Relacje

Rajd „Sudety”
Góry Bystrzyckie, Góry Orlickie
13-15.04.2007

Sobota

Kompletnie niewyspani, ni to w nocy, ni to w dzień zebraliśmy się w sobotę punkt piąta (5.00) na dworcu PKP. Precyzyjne określenie miejsca zbiórki: gdzieś pomiędzy informacją pekapową, a bankomatem PKOBP i schodami. Tak czy inaczej zgromadzili się licznie Ci, którzy z różnych przyczyn nie mogli zrezygnować ze spędzenia piątku w pięknym mieście Poznaniu. Był wśród nich na przykład Krzysiek zwany przez niektórych wojaków Maciusiem czy istna rewelacja - Boski wraz z siostrą.

Gdy wreszcie wreszcie zebrali się wszyscy (łącznie z konkurentką naszej pani prezes - prawdziwą Ryszardą) udaliśmy się na oddalony o kilometr od dworca peron 4a, gdzie czekał już na nas pociąg relacji Poznań - Praga. Przed nami ponad 4h do Kłodzka, więc każdy próbował odespać wstawanie w środku nocy - nic z tego. Budzące się właśnie do życia na tej długości geograficznej słońce skutecznie nam to uniemożliwiało. Nawet solidne czeskie zasłonki nic nie pomogły. Nieefektywne próby znalazły swój kres we Wrocławiu, gdzie dosiadła do nas Agnieszka Szczęsna i resztę podróży Poznań - Kłodzko spędziliśmy rozmawiając. W samym Kłodzku przesiedliśmy się do pociągu osobowego, który nie był już relacji międzynarodowej. Co ciekawe, pociąg ów składał się z lokomotywy spalinowej SU-45, do której był dołączony 1 (słownie: jeden) wagon!! Czego to nasze faworytne PKP nie wymyśli... jechaliśmy więc w megaścisku, a jeden z rajdowiczów lobbował. Usilnie starał się przekonać kolejne osoby by wysiadły z nim w Polanicy i udały się na trasę lesserską (4h). Na szczęście większość z nas to ambitni i waleczni turyści, którym nie w smak pójście na łatwiznę (i to jeszcze z NIM?). Dlatego w Polanicy opuściło nas ledwie kilka osób (między innymi pan Rysiu - również imiennie powiązany z naszą panią prezes?) Niemniej jednak warto wspomnieć o innym osiągnięciu naszego chwilowego bohatera. Momencik po tym jak rzeczony Piotr głośno zabiegał o względy reszty grupy i namawiał nas słowami: „Chodźcie misie wysiądziemy w Polanicy” odezwała się jedna z dziewczynek stojąca na korytarzu, a reprezentująca grupę niewiast w wieku okołogimnazjalnym. Słowa które wypowiedziała brzmiały: „A może my też wysiądziemy w Polanicy?” Dlatego też pozostałe do Dusznik 40 minut zastanawialiśmy się wraz z Marysią i Anią Dąbrowską „Jak on to robi?” Po dziś dzień nie mamy zielonego pojęcia...

Godzina 10.55, 14 kwietnia 2007 roku, sobota, piękny słoneczny poranek, a nam przyszło właśnie wysiadać w Dusznikach Zdroju. Niezbyt wypoczęci, ale jednak ruszyliśmy dziarsko w kierunku centrum, aby zaliczyć jeszcze wizytę w Żabce czy innym spożywczaku. Warto jeszcze wspomnieć, że od grupy odłączyło się kilka osób pod przywództwem Aliny, którzy poszli na trasę 8,5h, po uprzednim pozostawieniu plecaków w miejscu docelowym czyli w Schronisku pod Muflonem. A my ruszyliśmy głównym deptakiem Dusznik mijając bardzo kulturalnych pijaków oraz wielu turystów i kuracjuszy. Z nieba lał się żar, dochodziło południe, a my zaczynaliśmy wspinać się stromo pod górę podążając za znakami czerwonymi w kierunku Koziej Hali. W międzyczasie otrzymaliśmy wiadomość, że organizatorzy, będący na trasie 3-dniowej, czyli Basia i Dominik skąpali się w strumyczku po tym jak zarwała się pod nimi gałąź. Bardzo rozbawieni tą informacją nabraliśmy dużo sił i maszerowaliśmy podziwiając jednocześnie piękne widoki rozciągające się z tzw. Autostrady Sudeckiej. Fragment szlaku wiódł przez drogę asfaltową, co z kolei niezbyt nas ucieszyło, ale cóż - nie było odwrotu - szliśmy dzielnie by za kilka godzin zdobyć Orlicę (1084 m n.p.m.) - najwyższy szczyt pasma. Na szczyt wiódł nas szlak zielony, na którym gdzieniegdzie spotykaliśmy duże płaty śniegu. W okolicach szczytu spotkaliśmy za to trasę 3 dniową, która właśnie zdobyła najwyższe wzniesienie Gór Orlickich i kierowała się już w stronę Muflona. My za to, po zdobyciu szczytu schodziliśmy w stronę Zieleńca i dalej kierowaliśmy się na Torfowiska. Niestety, nonszalancja i roztrzepanie osób, które prowadziły grupę sprawiły, iż poszliśmy nie tą leśną dróżką którą powinniśmy byli się udać. Fakt, że łatwo było się zgubić, bo szlaków mnogość i odnóg w lesie również. Tak czy inaczej postawieni w obliczu konieczności cofnięcia się postanowiliśmy skorzystać z dobrodziejstw techniki, którymi dysponował Kasper. Było to oczywiście urządzenie GPS, które ułatwiło nam podążanie we właściwym kierunku. Było przy tym atrakcji co niemiara - np. wspinanie się pod górkę nachylona pod kątem z pewnością przekraczającym 45 stopni. Zmęczeni potwornym upałem i wyczerpującą wędrówką, lecz podekscytowani nieprzewidzianymi atrakcjami na trasie około godziny 18tej dotarliśmy do monumentalnego schroniska pod Muflonem. Od pierwszego wejrzenia zrobiło ono na nas dobre wrażenie. Oczywiście w środku piwkowała już grupa lesserska pod wezwaniem R&B. Byli także organizatorzy, którzy w pocie czoła przygotowywali wieczorna metę. Czas pozostały do mety wykorzystaliśmy oczywiście na konsumpcję oraz wieczorną toaletę. Warto zwrócić uwagę na to, że Pani Prezes Maria prysznicowała wyjątkowo wyjątkowo długo, co oczywiście wywołało niesmak u osób czekających w kolejce. Należy jednak wyciągnąć pozytywne wnioski z tego faktu. Można bowiem domniemywać, że Klubem zarządza z równie wielką dokładnością, pieczołowitością i na czystych, jasnych zasadach.

Sama meta wypadła dosyć okazale. Trwała i trwała, co zaczęło niepokoić gospodarzy schroniska, którzy chcieli udać się na zasłużony odpoczynek (trzeba przyznać jednak, że obsługa schroniska była bardzo miła). Finałową imprezę prowadziła męska 1 organizatorów czyli Dominik, który przynajmniej przez chwilę (w zasadzie to przez ładnych parę godzin) mógł poczuć się jak mafiozo. Konkursy bardzo emocjonujące - największą furorę wywołał pokaz mody - konkurs na najlepsze przebranie z worków na śmieci (zwyciężyła Kasia Olma) oraz rywalizacja polegająca na zrobieniu jak najdłuższego sznura z ubrań. W tym współzawodnictwie triumfowali przedstawiciele zarządu (Mary i ja?) wspomagani przez siostrę Boskiego. Między konkursami jak zwykle gitarka - wszystkim przygrywał Szymek Cegłowski. Na koniec organizatorzy musieli wykazać się nie lada sprawnością w złośliwym konkursie wykoncypowanym przez zarząd. Spisali się nawet nieźle stąd zostali odznaczeni klubowymi blachami. Meta nieoficjalna trwała długo długo, aż ostatnim śmiałkom wysiadły gardła (oczywiście od śpiewania...)

Niedziela

Niedziela leniwie... wszak pociąg z Polanicy dopiero o 17, a do przejścia ledwie 4 godzinna trasa. Przed wyjściem pół godziny spędziliśmy fotografując się na tronie-muflonie przed schroniskiem ;) W czasie wędrówki robiliśmy wiele przerw, między innymi godzinny popas na polance. Szlak niebieski, a później zielony prowadził nas w kierunku Polanicy Zdroju przez Kamienną Górę pełną skałek i bloków kamiennych. Około godziny 15 dotarliśmy do Polanicy, gdzie mieliśmy jeszcze mnóstwo czasu na spacer po urokliwym deptaku, na zjedzenie obiadu w sympatycznej pizzerii, z której w promieniu 30 metrów rozchodził się śmiech Bosskiego. Podróż powrotna bez większych rewelacji poza tym, że pociąg z Pragi przyjechał z 30 minutowym opóźnieniem (ale to chyba właśnie żadna rewelacja). We Wrocławiu, w czasie, gdy Szy jak zwykle jadł knyszę w godzinach późno wieczornych, a osoby dbające o linię zdecydowanie jeść nie powinny, dosiadła do naszego wagonu ekipa z Sekcji Turystyki Kwalifikowanej AE w Poznaniu. Okazało się, że byli w Rudawach Janowickich. Poza nimi nasz wagon swoją obecnością zaszczycili również kibice żużlowi. Jeden z nich sformułował nawet całkiem ciekawy zarzut pod moim adresem. Brzmiał on mniej więcej tak: „Z Poznania jesteś, a Książa pijesz ch...!” Uświadomiony i zdruzgotany tym porażającym faktem dojechałem około 23 w olbrzymich mękach do Poznania. Reszta ekipy również...

Jędrzej Stańczak

<< powrót

© 2008 - 2012 Akademicki Klub Górski „Halny” Poznań