Relacje

Rajd „Przebiśniegowy” zwany niekiedy nie wiedzieć czemu „Alkoholowym”
Gorce
07-09.03.2008

W piątkowy wieczór

(gwoli ścisłości: w zasadzie była to już noc) wsiedliśmy 20 osobową grupą do pociągu relacji Szczecin – Przemyśl i wraz z setką pozostałych podróżnych zgromadzonych na poznańskim dworcu jak zwykle sprawdziliśmy do jakich granic napełnić można wagon PKP klasy drugiej. Co więksi szczęściarze zdołali nawet cudem jakimś znaleźć miejsca siedzące. W typowej dla polskich kolei atmosferze upłynęła nocka z 7 na 8 marca, którą zakończyła pobudka w grodzie Kraka, do którego o dziwo nasz pojazd szynowy przybył o czasie. W osobówce do Zakopanego nastąpiły poważne podziały… na szczęście jedynie na tle (t)rasowym. Dłuższą drogę do wymarzonej Hawiarskiej Koliby (8h wg mapy w warunkach letnich) wybrało sześć osób: inicjatorka akcji Natalia oraz: Radek, Jeremy, Krzysiek (nowicjusz), Szymon (nowicjusz) i ja. Szlak ten rozpoczynał się w Rabce – Zdroju, w której wysiedliśmy około godziny 10.20 Pozostała część 20 osobowej ekipy (pod przywództwem Lucyny) wysiadła 20 minut później w Pyzówce i szlakiem niebieskim wyruszyła w kierunku Turbacza.

Żwawym krokiem minęliśmy urokliwe

uzdrowiskowe miasteczko i podążając za znakami czerwonymi pięliśmy się ku Maciejowej (nie jest to bynajmniej żona Macieja, a gorczański szczyt). Mordercze tempo, które od początku narzuciła Natalia, sprawiło iż mimo trudnych zimowych warunków skracaliśmy czasy podane przez autorów mapy. Od początku wyraźnie w tyle (wyraźnie, gdyż w ogóle w tyle za Natalia pozostawali wszyscy) szli nasi debiutanci czyli Szymon z Krzyśkiem. Zostali lojalnie uprzedzeni, jeszcze w osobówce do Zakopca, o tym, że trasa jest wymagająca, warunki są zimowe, a dzień jest krótki – wszak ruszamy przed 11, a mamy początek marca. W związku z tym tempo od początku musiało być duże. Niestety - szybko okazało się, że chłopaki mierzyli siły na zamiary, a nie zamiary na siły i wyszło jak wyszło… ale po kolei. Półgodzinny odpoczynek w niedużym schronisku i pora ruszać ku Starym Wierchom. Tam przerwa na oscypka i znów w drogę bo na Turbacz jeszcze 2h marszu. Około godziny 15.30 osiągnęliśMY ten najwyższy szczyt Gorców.

MY = przodowniczka trasy Natalia, Radek, Jeremiasz i ja, bo Krzysiek wraz z Szymonem zjawili się w schronisku około 45 minut później. Jak się okazało przyszli i tak szybciej niż grupa dowodzona przez Lucynę. Tempo mieliśmy bardzo dobre, wedle mapy powinniśmy dojść do Hawiarskiej przed zmrokiem – i to nas rozleniwiło - bigosik, żurek, piwko i nagle zrobiła się 17ta. Ruszyliśmy krokiem chybkim, szlakiem czerwonym w kierunku zielonego. Moja grupa powiększała się w najlepsze, jako że dołączył do nas kolega Debest – znawca traktu, którym kroczyliśmy. Lucyna wraz ze swoją grupą udała się jeszcze zdobyć Turbacz, a następnie ruszyli w pościg za nami. Zapadły ciemności(na szczęście nie te egipskie), a przed nami jeszcze spory kawałek – wiodący w dodatku przez ciemny zaśnieżony las. Na bieżąco dawaliśmy wskazówki „większej połowie” naszej grupy odnośnie tego którędy podążać i jakich błędów się ustrzec. Nie zazdrościliśmy im - była godzina 18ta, przed nami ze 2h marszu, a oni byli dobrą godzinę za nami. Gdy doszliśmy wreszcie do Polany Przysłop czyli miejsca gdzie odchodzi żółty szlak do Hawiarskiej Koliby, poczuliśmy dużą ulgę… mimo, że była godzina 20ta, a większość uczestników była na skraju wytrzymałości. Jak się po chwili okazało pierwsze wrażenie bywa złudne. Żółty szlak odchodził w dół i nagle się kończył. Tak samo jak kończyły się ślady obuwia, a pozostawały jedynie niespecjalnie nam przydatne odciski kopyt tamtejszej zwierzyny. Jako, że jedynie Natalia i ja mieliśmy czołówki (SKANDAL!!) oraz jako, że z ust co niektórych padały już propozycje wezwania GOPRu oraz skamlenie że śnieg naleciał do buta to nam właśnie przyszło brodzić po kolana w białym puchu przyglądając się we mgle każdemu drzewu w rozpaczliwym poszukiwaniu upragnionego żółtego paska. Nic z tego - nie ma ani na lewo, nie ma na prawo, trochę niżej tez nie ma… po prostu szlak zniknął jak kamfora (lub jeszcze prędzej). Wśród grupowiczów coraz większe zaniepokojenie.

Zapada noc. Robi się coraz chłodniej.

My od ponad 10 godzin na trasie… Decyzja - dzwonimy do kogoś z trasy 3 dniowej, która już dawno w schronisku. Organizatorki nie odbierają. Marysia też nie. W Hawiarskiej zasięg ma tylko Orange – w związku z tym dzwonimy do Chełki ;) Długo nie możemy się dogadać- ani z Grzesiem, ani z Romanem vel Wojciechem. Wreszcie, po długich wyjaśnieniach okazuje się, że oni przyszli szlakiem zielonym - tyle, że od drugiej strony (ze szczytu Gorc) i że kawałek dalej od miejsca, w którym się znajdujemy również odchodzi żółty szlak do Hawiarskiej (nie ma to jak jednoznaczność szlaków). Wraz z Natalią i Radkiem postanowiliśmy to sprawdzić… rzeczywiście - JEST!! Tryumfujemy po niemalże godzinnych poszukiwaniach. Wracamy, by oznajmić dobrą nowinę naszej wyczerpanej i zrezygnowanej „mniejszej połówce”, a tam wraz z nimi stoi już „większa połówka”, co razem daje całość lub stosując konsekwentnie przyjętą nomenklaturę - „cały komplet”. No to ruszamy prędko w dół. Jest niemalże 21sza. Oczywiście znaki żółte w okamgnieniu znikają, ale idziemy zgodnie z radą RomkaDobraRada po 3dniówkowych śladach butów. Natalia nawet rozpoznaje, że te dziury na lewo od butów to ślady Romusiowych kijków, „bo tylko on je stawia w ten sposób” ;) Krótko przed 22 docieramy wreszcie do celu… 11,5h, ponad 30 kilometrów.

Uczestnicy trasy 3dniowej

niezmiernie cieszą się na nasz widok… oczywiście nie dlatego, że za nami tęsknili czy martwili się o nasz los, lecz dlatego, że nareszcie można rozpocząć metę. Ciasna schroniskowa izba, w której odbywa się kulminacyjny punkt wyjazdu, jednoczy rajdowiczów. Konkurs krajoznawczy wygrywa tradycyjnie (i ponownie w pełni zasłużenie) duet Ch&Ch. Poza organizatorkami, czyli Magdą i Danką, Halniacką blachę otrzymuje także Michał Ciechelski za wieloletnie zaangażowanie w działalność na rzecz Klubu, a przede wszystkim za stworzenie nowej strony internetowej.

3 gitarzystów, nastroiwszy swe instrumenty, grało przez długie godziny nie pozwalając większości na oderwanie się od śpiewu i opuszyczenie sali. Niestety, nie do końca się to udało… podczas, gdy wszyscy dawali w szyję pewien tajemniczy szybiasz, wymknąwszy się uprzednio z metowego pomieszyczenia zbił w tajemniszych okolicznościach szybę od kominka znajdującego się na korytaszu. Sprawca po dzień dzisiejszy nie został zidentyfikowany. Wszelkich świadków tej szykody prosimy o zgłoszenie. Winny musi być odszykany i szykanowany, a ponoć jedynie tajemnicą poliszynela jest tożsamość winowajcy…

Większość z ponad 60 uczestników

wyjazdu w niedzielę schodziła jedynie do Ochotnicy, skąd autobus zabierał ich do Nowego Targu. Niemniej jednak znalazło się kilkunastu śmiałków, którzy wyruszyli na całodzienną (8h marszu) wędrówkę pasmem Lubania w kierunku Krościenka nad Dunajcem, skąd przed 19 miał nas zabrać PKS do Krakowa. Był wśród nas kolega o groźnie brzmiącym nazwisku Huk, który wbrew pozorom był uosobieniem spokoju i opanowania, a także mrówczej wręcz pracowitości, co udowodnił smażąc o świcie smakowite pączki na drogę. Mimo, że szlak był słabo przetarty to jednak dystans przebyliśmy sprawnie, co nie przeszkodziło nam upajać się po drodze śliczną, iście wiosenną pogodą.

W Krościenku byliśmy na tyle wcześnie

że zdążyliśmy zjeść obiad w barze, w którym pani nie życzyła sobie mieć Yeti w kuchni, do toalety chodziło się obok skwierczących na oleju schabowych, a chusteczki do mycia rąk nie wiedzieć czemu szarzały… Godzinny korek na „Zakopiance” sprawił, że ledwo zdążyliśmy na pociąg w Krakowie. Nocka w przedziale upłynęła w przyjemnej, bucianej „atmosferze”. Na szczęście wszyscy to jakoś znieśli i o 5.55 wysiedliśmy w komplecie na peronie nr 4 poznańskiego dworca.

Jędrzej Stańczak

<< powrót

© 2008 - 2012 Akademicki Klub Górski „Halny” Poznań