Relacje

Rajd „Na Przekór”
Malá Fatra, Słowacja
07-11.11.2008

Relacja z trasy „Przesunąć horyzont”

Jechaliśmy jak zwykle „Przemyślaninem”

godzina wyjazdu: 23.45. Dzięki zapobiegliwości orgów mieliśmy zarezerwowane kilka przedziałów, rzecz nieoceniona przed długim weekendem. No ale w końcu czekała nas ciężka wędrówka, więc potrzebowaliśmy tej odrobiny komfortu. W Katowicach musieliśmy się przesiąść na pociąg do Żywca, skąd czekały nas jeszcze ze 3 godziny jazdy autobusem. I tak dojechaliśmy w końcu do miejsc, z których wyruszaliśmy na szlaki. Najpierw wysiadła trasa „Graniowa”, a potem zostali już tylko odważni na trasę „Przesunąć horyzont”, która, jak wiadomo byłą trasą wyścigową, stawką zaś były nie tylko jakieś tam nagrody, lecz przede wszystkim zyskanie sławy, tudzież opinii największego twardziela w klubie.

Na szczęście grupa składała się nie tylko z cyborgów

jak np. powszechnie znany i podziwiany Jakub W. Było tam także kilkoro normalnych ludzi, którzy czasówki mapowe wyprzedzali zaledwie o 50%, co pozwoliło mi w tej grupie przeżyć. Tak więc wyrzuceni z autobusu (a tak się miło jechało…) ruszyliśmy do miejsca przeznaczenia. Trasę na ten dzień mieliśmy zaledwie pięciogodzinną, więc szło się zupełnie bezstresowo. Najpierw ruszyliśmy na szczyt zwany Klak. Po dojściu tam nikt nie zabawił długo, bo strasznie wiało. Grupa oczywiście szybko podzieliła się na tych, co szli normalnie, trochę wolniej niż normalnie, trochę szybciej niż normalnie i na tych, co doszli chyba jeszcze zanim wyruszyli… (wiecie wszyscy, o kim mówię…). Tak więc po zejściu z wietrznego szczytu ruszyliśmy w dół, mijając po drodze kilka interesujących skał, na których fajnie było posiedzieć i pogapić się w dal. Do schroniska zeszliśmy już po zapadnięciu zmroku, gdzie już wyczekiwał nas niespokojnie nasz nieoceniony Jan (czyli Łukasz), kierownik trasy i jeden z organizatorów. Jan udowodnił, że jak najbardziej zasługuje na blachę: był do tego stopnia zatroskany o uczestników, którzy jeszcze nie doszli, że chyba ze 4 razy przeszedł połowę trasy, aby zobaczyć, czy już idą. Nocleg był bardzo komfortowy (Słowacy nie bardzo kumają o co chodzi ze spaniem na podłodze i, prawdę mówiąc, nie zawsze mam im to za złe). Spaliśmy więc sobie w łóżeczkach, które nawet miały pościel, po tym jak każdy sobie coś niecoś łyknął w barze „na lepszy sen”.

Dzień następny to był już koniec żartów

naszym celem była Velka Luka. Wiele już z tej trasy nie pamiętam, tylko tyle, że szło się raczej przyjemnie, mimo wiatru, raz w górę, raz w dół. Szliśmy, pojadaliśmy czekoladę, popijaliśmy herbatkę i nawet nie wiadomo kiedy znaleźliśmy się na Velkiej Luce, szczycie dość płaskim i rozległym. Stamtąd było już bardzo blisko do schroniska, które okazało się potężnym gmachem w pobliżu wyciągu narciarskiego, oczekującym zapewne niecierpliwie na sezon narciarski. Tutaj również spędziliśmy miły wieczór, niektórzy nawet potańcowali podobno, do czego wcześniej gorąco zachęciła ich właścicielka lokalu.

Dnia następnego, a była to niedziela

połaziliśmy trochę górami, aby następnie zejść do Streczna, gdzie mieliśmy sobie zwiedzić zamek. Zamek ten niestety był nieczynny, ponieważ było już po sezonie. Porobiliśmy więc sobie fotki przed bramą oraz dookoła murów zamkowych i ruszyliśmy w kierunku miasteczka. Po drodze zjedliśmy obiad w niezbyt klimatycznej knajpce przy wyjeździe z miejscowości. Następnie zaś ruszyliśmy do Chaty pod Suchym – miejsca gdzie mieliśmy zanocować. Po drodze obejrzeliśmy ruiny zamku Hrad. Świetne miejsce do łażenia i wspinania się, a z ocalałych okien roztaczał się piękny widok na rzekę Wag, góry i niestety szosę. Następnie ruszyliśmy w górę, mieliśmy tego dnia do zrobienia sporo przewyższenia. W zapadającym mroku minęliśmy małą kapliczkę z zapaloną lampką. Zastanawiam się, komu się chciało wchodzić tak wysoko, żeby tą lampkę zapalić… Ale widok był krzepiący. Do Chaty pod Suchym doszliśmy po ciemku. To miejsce miało już bardziej „schroniskowy” klimat. Nie było światła ani prysznica. Było za to dobre piwo z sokiem pomarańczowym. Lecz naszą uwagę i tak pochłaniało przede wszystkim to, co miało nastąpić dnia następnego: wyścig. Kierownik trasy, nasz Jan kochany, postanowił, że będziemy stratować w drużynach mieszanych i każdy będzie sobie losował partnera. W ten sposób nabrało to więcej sensu, inaczej można by było z góry przewidzieć, kto wygra. Było to na pewno dla niektórych zaskoczenie, a może nawet przykra niespodzianka, ale co to za sztuka, wygrać wyścig jeśli idzie dwóch cyborgów? Mimo to serdecznie współczułam mojemu partnerowi :-), bo pewnie wiedział, że może być źle, ale nie sądził, że aż tak źle. No i następnego dnia rano zaczęła się walka na śmierć i życie… Jan wypuszczał nas w odstępach 15 minutowych, żebyśmy się nie pozabijali. W sumie było nas 6 albo 7 drużyn? Jakoś tak. My z Bartkiem wychodziliśmy ostatni. Szliśmy utrzymując dobre tempo, mimo, że na grani wiało straszliwie, po prostu nie szło w pewnych momentach utrzymać pionu… Takiego wiatru chyba wcześniej nie miałam w górach. Było też sporo błotka i mgła. Szliśmy jednak dzielnie, mijaliśmy kolejne punkty jeden po drugim i w końcu doszliśmy do Poludnovego Grunia, gdzie spotkaliśmy Halniaków z tras czterodniowych. Trochę się pogadało i przekonywali nas, że do schroniska na Gruni, które było jednym z ostatnich etapów naszej trasy jest już bardzo niedaleko. Trochę się zdziwiliśmy, że trasę 10 godzinną przeszliśmy raptem w 4h, no ale w końcu to wyścig, no i w ogóle…

Heh, taaa, trzeba było wtedy zerknąć na mapę

czego nie zrobiliśmy niestety. Zdopingowani przez Halniaków ruszyliśmy w dół ze słonecznego zbocza żółtym szlakiem. Kiedy już zeszliśmy dobre 400m, zaczęły się budzić we mnie poważne wątpliwości, czy aby na pewno nie trzeba było iść czerwonym szlakiem dalej, a nie już złazić. No i po zbadaniu mapy musieliśmy z Bartkiem stwierdzić z żalem, że zeszliśmy za wcześnie, opuszczając ogromny kawał trasy. Chociaż może i dobrze się stało, bo Bartek miał poważnie nadwerężoną kostkę. No i po godzince pałaszowałam już w Chacie na Gruni bryndzowe halusky, przysmak słowacki, jakby ktoś nie wiedział: lane kluski ze stopioną bryndzą i skwarkami. Mój biedny partner stracił apetyt z poczucia porażki, ja oczywiście, jako przeciętny zjadacz chleba, nawet nie byłam w stanie mu współczuć, bo mi było prawdę mówiąc wszystko jedno, kto wygra, najważniejsze było samo wzięcie udziału. W Chacie na Gruni spotkaliśmy Monikę, drugiego organizatora. Powiedziała, że niestety nie może z nami posiedzieć, bo musi iść już do Chaty Vratnej, znajdującej się o jakieś pół godziny dalej, aby zdążyć wszystko przygotować do mety, no i znaleźć się tam przynajmniej na godzinkę przed zwycięzcami wyścigu. Pomyślałam, że to przesada, bo chyba aż tak szybko nie przyjdą, najszybciej za 2 godziny można się ich spodziewać. Nie dokończyłam jeszcze tej myśli (kiedy jem, myślę wolniej :-)), kiedy przez pejzaż śmignął Kuba W. i jego partnerka!

Szli dziarsko, jakby dopiero się rozgrzewali

mimo, że mieli przecież za sobą bardzo forsowne przejście. No, to chyba i tak byśmy nie wygrali, nie ma szans… Kiedy zjadłam, ruszyliśmy i my do Chaty Vratnej, Bartek zgnębiony, ja wesoła, bo najedzona. Zwycięzcą wyścigu nie okazała się jednak drużyna Kuby, ale duet Sabina-Grzesiu. Nic dziwnego: Sabina studiuje ze mną, a Grześ pochodzi z mojej miejscowości – coś w tym jest, jakaś tajemnicza zależność? Okazało się, że szli oni bez wytchnienia, nawet nie zatrzymując się oby coś zjeść – okropność! No i wygrali, pozostawiając drugie miejsce Justynie i Marcinowi, a trzecie Kubie i Agnieszce. No a potem, to już chyba wiecie jak było: meta, wygłupy, wzruszający moment przekazania jakże zasłużonych blach… I śpiewająco-grający powrót do domu w elitarnym wynajętym wagonie (na gitarze grali Szymon i Jarek, to chyba nie trzeba mówić jak było).

Ola Popiołkiewicz

<< powrót

© 2008 - 2012 Akademicki Klub Górski „Halny” Poznań