Relacje

Rajd „Alkoholowy”
Králický Sněžník i okolice
03-06.03.2005

Krótka opowieść o tym, co było
oraz czego nie było, a być miało

O tym, czego nie było:

Czwartek 03.03 - nie było autobusu, którym mieliśmy dojechać z miejscowości Lichkov (granica) do Brannej (start trasy). Tzn. autobus był, ale zatrzymał się nie tam, gdzie czekaliśmy. Po prostu organizer nie sprawdził, iż „Lichkov - Obecni Urad” to inny przystanek niż „Lichkov-krzyżówka w środku pola”. W samej Brannej nie było też obiecanych biegówek do wynajęcia, a to z prozaicznego powodu, iż nie ma tam stosownej wypożyczalni. Zresztą i tak nie było kasy na wypożyczenie, gdyż w Brannej nie było kantoru ani bankomatu.

Piątek 04.03 - pomimo teleportowania się naszej gromadki do Stareho Mesta, okazało się, że i tam nie ma dla nas biegówek. Nadal nie byłoby za co ich wypożyczyć, gdyż obiecany bankomat okazał się równie nierealny jak aresztowanie Andrzeja Leppera. Zabrakło też kantoru (a tym samym kasy na tak prozaiczne potrzeby Halniaka jak zupa czosnkowa z grzankami i serem), a wieczorem w szkole, gdzie nocowaliśmy zabrakło też prądu elektrycznego. Prąd znalazł się dopiero rano po interwencji Człowieka Po Polibudzie. Wcześniejsze próby uruchumienia elektryczności przez Człowieka Po Polibudzie (w wersji Informatyka) spełzły na niczym.

Sobota 05.03 - nie było obiecanych przez organizerów zasp po pas. Tym samym pomimo rozlicznych postojów (tudzież posiedziów i poleżów) do schronu na Hali pod Śnieżnikiem dotarliśmy dużo za wcześnie, czyli coś koło 13:00. Wieczorem podczas mety nie było gitary, co jest stratą porównywalną z brakiem zupy czosnkowej.

Niedziela 06.03 - nie było Mszy (dla tych, którzy chcieli nań dotrzeć i robili wiele, by się to udało). Przez ranek napadało kilkanaście cm świeżego śniegu, co znacząco opóźniło marsz. Dodatkowo ksiądz uwinął się z Mszą w tempie Speedego Gonzalesa.

Część druga - o tym, co jednak było

Dupozjazdy - piękne, długie i szybkie. Najlepszy od razu pierwszego dnia podczas zejścia do Ostruznej. Było też zjeżdżanie tyłem ze Śnieżnika, a potem też zeń, przodem, chociaż z plecakiem.

Długie, piękne i równe sople, wiszące niemal wszędzie, pozwalające na toczenie krótkich niestety (z powodu fizycznej nietrwałości materiału zbrojnego), lecz emocjonujących walk soplowych, do złudzenia przypominających te z pierwszego cyklu „Gwiezdnych Wojen”.

Zamiast naszej czwórki na biegówkach był Kierzol (sztuk jeden) na ski-tourach.

Last but not least - było dwóch organizerów, którzy wprawdzie kilku spraw nie dopięli na ostatni guzik, to przez cały czas rajdu wykazywało się niesamowitą inicjatywą w tworzeniu tego, czego pozornie stworzyć się nie da.

Rafał Jankowiak

<< powrót

© 2008 - 2012 Akademicki Klub Górski „Halny” Poznań