. Jednakże większość grupy zdecydowała się pójść dalej szlakiem żółtym, w kierunku zamku Rogowiec. Na samym początku o mały włos nie pomyliliśmy szlaków, które w szczerym polu są kiepsko oznakowane. W pewnym momencie okazało się, że maszerujemy niebieskim szlakiem. Wędrując grzbietami, od czasu do czasu podziwialiśmy Góry Wałbrzyskie, wyłaniające się zza drzew. Do ruin zamku Rogowiec dotarłem o 12:50. Myślałem wówczas, że przyszedłem tam jako jedna z ostatnich osób. Po dłuższym postoju, obfotografowaniu ruin, a także przepięknej panoramy Gór Sowich, roztaczającej się spod przydrożnego krzyża, postanowiliśmy ruszyć dalej. Gdy inni schodzili w dół, ja rozmawiałem z dwiema turystki z Wrocławia. Zdziwiłem się, gdy po dziesięciu minutach pogawędki, gdy zbierałem się, aby ruszać w dalsza drogę, zza zakrętu wyłonili się Maciej, Łukasz i pan Romek w stroju moro. Okazało się, że panowie zostali na obiedzie w Andrzejówce. Razem dogoniliśmy guzdrały i zeszliśmy czerwonym szlakiem do miejscowości Grzmiąca, gdzie odpoczywaliśmy przy Gospodzie Sudeckiej Doliny Rybnej. W tym momencie rozdzieliliśmy się na mniejsze grupki. Część osób kontynuowała przemarsz czerwonym szlakiem, zgodnie z instrukcją zawartą w informatorku, inni, natomiast, próbowali przedzierać się na przełaj przez las, jeszcze inni błądzili. Sporo osób złapało na stopa furmankę, którą dojechali do Głuszycy.

Ich dalsze losy nie obejmują zasięgiem mej percepcji.

Skutkiem rozdziału był duży rozrzut czasów przyjścia do schroniska Sowa, w którym mieliśmy zarezerwowany nocleg. W tym miejscu opiszę, w jaki sposób moja grupa dotarła do celu.

Z miejscowości Grzmiąca pojechaliśmy w trzy osoby autostopem – furgonetką do Ludwikowic Kłodzkich, do których dotarliśmy o 14:30. Następnie Agata, Krzysiek i ja szliśmy szosą w stronę Sokolca zastanawiając się, dlaczego tam jest tak daleko. Po zrobieniu zakupów i zwiedzeniu kościółka, doszliśmy do zakrętu, z którego odbijała polna droga. Według mapy, w pobliżu zlokalizowany był zielony szlak prowadzący do schroniska. Ponieważ zrobiło się ciemno, włączyliśmy czołówki.

Gdy przeszliśmy tą drogą kilkadziesiąt metrów, obszczekał nas brązowy kundelek, który później chodził za nami.

Szukaliśmy ścieżki odbijającej pod górę i w lewo od naszej drogi. Po dojściu do strumyka, przez porównanie mapy, kompasu i przebytej trasy stwierdziliśmy, że należy iść w górę rzeki.

Chwilę później zobaczyłem drzewa posadzone powyżej nas, biegnące regularnie.

Od razu pomyślałem, że tamtędy może biec droga. Podeszliśmy po ciemku na przełaj pod górę. Na szczęście znaleźliśmy zielony szlak, który zaprowadził nas do schroniska Sowa. Po dojściu na miejsce dostaliśmy brawa, jednakże nie tak mocne, jak organizatorzy, którzy przyszli na nocleg po 21-szej, bo przygotowywali trasę specjalną. Co pewien czas na miejsce noclegu docierały kolejne ekipy witane gromkimi brawami, tym większymi, im później grupa doszła do schroniska. Pamiętam, że bardzo późno przyszedł grajek Szymon. Agnieszka i Kuba też dotarli do Sowy dużo później, niż moja grupa. Po tym, jak rozbrzmiała gitara, od razu zrobiło się weselej. Mało tego, pracownik obsługujący bar puszczał później muzykę Led Zeppelin. Tego dnia zmęczony wrażeniami oraz nieprzespaną nocą w pociągu poszedłem spać przed godziną 23-cią, jako ostatni z pokoju nr 7.

Sobota, 06 grudnia 2008 (Mikołajki)

Mimo, że miałem nastawiony budzik na 6:50, obudziłem się kilkanaście minut wcześniej. W łazience stałem dosyć długo w kolejce pod prysznic, co bardzo mnie zdziwiło. Nie wiedziałem, że na rajdach Halnego jest tylu fanów wczesnoporannego mycia od stóp do głowy. Grupa idąca na trasę sponsorowaną miała być gotowa do wyjścia o godzinę 08:00. Nie wszystkim udała się ta trudna sztuka. Po opuszczeniu schroniska przez miłośników przygód, zostały głównie osoby chcące zwiedzić podziemny kompleks Włodarz. Poprzedniego dnia wieczorem dowiedziałem się, ze zostałem nominowany na kierownika tej trasy. Byłem nieco zaskoczony, ale raczej w sensie pozytywnym. Zaplanowaliśmy ambitnie, że wyjdziemy ze schroniska o 08:30, aby dojść do Włodarza na godz. 11-tą. Na planach się skończyło. Najszybsze osoby wyruszyły w drogę przed godziną 09:00. Tym osobom udało się w ostatniej chwili załapać na zwiedzanie Olbrzyma o godz. 11-tej. Siedmioosobowa pod moim przewodnictwem opuściła Sowę o 09:30. Gdy skręcaliśmy w żółty szlak, zaczął prószyć śnieg, jak przystało na Rajd Śnieżny. Przed dojściem do Walimia spotkaliśmy jeszcze 3 osoby – Piotra, Romkę i Włodka. Przed 11-tą byliśmy w centrum Walimia, gdzie Ola, którą bolała noga, postanowiła zostać i zaczekać, aż wrócimy z groty.

Nasza dziewiątka (7 - 1 + 3 = 9)

natomiast, poszła w górę czarnym szlakiem docierając do kompleksu Włodarz o 11:30. Teren tego obiektu był dosyć rozległy, po przekroczeniu bramy, mijało się zabytkowe ciężarówki, wzdłuż których trzeba było przejść około 200metrów. Po naszej prawej stronie znajdowało się nieużywane wejście do podziemi. Ponieważ zaczęło kropić, schowaliśmy się do wojskowego namiotu, w którym posililiśmy przed wejściem do podziemnego kompleksu. Czekaliśmy kilkanaście minut na deszczu, gdyż poprzednia grupa spóźniała się z wyjściem. Wreszcie z tunelu wyszło kilkanaście osób, a w tym sześcioro uczestników rajdu, którzy przyszli trochę wcześniej od nas. Po założeniu kasków, zrobieniu pamiątkowych zdjęć o godzinie 12:15 weszliśmy z przewodnikiem do środka góry Wolfsberg i spacerowaliśmy podziemnymi korytarzami słuchając opowieści o tajemnicach, jakie kryją w sobie te góry. Okazało się, że przewodnicy sami niewiele wiedzą, ponieważ niemieckie archiwa dotyczące tego kompleksu są, póki co, utajnione. Być może za 20 lat poznamy tajemnicę, jaką kryje w sobie to miejsce. Na samym końcu doszliśmy do miejsca zalanego wodą, po którym pływaliśmy podziemnymi łódkami. Na jedną łódkę wchodziło 13 osób i należało bardzo ostrożnie wsiadać, by jej nie wywrócić.

Po opuszczeniu podziemi część osób wróciła od razu do Walimia. Byliśmy mile zaskoczeni, gdyż do wejścia na godzinę 13-tą, a w zasadzie na 13:15 szykowała się kolejna ekipa halniaków, liczniejsza od naszej.

Pamiętam, że był wśród nich Paweł Batko.

Romka, Piotr, Włodek i ja poszliśmy jeszcze na grochówkę, posiedzieliśmy 20 minut, po czym postanowiliśmy dogonić osoby, z którymi zwiedzaliśmy podziemny kompleks. Ja pognałem nieco szybciej, toteż po 14-tej robiłem już zakupy w Walimiu. Po wyjściu ze sklepów spotkałem dziewczyny z naszej „dziewiątki” oraz Tomka, którzy wracali, ponieważ dowiedzieli się od miejscowych, że w soboty autobus do Jugowa nie kursuje. Jakież było nasze zdziwienie, gdy zobaczyliśmy bus, a w nim Olę – tę, która nie poszła z nami zwiedzać Włodarza. Po rozmowie z jedną panią koło mostu, zdecydowaliśmy się kontynuować trasę żółtym szlakiem, a nie zielonym, jak sugerował informatorek. Wróciliśmy więc drogą, którą przyszliśmy ze schroniska Sowa. W międzyczasie dowiedziałem się, że Maciej, Łukasz i pan Romek poszli zwiedzać sztolnię walimską, zatem zrobili trasę alternatywną.

Była już godzina 15-ta, gdy opuściliśmy Walim, gdzie do naszej grupy dotarł jeszcze Włodek. Staraliśmy się zebrać siły na dalszą trasę. Włodek został nieco z tyłu, czekaliśmy na niego około 15 minut zanim weszliśmy na Małą Sowę (972 m n.p.m.). Zszedłem nawet bez plecaka, aby sprawdzić, czy nic się nie stało. Włodek dreptał sobie spokojnie oświetlając sobie drogę czołówką. Na tej wysokości było już kilkunastocentymetrowa warstwa śniegu. Po dojściu na Wielką Sowę (1062 m n.p.m.) ujrzeliśmy wieżę widokową w prawdziwie zimowej scenerii w blasku wieczornego światła. Tam dołączyli do nas Piotr z Romką. O 17:30 postanowiliśmy ruszać dalej czerwonym szlakiem, tym razem idąc w dół. Gdy doszliśmy do Koziego Siodła (887 m n.p.m.), spotkaliśmy Magdę Grobelną z Grześkiem, którzy rozwiązywali jakąś zagadkę z trasy sponsorowanej. Po pewnym czasie przyszła Monika z Szymonem. Na początku Bliźniaczki stwierdziły, że ostatnim punktem podróży kapitana Sowy jest schronisko Zygmuntówka. Początkowo, zatem, szliśmy razem. Po pewnym czasie chyba zwątpili i postanowili wrócić na Wielką Sowę. Przyszli na metę bardzo późno. My natomiast kontynuowaliśmy przemarsz z czołówkami i we mgle. Przez to musieliśmy nie zauważyć na jednym z rozwidleń czerwonego szlaku, gdyż nasza droga oznakowana była szlakiem rowerowym niebieskim, którego nie było na mapach pieszych. Mnie się nie zgadzał kierunek marszu z kompasem, bo prowadził zbyt mocno na południe. Na kolejnym rozwidleniu skręciliśmy w lewo. Tym razem trasa biegła prosto na wschód, jednakże czerwony szlak prowadził na południowy zachód. Naszą myślą przewodnią był znany wszystkim cytat: „Na wschód, tam musi być jakaś cywilizacja”. I była. Po naszej lewej stronie widać było dwa ruchome światełka. Zastanawiałem się, kto u licha może iść o tej porze na przełaj. Pomyślałem o jakichś zagubionych uczestnikach trasy sponsorowanej. Jakieś było moje zdziwienie, gdy doszliśmy do skrzyżowania dróg, na którym spotkaliśmy Piotra i Romkę. Odnalazł się tez czerwony szlak. Później idąc razem widzieliśmy, że las po naszej prawej stronie się przerzedza. Zastanawiałem się, czy nie zejść na dół na przełaj. Wydawało mi się, że tam w dole powinna już być Zygmuntówka. Pamiętałem, że schronisko to leżało na dość sporej polanie. Z powodu mgły zdecydowaliśmy jednak, aby nie zbaczać z czerwonego szlaku. Doszliśmy do drogi asfaltowej, w którą skręciliśmy w prawo. Z tyłu szli Romka z Piotrem, którzy poszli w drugą stronę, nie rozumieliśmy dlaczego. Ja nawet nie wyciągnąłem mapy, by sprawdzić, czy dobrze idziemy. I tak, zadreptaliśmy do miejsca, w którym droga ostro zakręcała w lewo, a na zakręcie płynął strumyczek. Był to dla mnie sygnał ostrzegawczy, bowiem pamiętałem w jaki sposób zgubiłem się w tych górach rok wcześniej. Zdecydowaliśmy się zawrócić, przy okazji łapiąc stopa. Zatrzymał się jedne kierowca, którego spytaliśmy o drogę. Niestety, patrząc na mapę i kompas okazało się, że nadłożyliśmy sporo trasy. Wróciliśmy do miejsca, w którym widzieliśmy ostatnio Piotra i Romkę. Do końca nie wiedzieliśmy, którędy zejść, bo szlak był słabo oznakowany. W końcu dotarliśmy do Zygmuntówki o godzinie 19:30. Na szczęście Maciej zajął mi łóżko. Większość osób doszła już na metę. W schronisku była spora kolejka pod prysznic. Powstał nawet komitet kolejkowy. Najzabawniejszy wpis jaki widziałem, to „Konstancja i Dawid – wchodzą osobno”. Bohaterowie napisu mieli jednak pecha. Gdy przyszła ich kolej na wejście pod prysznic, gospodyni powiedziała, że ciepła woda potrzebna jest do zmywarki i musieli zaczekać jeszcze godzinę. Dave, niezrażony, skomentował ten incydent słowami: „Najpierw picie, potem mycie”. Gospodarz schroniska starał się na czas realizować zamówienia, ponieważ miejscowe specjały cieszyły się dużym wzięciem. Wiele osób zamówiło pierogi. Ja natomiast zjadłem pierogi z paczki przygrzane dzięki grzałce turystycznej, której używanie w schronisku jest zakazane.

Meta rajdu zaczęła się o 22.30. Dlaczego tak późno? Ponieważ jeden z organizatorów – Tomek – stał bohatersko przez kilka godzin na mrozie w Kamionkach. Szymon Cegłowski znakomicie spisywał się w roli grajka. Zwycięzcy trasy sponsorowanej dostali w nagrodę plecaki, a laureaci drugiego miejsca – śpiwory, które ufundował sklep Robinson w Poznaniu – sponsor naszego rajdu. Ja się zastanawiałem, czy prezenty były od Robinsona, czy też od Mikołaja? Teraz już wiem, że Mikołaj roznoszący prezenty nosi nazwisko Robinson. W konkursie literackim chodziło o to, by z zadanych przez organizatorów słów ułożyć opowiadanie. Oklaskomierz się zepsuł, gdy gromkie brawa dostała zwyciężczyni konkursu – Ada. W konkursie kulinarnym brali udział wybitni mistrzowie sztuki kulinarnej, tj. Aga Koper, Borys, Łukasz Waszczuk, Kamil i jakaś dziewczyna, której imię pozostaje nieznane. Dodam od siebie, że przed rozpoczęciem konkursu Aga dała mi spróbować trochę makaronu z jakimś tajemniczym sosem. Poczułem smak chilli, kremu do golenia i szybko pobiegłem do toalety to wypluć i przepłukać usta. Zrobiłem kilka zdjęć śmiałkom, którzy odważyli się degustować potrawy przyrządzone przez halniackich mistrzów kuchni. Ich miny mówią same za siebie. Było jeszcze wiele konkursów, odśpiewanych piosenek. Nie dane mi było jednak w nich uczestniczyć, gdyż 20 minut po północy, zmęczony trudami dnia położyłem się spać. Później doniesiono mnie o przezabawnym konkursie dla organizatorów. Tomek i Piotr mieli odgrywać scenkę – dialog Babci z Kapitanem Sową przy użyciu zadanych słów. W końcu o pierwszej w nocy organizatorzy dostali blachy klubowe. Później nieoficjalna część mety trwała do białego rana.

Plotki głoszą, że najdłużej ze wszystkich bawił się Szy.

Niedziela, 07 grudnia 2008

Wstałem przed godziną ósmą, gdyż nie nastawiłem budzika. Na korytarzu był już duży ruch. Z powodu kolejki pod prysznic, postanowiłem się nie myć. Czas oczekiwania na wrzątek był stosunkowo długi, toteż pomagałem sobie niezawodną grzałką. Nie jest łatwo osiemdziesięciu osobom wyszykować się na drogę, gdy w schronisku jest jedna umywalka, toaleta i jedna kolejka do wrzątku. Tym bardziej, że pan obsługujący wrzątek jednocześnie podawał dania na śniadanie. Pamiętam, gdy siedziałem na fotelach przy wejściu do schroniska i co chwilę dzwoniło mi w uszach: „JAAAJCAA”. Nawet Grek Carlos skusił się na polską jajecznicę. Część osób wyszła na szlak już o 9:30, czyli zgodnie z planem.

Ja, niczym kapitan statku, opuszczałem swój pokój jako ostatni.

Zostawiłem w nim jedynie dużą butlę, w której poprzedniego dnia skończył się gaz. Miałem wyjść razem z organizatorami, jednakże 20 metrów za Zygmuntówką zorientowałem się, że nie mam kijków. Wróciłem po nie do schroniska, spotkałem Szy, któremu oddałem przykrywkę od menażki. Porozmawialiśmy chwilę przy samochodzie Szymona, którego poinstruowałem jak dotrzeć do Rybnicy Małej, a następnie, o godzinie 10:40, po zrobieniu paru fotek, wyruszyłem jako ostatni z halniaków do Srebrnej Góry. Szedłem dośc szybkim krokiem, gdyż po 10 minutach dogoniłem organizatorów, z którymi doszedłem do Zimnej Polanki (879 m n.p.m). Zastaliśmy tam odpoczywającą grupkę uczestników rajdu, którą, rzecz jasna, wyprzedziliśmy. Idąc marszem a’la Korzeniowski minąłem wieżę widokową na Kalenicy (964 m n.p.m.), aż doszedłem do Bielawskiej Polany, gdzie zrobiłem dwudziestominutowy odpoczynek. O 11:55, po posileniu się czekoladą ruszyłem w dalszą drogę. Zastanawiałem się, jak to możliwe, że rok temu w tym miejscu się zgubiłem. Wprawdzie szedłem wtedy po ciemku i bez kompasu, ale przecież szlak nie jest aż tak źle oznakowany. Po wyprzedzeniu kilku grupek, dotarłem na Przełęcz Woliborską o 12:40. Siedziały tam 4 osoby, w tym Kasia Durska i Crazy. Przy okazji zaczął padać mokry śnieg. Mimo zmęczenia, złej pogody, wyruszyłem w dalszą o drogę o 12:52, bowiem chciałem przed 15-tą dojść do Twierdzy Donjon w Srebrnej Górze. Oficjalny czas przejścia trasy z Zygmuntówki do Srebrnej Góry wynosił 5,5 godziny. Musiałem, zatem, się spieszyć. Po pewnym czasie minąłem Krzyśka z Agatą. Musiałem, jednak zrobić postój, gdy Szy zadzwonił do mnie, aby się dowiedzieć gdzie dokładnie jest chatka. Po 15 –tu minutach odpoczynku postanowiłem nadrobić stracony czas i biegłem tam, gdzie było to możliwe. Za górką odpoczywali Krzychu z Agatą, a ja pędziłem dalej. Tuż przed Srebrną Górą minąłem około dwudziestu osób, kroczących spokojnie w stronę Twierdzy Srebrnogórskiej.

Tak się spieszyłem, że na rozwidleniu, przy którym stał wielki szyld z opisem fortyfikacji skręciłem w niebieski szlak, zamiast iść dalej czerwonym. Skutek był taki, że o 14:40 zamiast pod Twierdzą, znalazłem się przy parkingu, z którego parę godzin później odjeżdżaliśmy.

Troszkę się wściekłem, gdy zobaczyłem szlak „Twierdza Don Jon 20 min.”.

Podszedłem nim pod górę, minąłem schronisko i postanowiłem skrócić sobie drogę wspinając się na przełaj. Po przedarciu się przez chaszcze i ciężkiej wspinaczce po stromym terenie znalazłem się pod twierdzą. Wszedłem na teren obiektu, gdzie parę osób siedziało i odpoczywało. Czekałem na resztę osób, które wyprzedziłem. Gdy nie zjawili się w ciągu 15 minut, zwiedziłem twierdzę sam. Na szczęście było jeszcze widno, toteż parę krajobrazów udało mi się uchwycić. Przed 16-tą byłem już w Schronisku PTTK Srebrna Góra. Wprawdzie kuchnia jeszcze nie działała, jednakże można było bezpłatnie zalać sobie wrzątek, z czego wszyscy skorzystaliśmy opróżniając nasze plecaki z owsianek błyskawicznych, zupek chińskich, herbatek, kaw, tudzież gorących kubków. Siedziało tam może 15-20 uczestników rajdu. W pewnym momencie zadzwoniła do mnie jakaś dziewczyna, mówiąc mi, że większa grupka osób siedzi w barze w centrum Srebrnej Góry.

Prosiła mnie, abym sprawił, że autokar zatrzyma się przed tym barem.

„OK., pogadam z kierowcą” – odpowiedziałem zastanawiając się, dlaczego z takimi sprawami ludzie nie dzwonią do organizatorów. Później się dowiedziałem, że zainteresowanym rozładowały się telefony komórkowe. O godzinie 17-tej opuściliśmy schronisko, docierając po kilku minutach w straszliwych ciemnościach (1 czołówka na 15 osób) na parking, na którym czekał na nas podstawione busy. Przejechaliśmy nimi przez całą Srebrną Górę. Okazało się, że reszta uczestników rajdu poszła na obiad do karczmy, która leży na drugim końcu Srebrnej Góry, a nie – w centrum. Zobaczyłem z okna autokaru pięćdziesięcioosobową grupkę stojącą na parkingu. Odjechaliśmy stamtąd o 17:30, a po około 15 minutach dojechaliśmy do Barda. Część osób zaopatrzyła się w piwo na drogę. Musieliśmy przejść kładką na drugi peron, jednakże niektóre osoby przeszły przez tory, czego robić nie wolno. Na peronie rozgrzewaliśmy się śpiewając.

W pociągu, do którego weszliśmy parę minut przed 18-tą, było tłoczno. Nie wszyscy od razu znaleźli siedzące miejsce. Ja siedziałem w przedziale z Konstancją.

Byliśmy tak zajęci rozmową, jedzeniem, spaniem

że zapomnieliśmy wziąć dane kontaktowe od osób będących na rajdzie. Gdy o 22:30 wysiedliśmy z pociągu w Poznaniu, część osób już się rozeszła. Z obolałymi plecami, zadowoleni, udaliśmy się do naszych domów, przy okazji obserwując wolontariuszy, kierujących turystów na Konferencję Klimatyczną ONZ, która w tych dniach odbywała się w Poznaniu.

Podsumowując, stwierdzam, że ten rajd był jak tanie wino: dobry i tani :-)

Michał Pilc

<< powrót

© 2008 - 2012 Akademicki Klub Górski „Halny” Poznań