Relacje

Rajd „Październikowy”
Góry Sowie
21-23.10.2005

Relacja z trasy 3-dniowej „Południowa”

Piątek, 21 października 2005

Spotkałem się z ekipą „Trasa południowa” na dworcu w Bardzie Śląskim przed samym południem (dodam tylko, iż dzień wcześniej wykonałem wycieczkę Bardo Śląskie-Kłodzko - dzika, dziewicza trasa). Trochę musiałem poczekać, gdyż nasz krajowy monopolista, PKP, nie omieszkał przedłużyć koleżeństwu czasu zwiedzania mijanych krajobrazów. Grupa, około 20 osób, po wstępnej aklimatyzacji i reorganizacji odzieniowo-konsumpcyjnej wyruszyła na szlak. Na ten dzień zaplanowano przejście do Srebrnej Góry tj. przebycie odcinka północno-zachodniego Gór Bardzkich, na północ od przełomu Nysy Kłodzkiej. Trasa przebiegała następująco: z Barda Śląskiego obok Różańcowej, przez Leszka i Wilczak, dalej Przełęcz Wilcza do Wilczego Rozdroża, zaś potem kierowaliśmy się na Żdanów, by przez Ostróg dotrzeć do naszego miejsca odpoczynku, schroniska PTTK w Srebrnej Górze. Po drodze sporo atrakcji i wytężania mięśni. Tak, tak, mimo iż Góry Bardzkie są stosunkowo niskie (kulminacja Kłodzkiej Góry to zaledwie 765 m n.p.m.), to charakteryzują się one dużymi różnicami wysokości względnych (huśtawka trasy - trochę pod górkę, trochę z górki). Szczególnie dobrze (wypadało by raczej napisać męcząco) sprawdziło się to w praktyce przy podchodzeniu na Wilczak.

A co widzieliśmy po drodze o tym teraz właśnie pokrótce. W Bardzie Śląskim uwagę przyciągnął kamienny most z XVI wieku przerzucony przez Nysę Kłodzką (podobne, acz starsze spotkać można w Kłodzku na Młynówce i w Pradze na Wełtawie - Most Karola). Interesującą informacją jest fakt, iż właśnie w Bardzie znajduje się najstarsze sanktuarium maryjne na Śląsku. Ku uciesze jednych, a zmartwieniu innych, w Bradzie od ponad 100 lat swoją siedzibę mają również oo. Redemptoryści (pobratymcy popularnego o. Rydzyka). Idąc dalej na stokach Różańcowej można dostrzec było pozostałości austriackich fortów pobudowanych przez Prusaków. Odwracając się za siebie i spoglądając na południe, widać było biały krzyż powyżej urwiska skalnego - pozostałość po olbrzymim osuwisku, które doprowadziło w przeszłości do częściowego zalania miasta. Potem przyszła pora na podziwianie natury i słuchanie jej odgłosów. Z tego powodu, część środkową trasy nazwałbym etapem naturalistycznym. Pod wieczór czekały nas jeszcze atrakcje w okolicach Srebrnej Góry. Wpierw ujrzeliśmy z oddali wiadukty sowiogórskiej kolejki zębatej, by po chwili wejść na nie i podziwiać rozpościerające się przed nami widoki (m.in. mijane nieopodal przy wiaduktach stado owiec, gdzie doszło do spotkania oko w oko). Potem zgonie z przebiegiem torów udaliśmy się ku Srebrnej Górze. Nienasyceni odbili w końcowej fazie i zaliczyli Fort Ostróg - mniejszego brata bliźniaka Twierdzy Srebrnogórskiej, zaś cały peleton finiszował w tym czasie ku upragnionej mecie. Schronisko „Srebrna Góra”, to bardzo klimatyczna przystań, nosząca cechy typowego schronienia dla górskich wędrowców, ustronnie położonego. Gdyby tylko bar był otwarty dłużej niż do 20. Ach to zezowate szczęście.

Sobota, 22 października 2005

Kolejny dzień rozpoczęliśmy od zwiedzania Twierdzy Srebrnogórskiej, nazywanej „Fort Donżon”, jednego z największych tego typu obiektów obronnych w Europie. Dziś ten rozległy fort smagany podmuchami wiatru ewoluuje w kierunku ruiny, wskutek stopniowej erozji i postępującej sukcesji roślinności. Szkoda, że obsługą turystyczną zajmują się osoby, których zainteresowania są zgoła przyziemne (intelektualni troglodyci). Twierdza wespół z sowiogórską kolejką zębatą i zespołem kopalni srebra, tworzą niewielki ale niezwykle interesujący Forteczny Park Kulturowy. Potem należało cofnąć się z powrotem do schroniska po plecaki. Ot, drobna atrakcja od organizatorów - nie przeszedł pomysł zabrania ich od razu ze sobą. Po drobnych zawirowaniach emocjonalnych pora na dzisiejszy etap: z Przełęczy Srebrnej na Przełęcz Jugowską (tu nasz kolejny odpoczynek i meta rajdu) poprzez Przełęcz Woliborską. Jak wynika z opisu, dzień upływał nam pod znakiem przełęczy. Szczegółowo po minięciu Foru Donżon (deja vu) udaliśmy się na Rozdroże pod Chochołem Małym by dalej przez Przełęcz pod Gołębią oraz Przełęcz pod Szeroką wdrapać się na wierzchołek Szerokiej i potem zejść na Przełęcz Woliborską. Tu nieco popasaliśmy, regenerując siły po atrakcjach Szerokiej (niby niewysoki szczyt, ale podejście zabójczo wyczerpujące). Z Przełeczy Woliborskiej przez Wigancicką Polanę i Bielawską Polanę osiągnęliśmy Kalenicę. Na szczycie tego wzniesienia znajduje się metalowa wieża - z niej wspaniałe widoki na całe Sudety. Niestety w dniu dzisiejszym pogoda nam nie sprzyjała, było bardzo wilgotno, duże zachmurzenie. Stąd nie można było nacieszyć oczu panoramami, dobrze że chociaż udało nam się wypatrzeć pobliską wieżę widokową na Wielkiej Sowie. Po przewietrzeniu ponad koronami drzew, ruszyliśmy do naszego schroniska o pięknej nazwie „Zygmuntówka” na Przełęczy Jugowskiej (dokładnie, gwoli ścisłości o rzut beretem od niej). W tym dniu przebyliśmy większą część grzbietu Gór Sowich. Z autopsji, jest to teren bardzo zalesiony z zerowymi szansami na podziwianie panoram - brak miejscowych przerzedzeń pełniących funkcję tarasów widokowych.

Wieczorem meta. Śpiewy, konkursy i ogólnie „róbta, co chceta”. Jak mawia poeta: i ja tam byłem, ...(w miejscu wykropkowanym domyślny czytelnik wstawi odpowiednie frazy; miejsce wykropkowane w miarę potrzeb można wydłużać). Było bardzo klimatycznie, tym bardziej że schronisko „Zygmuntówka” należy do niewielkich obiektów (ilość miejsc dla 40 osób). Powiem tylko, że na mecie znalazło się dwa razy tyle luda (przeludnienie 100% !!!). Niemniej każdy znalazł swój kąt (chociażby i pod ławą). Wypada podkreślić (pay attention please), iż do czcigodnego grona Halniaków zostali przyjęci: koleżanka Natalia Kamińska oraz pan Michał Żmiejko. Długo w nocy szarpano struny i gawędzono nie do końca artykularnie, zaś nocne lampki płonęły do świtu, a poszczególni, zdrożeni turyści odpływali nieoczekiwanie w niebyt.

Niedziela, 23 października 2005

Niedziela przywitała nas kapuśniaczkiem. Widać empatycznie natura smuciła się, że my opuszczamy masyw Gór Swoich, zaś my odwzajemnialiśmy te uczucia. Po uporządkowaniu mety (trochę się tego nazbierało tu i ówdzie) wyruszyliśmy na górski szlak. Dziś kończyliśmy przejście pasma Gór Swoich (pozostała, mniejsza część),start w „Zygmuntówce”, poprzez Walim do Głuszycy. Dzień stał pod znakiem ważnych wydarzeń państwowych, zarówno historycznych (podziemne kompleksy w Walimiu i Osówce) oraz współczesnych (wybory prezydenckie A.D.2005). Szczegółowo trasa wiodła z Przełęczy Jugowskiej przez Kozie Siodło na Wielką Sowę (najwyższy szczyt Gór Sowich - 1015 m n.p.m.), potem Mała Sowa i zejście do Walimia. Następnie z Walimia zawitaliśmy na Rozdroże pod Osówką by ostatecznie dotrzeć na dworzec PKP w Głuszycy. Na trasie jak sygnalizowałem wcześniej sporo atrakcji. Na Wielkiej Sowie 25-metrowa kamienna wieża widokowa, znajdująca się niestety w remoncie - stąd nie dane nam było napawanie się malowniczymi panoramami Sudetów. W Walimiu wpierw chętni zawitali do kościoła na niedzielne zgromadzenie, by potem udać się do lokalu wyborczego spełnić swój obywatelski obowiązek (sporadycznie zdarzały się wyjątki - bojkotował autor tekstu). Rzekłbym kolejność prawidłowa w myśl sentencji „Bóg, honor i Ojczyzna”, jednak o preferencjach przekonań nie zamierzam tu dalej rozprawiać. Z przykrością, dobitnie podkreślam, odnotowałem fakt, iż brat z Halnego stawał przeciw bratu z Halnego, nie tylko w dyspucie słownej ale i nieomal rękoczynie. Nastroje stopniowo studził trud dalszej wędrówki. Opuszczając Walim mijaliśmy po prawej stronie obecne Muzeum Sztolni Walimskich. Obiekt ten mieścił dawniej podziemne fabryki zbrojeniowe (obozy pracy więźniów), określane kryptonimem Riese (olbrzym). Podziemna trasa zwiedzania liczy 750 metrów. My z racji napiętych reżimów czasowych zdecydowaliśmy się na obejrzenie Osówki zamiast Walimia (ach ta sztuka konieczności dokonywania wyborów). W Osówce mieści się Tajemnicze Podziemne Miasto - zespół tuneli i umocnień zaliczanych do przedsięwzięcia Riese. Trasa, na przestrzeni 1700 metrów, wiedzie labiryntem korytarzy. Całość robi piorunujące wrażenie - we wnętrzu przykładowego korytarza spokojnie mógłby przejechać autokar bądź TIR. Interesującym dodatkiem są lokalne opowieści o skarbach ukrytych w masywie Gór Sowich i zaginięciach w tamtym rejonie osób. To dodaje magii, tajemniczości i dreszczyku emocji zwiedzającym ten kompleks. Dodatkowo, ciekawostką może być wiadomość faunistyczna: lochy Osówki wybrał sobie na zimową noclegownię borowiec olbrzymi - największy polski nietoperz. Po zwiedzaniu Osówki ruszyliśmy ostrym krokiem ku Głuszycy, na spotkanie z pociągiem. Ten etap był naprawdę szybki. Na potwierdzenie tego faktu, podam tylko iż byliśmy „just in time”, osiągając dworzec widzieliśmy od razu nadjeżdżający pociąg (a kolejny dopiero za dobę, ups). Co szczęśliwcy zdążyli jeszcze przełknąć łyk wody, czy kęs chleba. Potem ok. godziny jazdy do Wałbrzycha i ponowne łapanie w locie pociągu do Wrocławia, by stamtąd po kolejnej przesiadce wylądować w Poznaniu. W podróży nieustannie trwały debaty polityczne, zarówno na poziomie jak i poniżej, co osobiście uważam gasiło radość spotkania gór minionych dni. Podsumowując, Góry Sowie to pasmo niszowe, niewielu spotkasz tam turystów, szczególnie w rejonach bardziej dziewiczych (ostępy leśne) i porze jesiennej. Jeśli chcesz społecznej alienacji i powrotu do natury, to wyruszaj na szlaki tego pasma. Jeśli będziesz uważny, to kto wie, może uda ci się spotkać nawet Ducha Gór Sowich!

Romek Domański

<< powrót

© 2008 - 2012 Akademicki Klub Górski „Halny” Poznań