Relacje

Sylwester Klubowy
Szklarska Poręba
27.12.2007 - 01.01.2008

Świeże sylwestrowe wspomnienia

Szklarska Poręba Halniaków gościła już niejeden raz. Jako, że zawsze wydawała się być z tego faktu ukontentowana i nad wyraz łaskawą dla nas była to i w tym roku postanowiliśmy skorzystać z jej poświąteczno - sylwestrowo - noworocznej gościny.

Czwartek

Godzin ledwie 6 po zakończeniu Bożonarodzeniowego obżarstwa stawili się na dworcu Poznań Centralny pierwsi śmiałkowie. Ochoczo zajęli ostatnie siedzące miejsca w pociągu relacji Poznań Gł. - Szklarska Poręba Górna. Jako, że PKP i świetna zabawa to dwa nierozerwalne pojęcia niczym babcia i dziadek albo Halny i świetne wyjazdy, to nie inaczej było i tym razem. Samodzielne sprawdzanie biletów czy też pasażer palący papierosa jednocześnie na korytarzu i na wałbrzyskiej przyprószonej sniegiem trawce to tylko niektóre z nich. Z zaledwie półgodzinnym spóźnieniem dotarliśmy do celu, prędko doszliśmy z dworca do schroniska i aby nie tracić ani chwili około godziny 15tej wyruszyliśmy 7 osobową grupą (Marysia, Kasia, Lucyna, Edyta, Piotr & Marcin Skrobichowie no i ja) w kierunku Hali Szrenickiej. Bez obiadowego pożywienia się, po ciemku i w asyście ratraków, których światła przebijały się od czasu do czasu przez mgłę dotarliśmy zziębnięci do upragnionego schroniska. Tam posililiśmy się bądź to zupką pomidorową, bądź to naleśnikami, wzmocniliśmy „Naszym Książem” i pełni werwy oraz animuszu ruszyliśmy w drogę powrotną. Odcinek ten umilaliśmy sobie jak mogliśmy - a to nacierając się śniegiem, a to podstawiając komuś nogę, a to strasząc kogoś w ciemnościach. Trzeba przyznać otwarcie - specyficzny był to sposób sprawiania (sobie) przyjemności. Co niektórzy (=Cinuś) dodatkowo nieprzerwanie od samego rana opracowywali gigantyczną pizzową strategię, która wkrótce przyniosła spodziewane rezultaty i 64 centymetrowy mączny olbrzym rodem z Włoch (mimo, że ze Szklarskiej) musiał uznać naszą supremację. Około północy dotarli kolejni uczestnicy halniackiego wyjazdu, w tym doktor Rożek potrafiący znaleźć ściany o dobrym „fengszui”, co z kolei czyni je przydatnymi w procesie odkorkowywania winnych butelek. Byłbym okropnym niewdzięcznikiem, gdybym nie wspomniał jeszcze, iż wieczór umilał nam gitarowy duet w składzie Lucyna & Marysia.

Piątek

Drugiego dnia postanowiliśmy zmierzyć się z nartami biegowymi. Dla wielu z nas (w tym dla mnie) były to pierwsze kroki (czasem ślizgi, a nawet wywrotki) z udziałem tego typu sprzętu ruchomego. Okazało się, że w odróżnieniu od niektórych studentów Politechniki problemów w kroku (tym biegowym) nie mieliśmy. Więcej trudności nastręczyło nam skręcanie i jazda krokiem łyżwowym. Dzięki wielkiej determinacji (a nie umiejętnościom- bez urazy ;) dotarliśmy wzmacniając się raz po raz nalewką z pigwy (tą mniej smaczną, gdyz ta smaczniejsza skończyła się w okamgnieniu) do schroniska Orle i dalej do Chatki Górzystów, gdzie nie mogliśmy odmówić sobie skosztowania biszkoptowych naleśników pokaźnych rozmiarów (specjalność zakładu). Do Jakuszyc powróciliśmy przed godziną 17tą podziwiając od czasu do czasu narciarski kunszt tzw. Wiktora. Straty energetyczne uzupełniliśmy w tzw. „peerelu”, gdzie pani kelnerka podkreślała swoją nieprzeciętną urodę równie wyjątkowym strojem (kompozycją odblaskowego dresU adidasU i krawatU). Po powrocie do Wojtka czekał na nas świeżo przyjechany Wojtek wraz z Chełkami obydwiema oraz Martą, która w nie najlepszej kondycji była. Jednak nie ich przyjazd był najatrakcyjniejszym wydarzeniem tego wieczoru. Był nim popis Piotrka Skrobicha, który pozazdrościł Rożkowi jego zeszłodniowych nadprzyrodzonych umiejętności i zbyt dosłownie podszedł do kwestii otwarcia wina. Postanowił on uwolnić ów zacny trunek nie tylko standardową drogą szyjną, ale wyswobodził go zupełnie ze szklanego więzienia zalewając przy tym pół pokoju, rozbryzgując butelczany budulec po całej podłodze i co najgorsze kalecząc poważnie swą winną dłoń. Na szczęście całe zamieszanie udało się szybko opanować, a i dłoń ponoć goi się sprawnie.

Sobota

Sobota... a skoro tak to pora na zjazdówki... a skoro zjazdówki to przecież Czechy... a skoro... i tak dalej - rzecz w tym, że około 9.00 wylądowaliśmy (po błyskawicznej podróży busem, którego kierowca, jak się okazało, ma konszachty z samym św. Michałem oraz Lucyferem) w przygranicznym Harrachovie. Szybka wizyta w kantorze, następnie w wypożyczalni i przed 10tą gotowi byliśmy stawić czoła Certovej Horze. Jak to przy sobocie -> ludzi mnóstwo, a z racji lokalizacyjnej bliskości Polaków oczywiście najwięcej. Stoki dobrze przygotowane, choć miejscami nieco oblodzone (czego rezulaty czuję po dziś dzień (3stycznia na kalendarzu widnieje, gdy piszę słowa te)), ale ogólnie jeździło się bardzo przyjemnie. Tym bardziej, jeśli komuś udało się kupić całodzienny karnet ponad 3 krotnie taniej niż w kasie... i gwoli wyjaśnienia nie byłem to ja lecz Pani Sekretarz Lucyna, czym rzecz jasna zepsuła mi humor na resztę szusowania ;). Ostra jazda (czasem również bolesna) trwała do samiutkiego końca czyli do godziny 16tej, po to by po wszystkim móc spojrzeć sobie w twarz i powiedzieć szczerze: „Wyjeździłem/am 545 korony”. Niektórzy mieli prościej, bo wystarczyło, że wyartykułują: „Wyjeździłam 150 koron, bo oszukałam poczciwego pana, mówiąc mu, że więcej w portfelu nie mam”. Niby zdanie dłuższe, ale sprawić by było logiczną jedynką dużo łatwiej. Tak czy inaczej późne popołudnie spędziliśmy w Bistro Sommer, które miało klimat typowej czeskiej pijalni piwa (choć niezbyt zaludnionej). Pani kelnerka klęła coś pod nosem za każdym razem jak zbliżała się do naszego stolika, ale my zupełnie się tym nie przejmowaliśmy zamawiając kolejne Gambrinusy. Krótka wizyta w sklepie i w rezultacie 2 Tuzemaki w plecaku zwieńczyły ten czeski dzień. Wieczór przy szklaneczce rumu, przy grach i na rozmowach upłynął nadspodziewanie prędko...

Niedziela

Niedziela to znów biegówki. Jedni chcieli spróbować swych sił po raz pierwszy (świeżo przybyła Kamila), inni wybrali opcję ekonomiczną wydawszy majątek na harrachovskich zjazdówkach (ja). W ten sposób o godzinie 10 znaleźliśmy w zaprzyjaźnionej jakuszyckiej wypożyczalni nart, w której brak jakiejkolwiek elektryczności, a po zmroku obsługa „ratuje się” lampą naftową. Chwilę po wyjściu z kompletem biegówkowym musiałem ponownie odwiedzić dopiero co opuszczony budynek w celu wymiany złamanego kija. A złamanie to powstało za sprawą Ani Chełkowskiej, która, wpadła na świetny pomysł, aby przewrócić mnie, gdy w pełni przywdziałem sprzęt biegaczy. Jak sie okazało dzień później był to dopiero początek serii ;) Do Orlego trasa bardzo dobrze znana, od jednego upadku do upadku, ale wszyscy prędzej czy później dotarli do celu. Na miejscu grzane winko, jak zwykle kupa śmiechu, jak zwykle groźne miny Kamili i pora ruszać dalej. Inaczej niż dwa dni wcześniej, ruszyliśmy z Orlego na południowy zachód ostro pod górę. Minęliśmy Gozdowskie Skały jak i te Kozie. Podczas jednego z postojów, za sprawą Przemka oraz Wojciecha, zwanego także Romusiem, Kamila została deportowana zagranicę. Próba deportacji Lucyny zakończyła się dla deportujących bolesnym (dosłownie) niepowodzeniem. Po tych jakże sympatycznych zabawach „pobiegliśmy” w stronę Polany Jakuszyckiej nieczynną linią kolejową, która Przemkowi niespecjalnie przypadła do gustu, sądząc po tym jakie odgłosy wydobywały się z jego stomatologicznych ust. Przed 16 dotarliśmy na miejsce, zdaliśmy sprzęt i wyruszyliśmy w podróż powrotną do Szklarskiej z „naszym busiarzem”. Było to bardzo pouczające 20 minut, podczas których dowiedzieliśmy się, że Czesi nie są już Czechami lecz zniemczonymi słowianami, a gdy jedzie Toyota to wiadomo, że prowadzi ją idiota. Bardzo polubiłem tego kierowcę. Myślę, że podobnych mi entuzjastów znajdzie się więcej. Gdyby ktoś był akurat w Szklarskiej, potrzebował transportu, a przede wszystkim był żądny wiedzy (w zasadzie na każdy temat) podaje numer: 605-348-536. „...to prywatne przedsięwzięcie, można dzwonić o każdej porze...”, że tak zacytuję naszego faworytnego szofera zachęcając Was do skorzystania z jego nieprzeciętnych i zapadających w pamięć usług. Nieco później, bo około godziny 21, miało miejsce inne godne uwagi wydarzenie. Otóż Marta, Przemek oraz Chmielu postanowili wracać z miasta taksówką jako, że w wieku są już podeszłym, a ich nogi strasznie się tego dnia napracowały. Gdy podjechali pod „Wojtka” właśnie Wojtek wyskoczył z taksówki i pożegnał się z Martą słowami: „To co Marta, zapłacisz.” Było to rzecz jasna stwierdzenie, a nie pytanie. W ślad za Chmielem wyskoczył roześmiany Chełka, który chwilę wcześniej na moment zdębiał. Nie muszę chyba dodawać, że tego wieczoru Marta nieszczególnie łaknęła ich towarzystwa...

Poniedziałek

W poniedziałek mało kto zdołał się zwlec z łóżka o przyzwoitej porze - wszak to Sylwester i należy się wyspać przed całonocnymi tańcami, hulankami i swawolą. Aby się zbytnio nie zmęczyć postanowiliśmy udać się na kilkugodzinny spacerek na Łabski szczyt (znany niektórym jako Łabi szczyt). Jednakże potraktowaliśmy przyświecające nam motto „Nie zmęczyć się” zbyt dosłownie i samo dojście do centrum zajęło nam grubo ponad 1,5h. A to wizyta w sklepie po „Kubusia”, a to w sklepie papierniczym, żeby skompletować strój na wieczór, a to zakup „jabłuszka” zwanego „dupozjazdem” (albo odwrotnie), a to bankomat-mówiąc krótko i delikatnie tempa nie mieliśmy rewelacyjnego. Dlatego też zweryfikowaliśmy nasze plany i celem wędrówki stała się ponownie Hala Szrenicka (tym razem za dnia jasnego). Po drodze więcej było oczywiście rzucania się śniegiem, nacierania się, przewracania niż marszu właściwego. Cała trasę na górę byłem zaciekle atakowany, głownie przez Anię i Kamilę. Jednakże prawie żadna z ich prób nie była udana... do czasu... ale po kolei... Gdy wreszcie dotarliśmy do schroniska, gdy wreszcie odstaliśmy 30 minut w kolejce do bufetu przyszło nam poczekać jeszcze na wydanie zamówionych ciepłych posiłków. Jak się okazało nie wszystkim było dane doczekać się upragnionej zapiekanki. Po 20 minutach czekania, gdy inni już skonsumowali co do spożycia posiadali postanowiłem zapytać bardzo odważnie „peerelowską” panią z kuchni prezentującą się od czasu do czasu szerokiej skolejkowanej publiczności w gustownej podomce również pamiętającej jeszcze „tamte” czasy czy moja zapiekanka się „robi” właśnie, czy może (co bardziej prawdopodobne) odeszła w zapomnienie. Jedyne czego się dowiedziałem brzmiało mniej więcej tak: „Nieewieeeem”. W związku z tym chwyciliśmy wraz z Przemkiem stojącą na ladzie od ładnych kilku minut fasolkę po bretońsku oraz bigosik i przystąpiliśmy do konsumpcji tego co udało się wywalczyć. Widać taki panuje system wydawania jedzenia w schronisku na Hali Szrenickiej. Myślę, że nie jest to rozwiązanie godne rozpowszechnienia. Dzięki naszemu kapitalnemu tempu „wspinaczki” zrobiła się godzina 15 i również godzina, tyle, że do zmroku. Postanowiliśmy ruszyć w dół wykorzystując do tego zakupione kilka godzin wcześniej, wspomniane już „jabłuszka”. Zanim zdążyłem przejechać więcej niż 2 metry miał miejsce atak... brzemienny w skutkach atak. Otóż Ania Chełkowska, trzymając w jednej ręce jabłuszko, w drugiej porcję śniegu zaadresowaną moim imieniem zbliżała się prędko w stronę mą. Bardzo prędko, bo okazało się, że miała na tyle dużo czasu, że zanim dostałem lodowatą porcję na twarz, zdążyła mnie jeszcze precyzyjnie uderzyć kantem swego przyrządu zjazdowego w nos. Po chwili pojawiły się pierwsze krople krwi, które nie ustąpiły przez następnych 20-30 minut. Ani zrobiło się chyba naprawdę głupio, co rzecz jasna poprawiło (nieznacznie, ale zawsze) mój humor. Na szczęście zostałem fachowo opatrzony przez prawie lekarza (czy też lekarkę) Kamilę i mogłem kontynuować zjazd nie mając za to już dziwnym trafem ochoty na dalszą część „śnieżnych zabaw”. Od razu powstało parę pseudonimów, np. „blizna” czy też „szrama”, jednak jak się okazało wieczorem podczas zabawy sylwestrowej - dla niektórych były one zbyt trudne do skojarzenia i przez Romusia nazwany zostałem „skarpą” ;). Zakupy sylwestrowe zrobiła Marysia z Kasią oraz Witkiem Urbanowiczem, za co oczywiście należą im się po raz kolejny wielkie podziękowania. Chwilę po 18tej przystąpiono do wytężonej pracy w kuchni, w czasie której powstały sałatki, kanapki i inne pyszności, tak by żaden z ponad czterdziestu uczestników sylwestrowej zabawy nie mógł powiedzieć, że dla niego nie starczyło. Zabawa zaczęła się chwilkę po 21 od prezentacji roślinnych przebrań. Największy aplauz (poza „Wszystkimi innymi”) zebrał „Kompost”, który notabene kompostem wedle zamysłu autora (Szy) nie był. Podobał się również Przemek jako „Pleśń” (interpretacja również podrzucona przez publiczność), na wyróżnienie zasłużyła także Marta i jej „Bluszcz”. Najlepsi otrzymali bardzo cenne nagrody od zarządu i króciutką, oficjalną część Sylwestra można było zakończyć. Rozpoczęły się tańce, jedzenie i picie tego i owego... gdy nastała północ wszyscy opuścili budynek schroniska i składali sobie życzenia popijając szampana na pobliskim stoku. Po chwili zaczeły się znów w najlepsze zabawy na śniegu. Nikt nie był suchy, nikt nie pozostał nienatarty. Kolejna godzina poświecona została na „wyjeżdżenie” 5zł wydanych na jabłuszka, co rano okazało się niezbyt korzystne dla kierowców, którzy zaparkowali swe auta u dołu drogi, z której pruliśmy niczym błyskawica (albo błyskawice). Zabawa trwała prawie do białego rana, „prawie”, gdyż o tej porze roku białe rano robi się na złość tym wytrwałym późnym ranem. Niemniej jednak dopiero po 5tej zamilkły takty tanecznej muzyki, przy której większość tak świetnie się bawiła. Większość, a nie wszyscy bo np. Marta przynajmniej jedną chwilę (upadku za „czyjąś” sprawą) z tańcowania wspomina zapewne trochę gorzej...

Wtorek

Nowy Rok, pobudka przed 10tą = skandal, ale co zrobić - pora się pakować, posprzątać pokój i w drogę, o 14.40 pociąg z Górnej. Szybki obiadek w centrum i o 14 stawiliśmy się na dworcu by zająć miejsca siedzące. Okazało się to być strzałem w dziesiątkę, bo miejsc w wagonach nie było już po wyjeździe ze Szklarskiej. Jelenia Góra pogorszyła sytuację do stanu beznadziei, Wałbrzych i godzinny w nim postój wprowadził do wnętrza aż 4 wagonowego noworocznego składu stan klęski i totalnej rozpaczy. Kolega Chełkowski zaproponował wówczas rozpoczęcie ogólnopolskiej akcji pod hasłem „Kalendarz dla PKP” tak by pracownicy tejże firmy zorientowali się, iż Nowy Rok nie jest świętem ruchomym, jak zapewne sądzą puszczając w taki zwykły dzień jak 1 stycznia co najmniej dwa razy za krótki skład. Z ciekawych wydarzeń należałoby jeszcze wspomnieć wsiadanie i wysiadanie oknem we Wrocławiu czy też przepełniony, obleśny i zapchany wagonowy kibel, do którego każdy w sposób zauważalny dodawał, że się tak eufemistycznie wyrażę, „swoje 3 grosze”. Umilając sobie czas grą w Quoridor, tysiąca czy Batumi przejechaliśmy 323 km w czasie 9h, co jest świetnym wynikiem, szczególnie jak na kraj, który za nieco ponad 4 lata ma organizować Mistrzostwa Europy w piłce nożnej. Jak dobrze, że kolejny Sylwester to kwestia tylko 1 roku... no właśnie, ale czy na pewno „tylko”...

Jędrzej Stańczak

<< powrót

© 2008 - 2012 Akademicki Klub Górski „Halny” Poznań