Relacje

Rajd „Na Przekór”
Jura Krakowsko-Częstochowska, Pustynia Błędowska
11-13.11.2005

10-tego listopada 2005 po godzinie 22., czyli tuż przed długim weekendem jest na dworcu niezwykle tłoczno. Tradycyjnie nikt nie wiedział gdzie jest neon Kwiaty, ale się odnaleźliśmy i cudem, NA PRZEKÓR naszym przewidywaniom wepchnęliśmy się do pociągu. O miejscu siedzącym w przedziale można było pomarzyć. Kto się załapał na miejsce siedzące w korytarzu, mógł się czuć zaszczycony. Ja stałem obok Asi-Spasi, koleżanki z wyjazdu do Bułgarii, a także niedaleko jedynej Niemki - Ramony, która rozłożywszy się w przejściu, śpiąc wygodnie, zmuszała współpasażerów do głębszego, wzajemnego zintegrowania się. Tradycyjnie więc pociąg był przepełniony i wyjechał z piętnastominutowym opóźnieniem.

Piątek, 11 listopada, Święto Niepodległości

Po 5 rano, zgodnie z planem 24 osoby z trasy pustynnej wysiadły na stacji Katowice. Jak dowiedziałem się chwilę później od Gosi, jest to jeden z bardziej obskurnych dworców większych miast Polski. NA PRZEKÓR standardom Unii Europejskiej, nie ma tam poczekalni, jedynym miejscem, gdzie można usiąść i coś zjeść jest niezbyt przyjemny i stosunkowo drogi bar. Nie można oczywiście spożywać własnego jedzenia i picia, więc od razu się zmyłem, Gosia zrobiła tak samo; w ten sposób swoje świętoniepodległościowe śniadanie zjadłem na schodach. O 6.22 odjechaliśmy osobówką w kierunku Kielc, a godzinę później, gdy zrobiło się jaśniej wysiedliśmy, zgodnie z planem, na stacji Bukowno-Przymiarki. Niektóre osoby tak się zasiedziały w toalecie, że omal nie pojechałyby dalej.

Tu zaczęła się prawdziwa przygoda. Oto bowiem okazało się, że organizer nie wie, dokąd grupa ma iść. Najpierw przeszliśmy wzdłuż stawów, potem się cofnęliśmy, bo nie tędy szedł szlak. Skręciliśmy w prawo w jakąś dróżkę, prowadzącą do okolicznych domków; psy darły się wniebogłosy, a ziomali ani widu ani słychu. NA PRZEKÓR rajdowcom, czyli nam, Szymon nie miał pojęcia , czy iść prosto, czy skręcić w prawo, a może cofnąć się do torów. I tak przez pół godziny krążyliśmy praktycznie wokół jednego miejsca, każdy miał inny pomysł; jak na złość mój dobry, sprawdzony w Rumunii i Bułgarii kompas, schowany był w plecaku. Musiałem zatem polegać na maleńkim kompasiku w breloczku, który okazał się być do niczego. Jak na złość, by nie rzec NA PRZEKÓR, albo jak to zwykle w listopadzie, rano było pochmurno. Ja od początku mówiłem, aby dojść z powrotem do stawów i skręcić w prawo, ale nikt mnie oczywiście nie słuchał. Po półtorej godziny marszu doszliśmy do Sławkowa - miasteczka na pograniczu Małopolski i Śląska. Trochę mnie zdziwiło, że w Święto drogowcy biorą się za naprawę jezdni, cały chodnik rozkuty, aż ciężko przejść. Na rynku trafiliśmy na paradę, która stamtąd wyruszała. Trudno powiedzieć, kto wzbudzał większą sensację mieszkańców - żołnierzyki i harcerzyki z biało-czerwonymi flagami, czy też 2x parszywa dwunastka, której NA PRZEKÓR wszystkiemu zachciało się w święto łazić z ogromnymi plecakami po jakichś wioskach. O 10:30 po półgodzinnym odpoczynku wyruszyliśmy czerwonym szlakiem w stronę Błędowa. W międzyczasie się przejaśniło, toteż w lesie bardzo pięknie wyszły złociste liście. Zrobiliśmy sobie zdjęcie grupowe na polanie (galeria). Strasznie dłużyła się ta droga na pustynię. Aby trochę skrócić trasę, poszliśmy szlakiem końskich gówien, a następnie żółtym. W końcu droga zaczęła robić się piaszczysta, choć krajobraz był mało pustynny - las iglasty. Szliśmy tą drogą ponad godzinę, kolejny odpoczynek, gdzieniegdzie pojawiali się jacyś inni turyści tudzież grzybiarze. Raz nawet minęły nas skutery. W pewnym momencie poczułem się tak zmęczony, że razem z paroma innymi osobami, znaleźliśmy się daleko poza grupą. Szczęśliwie odnaleźliśmy właściwy szlak. Czas zleciał jakoś szybciej, gdy szlifowałem niemiecki z Ramoną. Ale dopiero pod koniec wędrówki, miejsce, w którym przebywaliśmy zaczęło przypominać pustynię. Więcej piachu było dookoła, nawet wydmy było widać, tyle, że zamiast kaktusów, jak w Meksyku, rosły tam świerki. W końcu, tuż przed zachodem Słońca, odnaleźliśmy nasz punkt docelowy, wieżę - maszt elektryczny. I nie była to fatamorgana, skoro nawet Chmielu wysłał nam- ślamazarom SMSa. Jeszcze tylko ostatnie podejście pod górkę..., i już jesteśmy pod wieżą, czyli naszym domem zachodzącego Słońca. Około 16stej, a więc jeszcze przed zmrokiem doszliśmy do sklepiku w centrum. Nietrudno zgadnąć, że NA PRZEKÓR obliczeniom Szymonów, spóźniliśmy się na autobus 15:30. Wszystko przez to szukanie drogi na początku dnia. I tu się zaczął problem, bo od ziomali dowiedzieliśmy się, że autobusu do Domaniewic nie będzie. A to oznaczało perspektywę przejścia dwunastu kilometrów z czołówką po zmroku. Na szczęście mieliśmy w grupie Martę, która załatwiła transport. Jeden kilkuosobowy wóz i furgonetkę (Czy ta fura służy do przewozu ludzi? J). Wpakowało się tam 18 (słownie: osiemnaście) osób z plecakami, które musiały uważać w czasie jazdy, aby sobie głowy nie obić. Było to wbrew przepisom ruchu drogowego, czyli NA PRZEKÓR prawu. W środku było troszkę ciaśniej, niż w pociągu do Katowic. Facet zawiózł nas pod Dom Turysty. On powinien był obchodzić Święto Narodowe zamiast NA PRZEKÓR tradycji pracować. Dla nas jednak lepiej, że kierowca był przekorny. Dzięki temu o 17stej byliśmy już zakwaterowani.

Miejsce całkiem przyjemne, pokoje dwu- i trzyosobowe; kilka pryszniców, na dole jadalnia, a także bilard. Jak na zahartowanych Halniaków i tak mieliśmy za dobre warunki. Po zjedzeniu obiadokolacji i wypiciu ciepłej herbatki zaczęła się debata, czy grać w mafię, czy też nie. Nie było innej koncepcji spędzenia wieczoru i graliśmy w 13 osób. Za pierwszym razem w mafii byłem ja z Maryjanem; na szczęście dla nas siedzieliśmy obok siebie, więc mało kto podejrzewał, że działamy razem. Marian, jak to Marian oczywiście od początku był podejrzany i dość szybko wyleciał. Mnie podejrzewał tylko Krzychu - Crazy, ale Mary tak namieszała, ze w końcu działając sam, niczym Rywin, wykosiłem prawie całe społeczeństwo, łącznie z Cattanim. W drugiej grze Agnieszka okazała się być nieustraszonym, nieśmiertelnym policjantem, który rozbił mafię - Mary się śmiała i dziwnie zachowywała, zatem od razu wiedzieliśmy, że to ona; przez głupotę zginęła Ola, choć ja nominowałem Szymona - mafiosa. I tak na Ojczyzny łonie zabawialiśmy się i graliśmy w bilard do późnego wieczora.

Sobota, 12 listopada 2005

Ciężko się wstawało, ja miałem swój budzik wyłączony, za to Michał - brat Chmiela, z którym byłem w pokoju, nastawił swój na ósmą. Nietrudno zgadnąć, że po takim męczącym dniu, człowiek miał pełno zakwasów i rano nie za bardzo chciało mu się spieszyć. NA PRZEKÓR sobie musiałem jednak zagęścić ruchy i byłem gotowy do drogi o... 9:30, czyli pół godziny za późno. Grupa była daleko z przodu. Był piękny, słoneczny, jesienny dzień. Szedłem w samej koszuli, większość z nas zdjęła kurtki, ponieważ jak na listopad było tego dnia wyjątkowo ciepło. Pierwszym ciekawym miejscem, do którego doszliśmy była skała Biśnik, typowa jurajska forma, w której podobno mieszkali ludzie pierwotni. Tymoteusz, brat Kasi założył buty wspinaczkowe i pokazywał co potrafi. Odsyłam do galerii. Następnie udaliśmy się w kierunku ruin zamku Smoleń. Po drodze mijaliśmy przepiękne skałki, miejscowi mówili, że tam są jaskinie, niestety nie mieliśmy tyle czasu, aby je zwiedzić. Za to na zamku siedzieliśmy ponad pół godziny, trzeba było wejść na górę po niby-schodach. Zatem nawet elementy wspinaczki górskiej na rajdzie były. Choć, prawdę mówiąc, miejsce rajdu, czyli Wyżyna Krakowsko-Częstochowska zostało wybrane NA PRZEKÓR klubowi, który ma w nazwie słowo „górski”. Poszliśmy w kierunku Ryczowa, przy okazji wspiąłem się na wspaniale skałki, skąd pozdrawiałem resztę grupy i robiłem zdjęcia. Z Ryczowa było już tylko 5 kilometrów do Podzamcza, przecudownego zespołu skał i zamku. Większość z nas wspięła się na wysokość kilkanaście metrów, zdjęcia wyszły cudowne. Musieliśmy się jednak zbierać. Było po piętnastej, a o 15:30 był autobus z Ogrodzieńca. Chmielu z dwoma kumplami zostali na zamku, mieli nas dogonić, niestety im się nie udało. My o 15:30 byliśmy przy głównym skrzyżowaniu w Ogrodzieńcu. Autobu przejechał koło nas do centrum i miał nas mijać przy wyjeździe z miasteczka. Zatem łapaliśmy go, machając rękami, kierowca był na szczęście życzliwy i NA PRZEKÓR przepisom zatrzymał się na środku drogi, aby zabrać 21 osób. I znowu mieliśmy fuksa. W godzinę dojechaliśmy bowiem do Jerzmanowic, gdzie zrobiliśmy zakupy na metę. Ja włączyłem tylną lampkę rowerową i szedłem na końcu, aby nas nikt nie przejechał, bo o 17stej już było ciemno. Po paruset metrach skręciliśmy w boczna drogę do Łazów, tam przy monopolowym jakieś żule wołały Michała. Po chwili zaczęli wołać Michała Pilca, a ja się zastanawiałem, skąd do licha oni znają moje nazwisko. Podszedłem bliżej, a tu się okazało, że spotkałem znajomych, którzy byli na trasie ojcowskiej, tj. Marcina i Piotra Skrobichów, Asię-Spasię, Rożka i Agę Skupińską. Piotr kilka minut wcześniej bez plecaka i znaczka rajdowego podszedł do osób z mojej trasy z piwem w ręku i spytał: „wy jesteście od nas?”, ci mu odparli, że nie, a on na to: „No z Halnego”, a tamci: „No to od was.” Zaniepokojona Marta zadzwoniła na moją komórkę, uspokoiłem ją i poszedłem z moja nową-starą ekipą do Łazów, po drodze spotkaliśmy jakiegoś młodego miejscowego, który nam pokazał drogę na skróty do tego Szkolnego Schroniska Młodzieżowego, klął przy tym jak szewc. Zajęliśmy pokój, a pół godziny później większość osób z trasy ojcowskiej dotarła do celu. Przy okazji dowiedziałem się, że moja grzałka jest niekompatybilna z instalacją elektryczna budynku schroniska, bo ilekroć podłączałem ją do prądu, wysiadał bezpiecznik. Nawet ludzie po elektrotechnice, nie Szymon?, nie potrafili tego dziwnego zjawiska wytłumaczyć. Nawet prąd był nam zatem NA PRZEKÓR. Po trzech próbach i wypróbowaniu trzech różnych gniazdek, doprowadziwszy do furii osoby siedzące w kuchni turystycznej, zrezygnowałem. Meta właściwa, czyli konkursy i śpiewy zaczęła się o 20.30. Z trasy ojcowskiej wszyscy dotarli, a z naszej tylko Chmiela i jego dwóch kumpli zabrakło. Dotarli godzinę później, gdy śpiewaliśmy sobie w najlepsze. Podział rajdowców na dwie grupy, z których każda miała wymyślać piosenkę ze zwierzętami to był najlepszy pomysł organizerów tego rajdu. Mało, jeden z Szymonów, przyszły Sekretarz Klubu, o czym wówczas zapewne nie wiedział, był również grajkiem. Śmieszny był konkurs z przebieraniem cudzych bluz i skarpet. Wygrała go Marta Piechocka. Ja uczestniczyłem w konkursie a-la Eskimosek - mis polarny. Trzeba było z nosa na nos przekazywać krem do twarzy. Było 6 osób, na przemian chłopak i dziewczyna, aby uniknąć scen nieobyczajnych. Ja byłem pierwszy, toteż dostałem na nos sporą porcję kremu. Śmieszny był konkurs z odegraniem scenki Misiu i Zajączek. NA PRZEKÓR halniackiej tradycji nie było konkursu krajoznawczego, co zdziwiło zwłaszcza starszych klubowiczów. Ale mimo tego meta była bardzo udana, dobrze przygotowana. Na koniec Marta przygotowała taki śmieszny konkurs, żeby pośmiać się z organizatorów. Streszczam: Marta mówi trele-morele, jeden z Szymonów stuka drugiego w głowę, a drugi pada na ziemię, hahaha.:) Poszliśmy późno spać, bo... wcześnie raczej się nie dało.

Niedziela, 13 listopada 2005

Wstałem o 6:00, 20 minut przed moim budzikiem. I niepotrzebnie tak wcześnie, bo grupa, z którą miałem iść do Ojcowskiego Parku Narodowego nie kwapiła się do wczesnego wstawania. NA PRZEKÓR naszym zamierzeniom. A ja planowałem wyjść o 7:30. Nie spiesząc się byłem gotowy do wyjścia o 8:15, pożyczyłem wcześniej mapę od Karoliny. Wyruszyliśmy godzinę później niż planowaliśmy tj. o 8:30. Było nas sześcioro, tzn. ja, Gosia, Marta Piechocka, Crazy, Łukasz i Ania. Dołączył do nas piesek przybłęda. Szedł z nami długo, odczepił się dopiero przed skrzyżowaniem z drogą Kraków - Olkusz. Dalej, niebieskim szlakiem szliśmy aż do wsi Czapowice, gdzie była granica Ojcowskiego Parku Narodowego. Około godz. 10-tej zwiedziliśmy z przewodnikiem Jaskinię Łokietka - piękne miejsce, bardzo ciekawa forma jurajska. Następnie udaliśmy się w kierunku Bramy Krakowskiej, gdzie mamy grupowe zdjęcie. NA PRZEKÓR grupie odpoczywałem nieco dłużej. Nie spodziewałem się, że zdążę zwiedzić Pieskową Skałę. Szedłem od tej pory sam podziwiając przepiękne pejzaże Doliny Prądnika. Przeszedłem obok Dziewiczych Skał do Ojcowa, gdzie za 1,m ruiny zamku Kazimierza Wielkiego. Spieszyło mi się, bo obawiałem się, że mogę nie zdążyć na autobus. Uparłem się jednak i czerwonym szlakiem, wśród pagórków i dolin, doszedłem do przepięknych skał przy rozwidleniu dróg na Skałę i Pieskową Skałę. Stamtąd podszedłem do Pustelni bł. Salomei, dalej szlak prowadził do szosy, tam na szczęście udało mi się złapać stopa do Pieskowej Skały, gdzie zwiedziłem zamek i zrobiłem zdjęcia Maczugi Herkulesa oraz skał Mickiewicza i Wernyhory. Doszedłszy do przystanek PKS, spotkałem grupę, od której odłączyłem. Uciąłem też sobie pogawędkę z paniami na przystanku. O 14:50 odjechaliśmy autobusem, a zamiast biletu normalnego dostałem, jakby NA PRZEKÓR, dwa bilety: dla dziecka do szóstego roku życia i dla dziecka do czwartego roku życia. W Krakowie zdążyliśmy jedynie pójść na Rynek, zobaczyć Kościół Mariacki i wrócić, na dworzec PKP, gdzie spotkaliśmy resztę osób, w sumie późniejszym pociągiem wracało 13 (trzynaście) osób, choć bilet był wystawiony na 15 osobową grupę. Okazało się później, że Karolina, która mi mapę pożyczyła, oraz Chmielu, NA PRZEKÓR zdrowemu rozsądkowi i polskiemu przewoźnikowi pojechali sobie na gapę pociągiem wcześniejszym, choć powinni wracać z nami.

O 17:10 odjechaliśmy zatem osobówką do Katowic. Tam czekaliśmy na peronie pół godziny, bo pociąg się spóźniał NA PRZEKÓR marznącym pasażerom. Było jednak trochę luźniej niż w pierwszą stronę, choć dopiero od Zabrza znalazłem wolne miejsce w przedziale. Do Wrocławia oczywiście dojechaliśmy spóźnieni, w niczym to nam nie przeszkadzało, bo i tak była ponad godzina czasu wolnego. Większość z nas poszła na knyszę gdzieś w okolicach dworca. Ja, jakby NA PRZEKÓR sobie, postanowiłem, mimo zakwasów w nogach i ramionach, a także zmęczenia, pójść na Rynek. Widziałem przy okazji słynny Bar. Zrobiłem jedno kółko wokół Rynku i z powrotem na dworzec. Znalazłem moją grupkę, z którą byłem tego dnia w Ojcowie. Nie widziałem pozostałych osób, w tym Piotrka Tomysa, który przecież miał bilet grupowy. Zadzwoniłem do niego i okazało się, że on jest..., w następnym wagonie, w drugim przedziale. I tak śpiąc, drzemiąc, kimając dotarliśmy do Poznania, oczywiście spóźnieni; mi, Piotrowi i Magdzie nie przeszkodziło to jednak zdążyć na pestkę o 2:00 z Kaponiery. Tym razem los nie był nam NA PRZEKÓR.

Z przekorą od urodzenia - Michał Pilc

<< powrót

© 2008 - 2012 Akademicki Klub Górski „Halny” Poznań