Relacje

Rajd „Na Przekór”
Malá Fatra, Słowacja
07-11.11.2008

Ach! Jak ja lubię długie łykendy…

a pewnie nie tylko ja ;-) A więc tak… Na przekór listopadowo-jesiennej aurze, 7 listopada - po 2 w nocy, wparowałem na dworzec… czekał już na mnie ciapąg z Poznania, do którego wlazłem i dołączyłem do, uwaga, AKG „Halny” z Poznania :-D Razem ruszyliśmy na podbój Małej Fatry… W Katowicach przesiadka, jazda do Żywca, a stamtąd wynajętym autobusem do Rajeckiej Lesnej…

Zacząłem żałować, że nie wziąłem ze sobą

okularów przeciwsłonecznych ale nie można mieć wszystkiego ;-) Na trasę ruszyliśmy późno, dopiero około 12… Pierwsze trudności na masakratorskim podejściu pod Hnilicką Kyczerę. Na szczycie zaskoczyła nas książka pamiątkowa schowana w metalowyej skrzyneczce… w Polsce długo by w takim miejscu nie poleżała :-S ale trza iść dalej… Około 16 zaczęło się ściemniać, a my jeszcze daleko od schroniska, wyciągamy więc czołówki…

Parę osób zostało trochę z tyłu

więc gdzieś za Horną Luką czekamy na nich… i nagle światło latarki, ktoś daje nam znaki… Odpowiadamy i idziemy w kierunku światła… Okazuje się, że to ratownik z Horskiej Służby, przyszedł nam na „ratunek” (a było około 1 :-D) Po rozmowie z nim okazało się, że wolał po nas wyjść, bo po luczańskiej części Małej Fatry grasują niedźwiedzie i bali się o nas, miło z ich strony :-D Ratownik zwał się Andriej, najsmutniejszym polskim filmem wg niego jest „Katyń”, no i ponoć był przystojny, a ogólnie to i całkiem sympatyczny…

Za Vielką Luką (najwyższy szczyt luczańskiej części, 1475m) zeszliśmy ze szlaku grzbietowego i udaliśmy się na pierwszy nocleg, do Chaty Martinske Hole - bardzo przyjemnie, chociaż bardziej przypominało hotel niż schronisko… ale wrzątek był za darmoszkę (!) (a piwko za 30 koron) :-D

Ranek przywitał nas przepiękną pogodą, bardziej letnią niż jesienną… Wróciliśmy na grzbiet i przez Minczol dotarliśmy do Streczna… Zamek Streczno obejrzeliśmy jeno z dołu, gdyż wcześniejsi wysłannicy powiadomili nas, że zamek jest nieczynny… Przepięknie się prezentował dumnie spoglądając na przepływającą u jego stóp rzekę Wag… Po przejściu przez most na Wagu weszliśmy w część krivańską do Starego Hradu jednak zawitaliśmy - świetne ruinki i niezapomniane widoki, a do Chaty pod Suchym doszliśmy znów po ćmoku. W tym schronisku ni ma prądu, ani prysznica, woda jest, li tylko zimna - jednym słowem bardzo klimatycznie :-D Tutaj piwo troszkę droższe… 'aż' 35 koron, a woda w butelce 30 :-D

Ja się raczyłem wodą z kranu ;-)

i nastąpił kryzys dnia trzeciego… Ale kryzys ten miała pogoda - w nocy padało, z rańca przywitała nas mgła, a nawet raz zagrzmiało… ale nic nas nie zmusi do pozostania w schronisku ;-) Ruszyliśmy z kopyta na szlak graniowy… Po kolei mijaliśmy Suchy (1480 m), Mały Krivań (1670 m), Wielki Krywań (1709 m, szkoda, że widać było jedynie mleko…), a później się podzieliliśmy - część nie chciała już dłużej znosić wiatru i mgły i poszła w dół, do schroniska, a ja nie dałem za wygraną i poszedłem z Kierowniczką dalej granią przez Chleb i Południowy Gruń…

No i wytrwałość została nagrodzona

chmurzyska się rozeszły i ukazały się góry. Ach! i och! Mógłbym się wiecznie w te widoki wpatrywać… Piękno jednak bywa przemijające, spłynęła zasłona ciemności, a schronisko jest w dole… Zejście, a raczej zjazd, było tragiczne - nachylenie 45-50 st., błotko i rajdy „dupne”, ale klimat Chaty na Gruni niezapomniany… Kofola i browar lały się strumieniami… każda wizyta przy barze stawała się wielką przyjemnością, ze względu na barmana, który wyglądał jak czeski piłkarz ;-) Zagadywał do każdego, opowiadał kawały i sprzedawał tańszą Kofolę :-D

Ostatniego dnia łazikowania słoneczko ciepło się uśmiechało

a chmury widać było tylko z daleka… Podejście wczorajszym zejściowym szlakiem na grzbiet okazało się prostsze jak zejście… i znów te widoki! Pięknie! :-D Widok na Wielki Rozsutec, na Stoha (sam wierzchołek skąpany w chmurach, niczym jakiś Olimp ;-)), na Chleb i w ogóle na wszystko ;-)

Kusiły mnie strasznie

Wielki i Mały Rozsutec (pseudonimy operacyjne: Rozsutki lub Rosomaki), ale wybrałem zamiast nich Diery… No i nie pożałowałem - super sprawa i trochę adrenalinki… Można połazić po drabinkach, podziwiać spadającą wodę i walczyć o przetrwanie w zalewającej fali liści ;-)

W drodze powrotnej zawitałem jeszcze raz do Chaty na Gruni, wypiłem Kofolę i jak zwykle po ćmoku, zalazłem na Metę do Chaty Vratnej, gdzie szykowała się impreza zakończeniowa… Udział w niej (i w całym rajdzie) brało około 90 ludzi (ale na szlaku nie było widać tych tłumów, chociaż spotkać tam Słowaka to prawdziwy sukces ;-)).

Po krótkiej nocy trasa Żywiec - Katowice - Wrocław, no i koniec rajdu… Ale już niedługo następny. Łącznie, w 4 dni, przelazłem ok. 70km, wypiłem tonę piwa, pojadłem troszkę słowackich specjałów, poznałem ciekawych ludzi kochających góry, no i po raz ostatni wydałem słowackie korony, z którymi za 1,5 miesiąca się żegnamy.

Tomek Bernaś

<< powrót

© 2008 - 2012 Akademicki Klub Górski „Halny” Poznań