Relacje

Rajd „Przebiśniegowy”
Beskid Mały
09-11.03.2007

Marcowe harce

Marzec roku 2007 był wyjątkowo ciepły, podobnie zresztą jak i cała zima. Nie dopisała więc aura tak charakterystyczna dla rajdów alkoholowych. Przyzwyczajeni do zim śnieżnych, mając nadzieję na grube pokłady białego puchu - troszkę się zawiedliśmy. Tegoroczny wyjazd marcowy, zwykle jedyny prawdziwie śnieżny (dla odmiany ze „Śnieżnym” rajdem grudniowym) podobny był raczej jesiennym. Choć uczciwie przyznać trzeba, że na grani puchu trochę zalegało i mieliśmy jeszcze okazję godnie się z nim pożegnać, tyle, że w odmiennych, niestety bardziej roztopowych warunkach. Nie pozostaje nic innego jak wspomnienia na dobre utrwalić i od czasu do czasu przy stole w kawiarni na zimę kolejną czekając - o wyjeździe tym, jakże fajnym pomyśleć. Ale po kolei...

Zebraliśmy się wszyscy jako grupa trzydniowa w holu dworca punktualnie o godzinie 23:00. Pociąg przyjeżdżał ze Szczecina i miał czekać na peronie jedynie pięć minut, więc mieliśmy dość sporo czasu by złożyć naszym pięknym dziewczętom najlepsze życzenia, gdyż właśnie Dzień Kobiet obchodziliśmy. Pośpiech przyjechał o czasie, co uznać należy za dziwne - w obliczu rozległego paraliżu PKP nieczęsto się to zdarza. My byliśmy już jednak przygotowani i czyhaliśmy na miejsca w przedniej części składu. Jak zauważyła jedna z koleżanek - wszyscy gromadzą się w środkowej części peronu i później zmuszeni są gonić uciekające wagony. My posiadając tą cenną wiedzę wyprzedziliśmy ich o cenne sekundy i mogliśmy podróżować w komfortowych, siedzących warunkach. W przedziale niespodziewanie spotkaliśmy znajomego, który jechał akurat do Zakopanego na kurs przewodnicki. Okazał się on dobrym kompanem do snucia rozmaitych podróżniczych opowieści, tudzież do szklanki, która bieszczadzkim obyczajem krążyła wokoło nieustannie.

Podróż minęła prędko, już zdawałoby się po chwili byliśmy w Krakowie. Jeszcze tylko udaliśmy się pociągiem do Zembrzyc, w czasie jazdy którym mogliśmy się wreszcie pouczyć. Po jakiejś godzince mogliśmy zaś już wyjść na szlak. Wtedy też zdałem sobie po raz pierwszy sprawę, że jest nas całkiem spora grupa podróżników - około 50cioro. Była to duża poprawa w stosunku do ubiegłorocznego rajdu, który łącznie na trasach wszystkich wypraw zgromadził mniej niż 40 osób. Do tego widziałem dość dużo nowych ludzi, którzy wybrali się na rajd Halnego po raz pierwszy. Cieszyło mnie to niezmiernie, gdyż i ja do najstarszych się nie zaliczam, choć przyznać szczerze trzeba, że licznik rajdów tyka i wkrótce sam stracę rachubę ile to ich dokładnie zaliczyłem. A wtedy pewnie moje nastawienie - trochę irracjonalnie - cokolwiek się zmieni...

Znalezienie szlaku, który rzekomo miał brać swój początek na dworcu sprawiło nam trochę problemów. Jednakże organizatorka umiejętnie z nich wybrnęła i chwilę potem zgodnie maszerowaliśmy ku pokrytym poranną mgłą zaokrąglonym szczytom Beskidu Małego. Pierwsze momenty trasy zawsze są dobrą okazją, by porozmawiać z dawno nie widzianymi znajomymi, którzy jechali w innych przedziałach. Z tego też powodu pierwsze godziny trasy minęły dość niespostrzeżenie i przypomnieć je nie bardzo sobie potrafię. Rachubę odzyskałem mniej więcej w okolicy Żmijowej (535m), gdzie nasza kolumna uległa już takiemu rozciągnięciu, że każda grupa szła swoim tempem. Około godziny 12 wszyscy zaczęli się rozglądać w poszukiwaniu odpowiednich miejsc, w których możnaby spożyć śniadanie. Jako że grupa, w której szedłem znalazła miejsce wręcz wybitnie do takich celów przeznaczone, najdłużej ze wszystkich jedliśmy i wkrótce na samym tyle się znaleźliśmy. Szliśmy tak dosyć długo, gdyż część rajdowiczów nam się jakoś zgubiła i musieliśmy na nich czekać, co zabrało nam dodatkowe pół godziny. W ten też sposób, zamykając szereg piechurów, zdobyliśmy Żurawicę i zeszliśmy do miejscowości Targoszów. Część główną wyprawy dogoniliśmy dopiero pod sklepem, przy którym większość z niej uzupełniała elektrolity lub inne substancje trochę bardziej odżywcze.

Następnym etapem zaplanowanej trasy było udanie się w główne pasmo Beskidu Małego w kierunku szczytu Leskowiec. Rozpoczynaliśmy też terminalne podejście do schroniska, które gdzieniegdzie - przyznam szczerze - sprawiało trochę trudności i ze względu na zalegające błoto było dość nieprzyjemne. Acz w miłym towarzystwie zawsze skorym do żartów lub poważniejszej rozmowy, szło się bardzo fajnie, a czas mijał niezwykle prędko. Momentami spotykaliśmy się również z pokładami śniegu - wtedy trasa zmieniała się na bardziej przystępną, tyle, że technicznie trudniejszą ze względu na wszechobecne roztopy. W takich chwilach jestem skłonny uwierzyć w ocieplenie klimatu bardziej niż kiedykolwiek. Takich warunków w marcu w czasie mojego, co prawda dość krótkiego życia, jeszcze nie było. Tego dnia robiliśmy trasę zaplanowaną na 6 godzin i tyle też szliśmy.

Schronisko, które się ukazało naszym oczom około godziny 17 robiło naprawdę niezłe wrażenie. Duży gmach, dym lecący z komina, drewniane elementy nadające jego konstrukcji typowo górski charakter, wyglądały niezwykle przytulnie, a także sprawiły, że przyśpieszyliśmy kroku i wkrótce znaleźliśmy odpoczynek w schronieniu dużych, ciepłych izb mieszkalnych. Po odczekaniu swojej kolejki do miejsca zwanego toaletą, jak również po zjedzeniu posiłków - należy podkreślić, że ośrodek oferował znaczny i różnorodny asortyment potraw - przystąpiliśmy do świętowania pierwszego wieczoru na rajdzie „przebiśniegowym”. Neutralnie zauważyć też trzeba, że gospodyni schroniska musiała wykazać niezły urobek na co niektórych potrawach i napojach, szczególnie tych bardziej „grzanych”.

Kolejny dzień rozpoczęliśmy od obfitego śniadania, które miało dać nam energię na prawie cały dzień, w którym zaplanowana trasa trwać miała co najmniej 10 godzin. Ze schroniska wychodziliśmy „partiami”. Nie wszystkim udało się wyszykować na odpowiednią godzinę, nie wszyscy również mieli ochotę na tak forsowny szlak. Ja wraz z grupą około 10 osób (a może grupa wraz ze mną?) wyszliśmy równo o 9 i udaliśmy się na niezdobyty dnia wczorajszego Leskowiec, z którego przy odpowiednio dobrej pogodzie dostrzec można zarysy Tatr. Dalej gęsiego za czerwonymi oznaczeniami szliśmy w kierunku Smrekowicy, przed którą część grupy odłączyła się wiedziona chęcią zobaczenia zaznaczonej na mapie jaskini. Reszta poprzez Łamaną Skałę w otoczeniu licznych, przedziwnych form skalnych, brodząc często po łydki w śniegu, udała się w na Przełęcz Kocierską. Ten też fragment trasy ze względu na warunki pogodowe wspominać trzeba najmilej. Szliśmy oświetleni promieniami południowego Słońca, lodowe igiełki uwieszone na koronach drzew iskrzyły się nieprawdopodobną gamą barw, a sponad pokrywy śnieżnej wystawały czubki zielonych krzaków. Różnice poziomu terenu nie były zaś znaczące, więc do karczmy Kocierz doszliśmy w tempie nieplanowanym, za szybkim. Dało to nam przekonanie, że mając spory nadmiar czasu możemy się tam rozgościć i spędzić chwilę nad ludowym tradycyjnym posiłkiem tudzież nad szklanką niezwykle smacznego ciemnego piwa.

Z karczmy wyszliśmy bardzo późno, już spóźnieni wedle terminarza trasy. Oznaczało to ni mniej ni więcej, że końcowe odcinki trasy pokonywać będziemy tradycyjnie po ciemku. Na Zakręcie Beskidzkim zmieniliśmy szlak na zielony i spotkaliśmy ludzi, którzy wybrawszy się do jaskini, pętlę Beskidu Małego robili od drugiej strony. Myślałem wtedy jaką to oni gafę zrobili, jak to pewnie do schroniska wrócą grubo po zaplanowanym początku mety. Jednakże to my byliśmy tymi spóźnialskimi. Co prawda w poszukiwaniu utraconego w karczmie czasu szliśmy bardzo forsownie mijając m. in. Łysinę, Przełęcz Płonną, Kucówkę, balansując na granicy wysokości 700 - 800m n.p.m. O zaletach tej trasy być może lepiej bym się nie wypowiadał, pogrążony w rozmowie, byłem już trochę zmęczony otaczającym mnie pięknem natury, toteż nie bardzo zwracałem uwagę na krajobraz. Co zaś mnie w pewien sposób zaskoczyło to obecność czynnej prywatnej chatki turystycznej serwującej gorącą herbatę za przysłowiowe „Bóg zapłać”. Mało brakowało a byśmy minęli to miejsce bez zastanowienia. Jednakże ktoś zauważył na szczęście, że w środku siedzą nasi, a atmosfera wyraźnie sprzyja spędzeniu tam czasu. Tak się też stało. Ogrzaliśmy się wewnątrz przy niezwykłych górskich opowieściach stałego bywalca Beskidu Małego, który akurat tamże nocował. Czasem takie przypadkowe zbiegi okoliczności są rzeczywiście bardzo interesujące i głęboko zapadają w pamięci.

Jak tylko zaczął zapadać zmrok, poczuliśmy, że pora się zbierać. Po krótkim zwiedzeniu tego mini-schroniska udaliśmy się z powrotem na szlak. Nie bez pewnych trudności oczywiście. Zaraz na samym początku zgubiliśmy bowiem szlak i musieliśmy się cofać do punktu wyjścia. Ale później szło się z górki bądź też pod górkę w zależności jak prowadziła ścieżka. Na szczęście tereny najbardziej błotne zdarzyliśmy przejść jeszcze wtedy gdy szarzało, przy maksymalnych zaś ciemnościach szliśmy po śniegu, w którym nasze czołówki bardzo dobrze się odbijały rozjaśniając otoczenie. Podróż powrotna do najłatwiejszych nie należała, ale też nie taka straszna nam była, by ją jakoś źle wspominać. Wręcz przeciwnie, takie trasy na długo zapadają w pamięci! Szkoda tylko, że już po niecałych dwóch godzinach od wyjścia z chatki niepostrzeżenie zdobyliśmy szczyt Leskowiec i po dalszych 10 minutach mogliśmy się suszyć w schronisku.

Przygotowania do mety trzeba było odłożyć do czasu, gdy wszyscy nowoprzybyli nie zjedli posiłków i nie odczekali swojego w kolejce do łazienki. Całość więc przesunęła się w czasie na godzinę 22, co było już dość dużym spóźnieniem. Po prędkim usposobieniu sali jadalnej do przyjęcia tak dużej liczby rajdowiczów, bowiem w międzyczasie do naszej trasy dołączyła grupa 2 dniowa, meta mogła się wreszcie rozpocząć. Oryginalne konkursy przeplatane muzyka i góralskimi przyśpiewkami trwały aż do północy, kiedy to dwie organizatorki rajdu z pełną pompą należną temu wydarzeniu - uhonorowane zostały blachami Halnego. Dość długie celebrowanie oficjalnych uroczystości niosło w sobie i pozytywy, i negatywy. Do pierwszych należało to, że można było się tym bardziej bawić do późna, do drugich niestety to, że przeważająca część osób zmęczona trudami wyprawy bądź niewyspaniem z dnia poprzedniego, wcześniej poszła spać. W każdym bądź razie ostatnie osoby dopilnowały by jeszcze przed czwartą nad ranem w schronisku było słychać szmer prowadzonych rozmów tudzież ciche pohukiwanie roześmianych głosów.

Dzień niedzielny jak na święto przystało przywitał nas piękną pogodą, dużo lepszą niż wcześniej mieliśmy. Niestety musieliśmy się już zbierać do drogi powrotnej, którą umilaliśmy sobie jak umieliśmy, co rusz robiąc popasy na co ładniejszych i bardziej nasłonecznionych łączkach. Do Krzeszowa Górnego schodziliśmy bardzo powoli, tam też się zatrzymaliśmy na dłuższym odpoczynku. W tym samym również miejscu po raz pierwszy w życiu zdarzyło mi się kupić w sklepie samą butelkę do piwa... Jednakże pociąg do Poznania odjeżdżał już o 15:20, a my chcieliśmy jeszcze zobaczyć sławetną karczmę Rzym w Suchej Beskidzkiej. Tak więc już bez zbędnych przestojów dosłownie pognaliśmy naprzód w tempie dotąd niespotykanym, by godzinę przed odjazdem zasiąść w miejscu, w którym Pan Twardowski duszę Diabłu zaprzedał. Przyznać też trzeba, że miejsce to raczej zachowuje stare obyczaje, które śpieszyć się powoli nakazują. Szczególnie zaś, gdy sprawa się o jedzenie rozgrywa. Część osób zwątpiwszy w możliwość napełnienia w tymże miejscu żołądków strawą przed odjazdem pociągu, wybrała pobliski fast food. O godzinie 15:20 wszyscy jednak byli na miejscu, by w poczuciu spełnienia i żalu za niknącymi za horyzontem górami do Poznania pojechać.

Piotr Skrobich

<< powrót

© 2008 - 2012 Akademicki Klub Górski „Halny” Poznań