Relacje

Sylwester Klubowy
Szklarska Poręba
27.12.2006 - 01.01.2007

Cóż od tego czasu, gdy klubowa wyprawa Halnego udała się do Szklarskiej Poręby trochę wody upłynęło, tak że nie dość, że do tej samej rzeki wejść nie można, to jeszcze w tym samym śniegu wytaplać się nie sposób. Miesięcy to już prawie dwa minęły, śniegi zdążyły już spaść i stopnieć po wielokroć, więc póki jeszcze w głowie mej pewne fakty istnieją, na papier skłonny jestem je przelać, by jak większość rzeczy niepotrzebnych nie zasiliły one śmietnika historii. Tym bardziej, że na myśl o tych śniegach pięknych, o tych szczytach zamglonych, szeroko w Karkonoszach rozciągnionych - łezka w oku się kręci i człowiek żałuje, że zima w tym roku nijaka, a szansa na jej powrót znikoma. Przedwiośnie witając na rajd „Po zbóju” szykować się trzeba, a pomóc w tym może lektura o czasach minionych...

Wyruszyliśmy tuż po świętach bożonarodzeniowych, w środę dnia 27 grudnia 2006 z rana samego. Dlaczego tak wcześnie? Otóż powodów kilka, najważniejszy taki, że Natalia bilety grupowe na tą godzinę kupiła. Choć dostrzec tez można w tym wszystkim i głębszą myśl - by tłoku nie czuć, by popołudniem co nieco porobić, by wreszcie oderwać się od świątecznego stołu. Ekipą zebraliśmy się przyjemną (alfabetycznie Agnieszka, Basia, Kasia, Marcin, Marysia, Piotr, Zuza), więc podróż minęła prędko, wśród opowiadań, plotek, gier karcianych i innych, równie wymagających. Nie czuło się zupełnie, że przez Wałbrzych pociąg ten jedzie 20 km/h, a podróż trwa znacznie dłużej niż alternatywny szlak rowerowy. Przyjechaliśmy więc wypoczęci, gotów stanąć w szranki, by największy pokój w schronisku wywalczyć, bo grupa naszych znajomych rozrosnąć się miała i to niewspółmiernie do możliwości. Ale jak się okazało pokój zajęliśmy walkowerem, nikogo innego chętnego nań nie było, toteż prędko rozgościliśmy się, rozodzieżyliśmy i cośkolwiek przekąsiliśmy. Przeprowadziliśmy również parę konsultacji telefonicznych z Witkiem, Olą, Michałem - niestety, mimo że wcześniej wyrażali chęć przybycia, w wyniku pewnych komplikacji nie mogliśmy liczyć na ich obecność.

Następnie postanowiliśmy wybrać się na wodospad „Kamieńczyk”, ale pech nasz, że mapy nie wzięliśmy i znając kolor szlaku jedynie, tak w rozmowach byliśmy pogrążeni, że co rusz go gubiliśmy. Można nie przesadzając powiedzieć, że na każdym skrzyżowaniu szliśmy w inną stronę niż powinniśmy. Tego typu wycieczki mają również swoją dobrą stronę. Nie wiedząc gdzie się zajdzie, nie wiadomo czego się spodziewać, a my po raz pierwszy gdy byłem w Szklarskiej doszliśmy do kamieniołomów skąd czerpano materiał do jeszcze niedawno istniejącej huty szkła. Byliśmy tam już po zmroku, więc wszystko wydawało się tak nierealne i tajemnicze, że na długo zapadło w mojej pamięci i miło to tez wspominam. Szczególnie fragment gdy wyszliśmy nad nasypem kolejowym i ujrzeliśmy parometrową skarpę z której nie sposób było zejść i musieliśmy wzdłuż niej trawersować na niepewnym, oblodzonym gruncie. Później, gdy tylko udało się nam dojść do centrum miejscowości, udaliśmy się na pizzę. Nie obyło się bez perturbacji, na miejsce musieliśmy długo czekać, toteż spędziliśmy ten czas chatkę obok pijąc grzane piwo. Pizza była jednak warta czekania, zjedliśmy dwa 64-centymetrowe giganty i czuliśmy się tak, że do schroniska najlepiej byłoby nas odtransportować taczką. Przekonaliśmy się też, że odległość między Górną a Średnia Szklarska jest dosyć spora i pokonuje się ją w prawie 45 minut. Wieczór spędziliśmy na trawieniu... eee, nie do końca może... Oczywiście było śpiewanie piosenek i kolęd, a także zabawa do późna.

Kolejny dzień przywitał nas chmurami. Niestety nie było śniegu, nie było tez Słońca. Wobec tych niesprzyjających warunków musieliśmy zrewidować nasze plany i zamiast iść na Szrenicę udaliśmy się na długi i męczący, choć jakże piękny szlak na zamek Chojnik. Wraz z nami wybrał się nasz nowoprzybyły kompan Wilk. Trasa przebiegała przy wodospadzie Szklarka, na który rzecz jasna weszliśmy. Szlak przypominał trochę rajdy jesienne, w których można się było nawet miejscami schować, tak gruba była ich pokrywa. Po drodze postanowiliśmy wstąpić do pewnego - mijanego przez nas - teatru, jak się okazało dzięki temu przeżyliśmy przygodę niezwykłą. Otóż spotkawszy na swej drodze budynek bardzo piękny, swoim wyglądem przypominający to co najlepsze w architekturze góralskiej, weszliśmy do środka szukając właściciela. A że go nie znaleźliśmy to ów dom zwiedziliśmy dosyć dokładnie, a następnie rozgościliśmy się w korytarzu i zjedliśmy nasz prowiant. W momencie, w którym zbieraliśmy się do wyjścia zza drzwi, wyglądem świadczącymi, że za nimi spodziewać się można ubikacji, wyszedł pewien facet i zaproponował, że zawoła właścicieli, którzy przyjechali w środku nocy i jeszcze do tej późnej godziny spali. Nim zdołaliśmy zaoponować - jak mówił tak zrobił i wkrótce naszym oczom ukazała się zaspana kobieta, wobec której jedyne co mogliśmy zrobić, to zapytać się czy mogliśmy zjeść w jej domu śniadanie...Na szczęście właścicielka wykazała się spora dozą dobrego humoru, więc jeszcze trochę czasu spędziliśmy rozmawiając o tym i o owym.

Zamek Chojnik to atrakcja sama w sobie, więc ponieważ większość z nas już na nim była ograniczyliśmy się do wejścia na skałę, na której jest usadowiony i na obejściu go dookoła. Czas z resztą zachęcał już do powrotu. Podobnie jak temperatura, która spadła bardzo gwałtownie. Wracaliśmy oczywiście po zmierzchu, jak się okazało śniegu w wyższej partii gór (pod reglami) trochę napadało, a też jak już prawie byliśmy z Szklarskiej to jeszcze śnieg zaczął prószyć i szlak zrobił się naprawdę śliski. Tego dnia znaleźliśmy bardzo tanią knajpę o trochę socjalistycznych ciągotach do trudnego personelu, ale za tak dużą porcję przy niskiej cenie wybrzydzać nie można. Po tym sytym posiłku mogliśmy po raz drugi zmierzyć się z trasą powrotną i śrubować czas jaki nam zajmowało przejście do schroniska. Wieczorem zaś było to zwykle dobry ubaw i zabawa. Wtedy też po raz pierwszy zasmakowaliśmy w piwie mocnym z Alberta. Notabene dojechał do nas na wieczór jeszcze jeden znajomy Adam. Niestety w wyniku perturbacji z „ostatnim oddechem”, Rożka mieliśmy się spodziewać dopiero nad ranem.

Obudziliśmy się jak zwykle rześcy i sprawni, chętni do nowych pasjonujących wyczynów tego dnia wybieraliśmy się na biegówki do Jakuszyc. Chętnych z naszej wyprawy okazało się aż tyle, że dwa zamówione busy wszystkich nie pomieściły i jedna z grup musiała jechać z pewnym opóźnieniem. Dobór sprzętu oraz wymuszone czekania za resztą towarzystwa sprawiło, że rozdzieliliśmy się na mniejsze grupy. Większość osób pojechała wcześniej, na końcu znaleźliśmy się w gronie: Adam, Marcin, Wilk, Zuza, Rożek. Do schroniska Orle jechaliśmy w miarę blisko siebie, natomiast później odstępy się zwiększyły, po prostu długo zabawiliśmy przy rozmowie i piersiówce, więc do Chatki Górzystów przybyliśmy dopiero wtedy, gdy reszta ludzi się stamtąd już powoli zmywała. Zaletą tego było to, że odziedziczyliśmy po nich wspaniałe miejsce, które Adam zaraz wykorzystał zasypiając w trakcie jedzenia pysznego naleśnika z dżemem. W drodze powrotnej postanowiliśmy trochę urozmaicić sobie trasę i wybraliśmy się nieprzetartym szlakiem w kierunku pobliskiego szczytu. Jak wiadomo Góry Izerskie są dosyć płaskie, wiec nasze zamierzenie wydawało się przynajmniej z początku realne. Niestety później ujawniły się wady wypożyczonego sprzętu - śnieg przymarzał do nart i uniemożliwiał ślizganie się. Jedynie Zuza i Wilk kontynuowali wejście stylem narciarskim, reszta z nas założyła narty na ramię. Szlak z minuty na minutę stawał się coraz bardziej dziki, w pewnym momencie wręcz niebezpieczny. Szliśmy wzdłuż na wpół zamarzniętego, na wpół roztopionego cieku wodnego. Niestety byłem tą osobą, na która trafiło nieszczęście wpadnięcia do bagna schowanego pod niewysoką pokrywa śnieżną. Zaraz potem osiągnęliśmy szczyt i mogliśmy szusować z wielką prędkością w dół. Myślę, że było warto się pomęczyć dla tych paru chwil przyjemności. Niestety zajęło nam to tyle czasu, że nie zdążyliśmy na zamówione wcześniej busy powrotne. Nie zdołaliśmy też zjechać z gór przed zmrokiem, mogliśmy za to podziwiać piękny zachód Słońca. Pozostawała jeszcze kwestia oddania sprzętu, który gwarantowaliśmy naszymi dokumentami, a który powinien być oddany dużo, dużo wcześniej. No i kwestia powrotu...Na szczęście okazało się, że zarówno jedno jak i drugie udało się załatwić. Panowie z wypożyczalni czekali na nas, natomiast większy kłopot był z dostaniem się do Szklarskiej. Po kilkunastominutowej próbie łapania stopa (nawet na bałwana z papierosem ustawionego na pasie ruchu), zadzwoniliśmy po busiarza, który za dość słoną opłatą podwiózł nas pod sam sklep, gdzie byliśmy umówieni z Basią. Jak mieliśmy w zwyczaju poszliśmy na obiad, a także po raz pierwszy na tej wycieczce na oranżadę ze szklanej butelki! Ze względu na to, że nasze grono coraz bardziej się powiększało wieczorne imprezy stawały się coraz bardziej intensywne, pochłaniano większe ilości trunków, coraz mniej się też spało.

Czwarty dzień wycieczki był ostatnim, w którym mieliśmy szansę iść na grań. Pogoda wyjątkowo dopisywała, śnieg zalegał w wyższych partiach gór, czego więc więcej było nam trzeba? Szczególnie, że kolejnym dniem był Sylwester, a w ten dzień nie można się tak przemęczać...Najpierw wybraliśmy się na Kamieńczyk, na który mieliśmy już iść pierwszego dnia, ale co się odwlecze, to nie uciecze. Następnie strasznie śliskim szlakiem doszliśmy na Halę Szrenicką i wypiliśmy tam herbatę. Wtedy też postanowiliśmy, że tego dnia musimy wykonać pamiętną trasę. Co najmniej do Śnieżnych Kotłów! Udaliśmy się więc na Szrenicę, niestety do schroniska na szczycie nie weszliśmy z powodu braku czasu, mimo ,ze staliśmy tuz przed jego drzwiami. Potem się rozdzieliśmy na dwie grupy pierwsza miała iść na stronę czeską na obiad, druga natomiast miała dojść do Łabskiego Szczytu, rzucić okiem na Śnieżne Kotły i dołączyć do grupy pierwszej w pobliskim schronisku pod Łabskim Szczytem. Harmonogram był bardzo napięty, musieliśmy się śpieszyć by wykonać plan pogoda zaś nam zadania nie ułatwiała. Ze strony czeskiej wiał bardzo silny ciepły wiatr - w Tatrach zwany nomen-omen halnym. Kulminacja była przy stanowisku meteorologicznym na samym końcu naszej trasy. Przeżyliśmy jakoś bez odmrożeń, a niesamowite widoki śnieżnej wichury na długo zostaną w naszej pamięci.

Powrót odbywał się z małymi niespodziankami: grupa pierwsza postanowiła nie czekać na nas w schronisku i stosowne oznaczenia umieściła na trasie szlaku wyryte w śniegu. My niestety nie mieliśmy tego komfortu organizmy nasze były tak wyczerpane i wychłodzone, że musieliśmy zatrzymać się na chwilę wytchnienia. Powrót nie należał do najłatwiejszych, większość trasy musieliśmy się ślizgać na dolnych partiach pleców, a końcowy fragment pokonywaliśmy już tradycyjnie po ciemku. Tradycyjnie po obiedzie w socjalistycznej knajpie udaliśmy się na zakupy, skąd na pamiątkę naszej obecności jeden z nas wyjechał wózkiem bagażowym. Z tymże obciążeniem co ciekawe trasę powrotną pokonaliśmy najszybciej ze wszystkich dni. Natomiast wieczorem...co ja tu będę pisał, było jak zwykle, tyle, że więcej i lepiej. Ja niestety nie dotrzymałem do końca imprezy - sen dopominał się o swoje.

Sylwester zaczęliśmy łagodnie. W taki dzień nie można się śpieszyć. Z grubsza większość rajdowiczów podzieliła się na trzy grupy: jedna poszła na Kamień, druga na biegówki, trzecia zaś wybrała się do Harachova. Należałem do tej ostatniej. Szczęściem Wilk dysponował samochodem, a że chętnych było niewielu (tylko 10 osób) zdołaliśmy się przy lekkim naginaniu przepisów drogowych przedostać przez granicę na dwie tury. Jako, że byłem w pierwszej miałem wraz z Basią, Marysią i Zuzą możliwość dłuższej bytności w tym uroczym mieście. Po krótkim spacerze główną ulicą miasta, znalezieniu tanich sklepów i restauracji, zwiedzeniu skoczni narciarskich, czyli chyba głównej atrakcji tego miejsca stwierdziliśmy, że niestety nie mamy jak się skontaktować z kolejną grupą. Nikt nie miał sprawnej komórki! Najlepszym rozwiązaniem było nieustanne spacerowanie główną arterią miasta. Wkrótce tez połączyliśmy się z Rożkiem, Wilkiem i Adamem, którzy wypatrzyli nas siedząc w restauracji, nie mieliśmy zaś kontaktu z trzema pozostałymi osobami, które dziwnym zbiegiem okoliczności odłączyły się zostawiając Wilkowi nawet swoje dokumenty. Nie trzeba wspominać, że o złośliwości rzeczy martwych, że nikt z nowo spotkanych również nie miał sprawnej komórki. I grupa zagubionych też nie. W trosce o ich znalezienie postanowiliśmy poszukać miejsca godnego zjedzenia w nim posiłku. Znaleźliśmy świetne miejsce tyle, że z marną obsługą, o wszystko trzeba się było prosić po pięć razy. Zbliżająca się impreza sylwestrowa nie mogła być wytłumaczeniem wszystkiego. Po zakończeniu posiłku kolejnym etapem wycieczki było szukanie odpowiedniego sklepu monopolowego. Dziewczyny zaopatrzyły się w głównym sklepie w miejscowości, my zaś, chłopacy, poszliśmy tropem trzech meneli z pustymi butelkami po 5-litrowym winie. Łatwiej jest znaleźć miejscowy specjał w jakimś osiedlowym sklepiku. Niestety śledczymi jesteśmy marnymi, toteż ślad zgubiliśmy i nie pozostało nam nic innego jak kupić w centrum pewne zielone i czerwone korzenne trunki. W pewnym momencie dostaliśmy wiadomość, że nasi „zagubieni ” doszli piechotą do granicy, złapali polskiego operatora i czekają na transport. Wilku więc pojechał, my tymczasem odkryliśmy jakie zalety ma czeska butelka po piwie. Czas ten czekając na Wilka - w myśl zasady im więcej piwa wypijesz tym więcej go masz, zamieniliśmy na butelki, a te z kolei na piwo. Cóż jest taki jeden dzień w roku...

A sylwester... jakby go tu opisać? Chyba to niemożliwe. Każdy go pamięta takim jakim był, a każdy pamięta też inaczej. Wspomnę więc tylko, że bal przebierańców udał się wyśmienicie. Wszyscy zebrani pamiętać będą osoby Nurka i Złomiarza. No i Diabełki, których pełno było na parkiecie. Ciekawe skąd takie piekielne zamiłowania? Dodam, że z alkoholem nikt problemów nie miał, nikt też z powodu dolegliwości żołądkowych nie cierpiał, przy wystrzeliwaniu rakiet o północy nikt ugodzony nie został, bilans strat równy zero, zysków zaś co nie miara.

Dzień pierwszy stycznia rozpoczął się od niechętnej pobudki. Trudno otworzyć oczy z myślą, że kończy się to co takie miłe. Ale niestety wszystko co dobre, kiedyś się kończy. Po szybkim pakowaniu udaliśmy się na dworzec i następnie do pociągu. Miasto w tych godzinach wydawało się wyludnione, ale to pozory - wszystkie wagony były pełne podróżnych. W efekcie z jednym przedziale siedzieliśmy w sporym nadkomplecie, maksymalnie chyba w 12 osób. Marysia wzięła w ręce gitarę i wkrótce popłynęły dźwięki i głosy...Podróż aż do Wrocławia trwała bez przeszkód, niestety tam się wydarzenia trochę skomplikowały. Pociąg najechał na człowieka! Był to wypadek bądź samobójstwo, większość raczej obstawiała to drugie. Na to też wskazywały poszlaki i strzępy informacji od lepiej wizualnie usytuowanych osób. W wyniku tego wypadku, postanowiliśmy zmienić pociąg na ekspres z Pragi do Poznania, który na czas tego jednego przejazdu pełnił rolę przyśpieszonej osobówki. Był to nie do końca dobry wybór, gdyż czynności dochodzeniowe zostały zakończone wcześniej niż nasz skład wyruszył. Efekt był jednak ten sam - wieczorem znaleźliśmy się w Poznaniu, może tylko jakiś czas później.

Piotr Skrobich

<< powrót

© 2008 - 2012 Akademicki Klub Górski „Halny” Poznań