Relacje

Rajd „Alkoholowy”
Králický Sněžník i okolice
03-06.03.2005

O 2 w nocy, gdy jechałem z Asią na dworzec PKP, spotkałem Anię z Chełką. Dotarliśmy na Poznań Główny o 2:20, na miejscu zbiórki było już kilkanaście osób, zacząłem szybko wyczytywać listę obecności, aby osoby, które się ubezpieczały, podały Asi wszystkie swoje dane. Marta miała mi pomóc zapanować nad sytuacją, a tego nie zrobiła. Musiałem jednocześnie sprawdzać obecność, przyjmować wpłaty i sprawdzać, czy wszyscy mają ubezpieczenie. O 2:45 wszyscy już sobie poszli na peron, ja zaczekałem chwilkę na spóźnialskich, kolegów Kubisza i Adamczewskiego, którzy ponadto nie mieli biletu grupowego. Wsiedliśmy do pociągu jadącego do Wrocławia, w którym panował straszny tłok, wielu ludzi jechało nim na narty. Cudem udało mi się znaleźć wolny przedział, w którym byliby uczestnicy rajdu, bałem się bowiem z biletem grupowym i dużą ilością pieniędzy(!) jechać sam z obcymi ludźmi. W przedziale miałem dwoje obcych, a z naszych siedzieli tam Lechu, Bosski oraz Dunja. Przez całą drogę nie mogłem zasnąć. Na początku było mało alkoholowo. Wziąłem tylko łyk piwa od Lecha. Nawet nie miałem czasu, aby rozdać na dworcu w Poznaniu znaczki. Pociąg o 5:20 dojechał do Wrocławia. Tam czekaliśmy pół godziny na skład jadący do Kłodzka Głównego, przy czym na peronie nie było sektora C, zatem grupa nie wiedziała, gdzie ma się ustawić. W końcu, po długim czasie oczekiwania nadjechał upragniony pociąg. Jednakże tylko jeden wagon jechał do Kłodzka, pozostałe do Jeleniej Góry; musiałem tam iść i uprzedzić wszystkie osoby, aby się przesiadły na sam przód, do wagonu jadącego do Kłodzka. Wreszcie grupa się skompresowała i mogłem rozdać im wszystkim znaczki. Do Kłodzka Gł. dotarliśmy o 7:15, tam sprawdziłem, że kolejny pociąg - do Międzylesia - odjeżdża o 7:31 z peronu 3. O 7:25 zebrałem grupę i powędrowaliśmy schodami i kładką na peron 3, przy okazji policzyłem grupę - były 43 osoby. Czekaliśmy tam kilka minut, po czym okazało się, że nasz pociąg jest opóźniony o 10 minut, o mały włos nie doszło do buntu.

Po kilku minutach usłyszeliśmy przez megafon, ze nasz pociąg będzie jednak na peronie 1. W Międzylesiu strażnik graniczny ostrzegł nas przed dużą ilością śniegu na Śnieżniku. Zaczęliśmy wędrówkę w stronę granicy. Ja z Marysią szedłem na przedzie, grupie nie za bardzo chciało się iść, bałem się, że nie zdążą dojść do Dolni Lipka na vlak. Po przejściu kilku kilometrów szosą, Chmielu i parę osób złapali stopa - furgonetkę, którą podwieźli także mnie i Mary do przejścia granicznego. Byliśmy zatem godzinę przed odjazdem pociągu. Chmielu z Chełką jak zwykle zaczęli się wymądrzać, ale w ogóle ich nie słuchałem. Reszta grupy miała wolne tempo, bałem się, że nie zdążą przyjść przed 10.50. Na szczęśnie już o wpół jedenastej wszyscy byli. I kolejny problem. Mieliśmy się rozdzielić na dwie grupy. Ile osób, tyle wariantów rozdziału. Zdecydowałem, że część grupy jedzie do Brannej, a reszta - ze mną w stronę Starego Mesta i z Chrastic zrobimy trasę żółtym szlakiem. Tak też się stało, w pociągu ustaliliśmy, kto do której grupy idzie. Należało podjąć decyzję, zanim pociąg dotrze do Hanusovic, gdzie moja grupa wysiadała. Było nas w sumie 14 osób. Mieliśmy godzinę czasu na odwiedzenie sklepów, wypłacenie pieniędzy z bankomatu, zakup meruńki. Reszta grupy pod przewodnictwem Marty Filipiak dojechała sobie tamtym pociągiem do Brannej.

My tymczasem o 12.25 odjechaliśmy szynobusem w kierunku Starego Mesta, wysiedliśmy w Chrasticach pół godziny później, skąd żółtym szlakiem wyruszyliśmy na podbój czeskich gór.

Na początek pamiątkowe zdjęcie, widoki naprawdę piękne, po obu stronach naszej trasy widać było górzysty, zaśnieżony po pas teren. Po drodze mijaliśmy pensjonaty oraz wyciągi narciarskie w miejscowości Hyncice; pod jednym z nich zrobiliśmy dłuższy postój, aby odpocząć oraz namyśleć się, gdzie dalej mamy iść. Tam najprawdopodobniej Dave zostawił siatkę ze słodyczami, która gdzieś się „zawieruszyła” pod jego 2,5 - litrową colą. Po zrobieniu kilku fotek podeszliśmy pod górę obok nartostrady, byłem zachwycony widokiem szczytów, wzdłuż których następnego dnia miałem iść na śnieżnik. W Stribrnicy nasza grupa się rozproszyła. Niektóre osoby, w tym ja poszły do pensjonatu Strvanice zjeść cos ciepłego, inni poszli już do Starego Mesta. Zagadałem właściciela knajpy, myślałem, że mnie jeszcze pamiętał, w końcu dwa tygodnie wcześniej byłem u niego z Wiciem i z Ola pytać o noclegi. Po dłuższej chwili zaczął mnie kojarzyć. Mówił, że idąc na śnieżnik bez nart możemy ugrzęznąć w śniegu po pas. O 16.30 w osiem osób pojechaliśmy autobusem do Starego Mesta, gdzie zrobiliśmy zakupy w markecie - relikt komuny. W kasie babcia, która niewiele słyszała. Były tylko cztery butelki meruńki, które wziąłem. W ten sposób na mecie zamiast 12 - mieliśmy 10 butelek. Na dokładkę nie mieli tam kasy fiskalnej, tylko taką zwykłą, na paragonie nie było napisane, co kupiliśmy. Wreszcie mogliśmy pójść do Zakladni Skola, gdzie mieliśmy zarezerwowany nocleg. Szkolnik - ichniejszy portier - od razu mnie poznał - przecież nocowałem tam z Wiciem i Olą dwa tygodnie wcześniej. Jakże się zdziwiłem, gdy na sali gimnastycznej zobaczyłem prawie całą nasza grupę z rajdu oraz osoby z trasy czterodniowej. Aga była zachwycona. Wzdłuż sali rozłożone były materace gimnastyczne, na których spaliśmy. W ogóle bardzo podobało mi się to miejsce, jako nocleg na rajdzie. Tanie, nie za luksusowe, ale przyjemne. Mieliśmy do dyspozycji czajnik elektryczny, łazienkę z trzema prysznicami, z których leciała tylko lodowata woda. Na sali mogliśmy grać sobie w kosza, albo huśtać się na linkach do ćwiczeń. gimnastycznych. Stały się one główną atrakcja tego miejsca. Tak to sobie odpoczywaliśmy, jedliśmy cieple potrawy, gdy, około godziny dwudziestej wyłączono nam prąd! Nikt nie wiedział, co się stało. Na sali zapanowała ciemność, wszyscy zaczęli wyciągać swoje czołówki. Ktoś oświetlił pomieszczenie szperaczem, tak, że w sumie było tam dość jasno. Do szkoły na nocleg wszyscy szczęśliwie dotarli, część osób poszła później do okolicznych knajp. Większość ludu, w tym ja, była tak zmęczona po poprzedniej, nieprzespanej nocy, że o godz. 21. od razu poszła spać.

Jest noc. śpisz jak kamień, a tu nagle o 2:26 jakiś koleś do mnie dzwoni i pyta, czy może się zapisać na rajd, na trasę, która wyjeżdża w piątek. Ja się zastanawiam, o co mu chodzi, przecież moja grupa wyjeżdżała w piątek. Po chwili się zorientowałem, że chodzi mu o trasę dwudniową. Kazałem mu skontaktować się z Piotrkiem Tomysem i wysłałem go do czterech diabłów!!

Rano, około godz. 6:20 się obudziłem, dziesięć minut później moja komórka dobudziła Vivaldim resztę towarzystwa. Mieliśmy jednak problem, gdyż nadal nie było prądu!! A potrzebowaliśmy zagrzać sobie herbatę do termosu na całodzienną trasę na mróz. W końcu Rafał dopiero tera się kapł, że trzeba wajchę jedną przesunąć i stała się światłość. Bałem się, że gdy wszyscy z grzałkami zajmą wszystkie gniazdka, to siądzie bezpiecznik, na szczęście nic takiego się nie stało. Zrobiliśmy sobie ciepłe jedzonko, herbatę do termosów na drogę, spakowaliśmy się i... część z nas poszła na przystanek czekać na autobus 8.05 do Stribrnicy. Ja jak zwykle pakowałem się długo i wyszedłem jako jeden z ostatnich z dwoma kolesiami. Na sali zostały spodnie - nie wiedzieliśmy czyje - myśleliśmy, ze należą do tych małych dziewczynek, więc je zostawiliśmy. Później się okazało, że były one własnością Amaty.

Na przystanek przybiegłem dosłownie na ostatnią minutę. Wiciu zdążył już zebrać kasę za bus, zrobiło się zamieszanie, po upchnięciu plecaków, wszyscy (tj. 47 osób z plecakami!) jednak weszliśmy do środka. Nie wiem jakim cudem do autobusu wcisnęła się jeszcze grupka Czechów z nartami. O godz. 8.30 ze Stribrnicy, gdzie wysadził nas autobus, zaczęliśmy naszą wędrówkę na Śnieżnik. Pogoda była piękna. Świeciło słońce i wiał lekki wiaterek. Szliśmy trasą, którą wcześniej zaproponował Rafał - najpierw pod górę trasą nieoznakowaną aż do granicy, a potem w lewo zielonym szlakiem aż na śnieżnik. Szczęśliwie dla nas wszystkich, zwłaszcza dla Magdy, która później utraciła siły, „nie było zasp obiecanych przez organizerów”. Za to była piękna pogoda. To południa zachmurzenie było niewielkie, zrobiliśmy wiele przepięknych zdjęć (vide galeria). O godz. 10.30, po wyjściu z lasu, doszedłem na polanę, z której doskonale było widać Śnieżnik. Tam się dowiedziałem o tej nieszczęśniczce, której zabrakło sił i która byłaby pobłądziła, gdyby nie bohaterski Chmielu, który ją uratował. Niestety niektóre osoby chyba zapomniały, że Rajd Alkoholowy to nie oznacza, że pijemy na szlaku i że meruńka jest na metę - reszta niech pozostanie milczeniem. Wspinaliśmy się powoli w kierunku Śnieżnika, robiąc krótsze bądź dłuższe postoje, ja byłem na szczycie około godziny trzynastej. Spędziłem tam niemało czasu czekając na resztę grupy, w tym na Magdę. Marta wymyśliła zabawę w dżdżowniczkę - taka na rozgrzewkę z chodzeniem dookoła. Część osób nie wytrzymało i zaczęło schodzić do schroniska. Ja byłem na miejscu mety ok. 14.30. Wcześniej podziwiałem widoki średniaka i Małego Śnieżnika i robiłem sobie zdjęcia. Miałem niezły zgas, gdy dowiedziałem się, że Rafał, Wituch i Aga poszli do Kletna (czy ich pogięło?!). W ten sposób chyba po raz pierwszy w historii Halnego stali się oni jedynymi uczestnikami rajdu, którzy zrobili wszystkie trasy. (trasa dwudniowa szła od Kletna). Gdy przyszedłem do schroniska „Na Śnieżniku”, większość osób była już zakwaterowana, po jedzeniu i piwie. Ja zająłem sobie miejsce w czteroosobowym pokoiku nr19. Dla grupy z Magdą została szczęśliwa trzynastka.

O szesnastej do schroniska dotarała także trasa dwudniowa. Teraz parę słów o schronisku. Całkiem miłe, przytulne miejsce, ceny w bufecie wysokie, choć nie - powalające. Pamiętam, że trudno tam było znaleźć męski prysznic. Bosski z przepasanym ręcznikiem wstydził się podejść do bufetu , także ja osobiście musiałem się pofatygować. W ogóle później wszyscy się gdzieś porozchodzili - niektórzy na średniak inni na dupozjazdy, jakkolwiek wszyscy wieczorem o 20-stej spotkaliśmy się na mecie. Niestety nie było grajka, zatem ja z Wiciem musieliśmy spełniać jego funkcje. Nie zawsze to wychodziło, ale grupa trzymająca śpiew (specjalne podziękowania dla Agi Szczęsnej ) robiła co mogła, aby nam pomóc. Brak grajka kompensowały natomiast śmieszne konkursy, które przygotowaliśmy. Pierwszy z nich - najbardziej obciachowy strój - wyszedł naprawdę obciachowo. Dzielny Lechu otworzył puszkę konserw, jednak nie chciał głównej nagrody - zawartości puszki. Na konkurs krajoznawczy przygotowałem dość łatwe pytania, zdziwiło mnie, że nikt nie wiedział (starzy Halniacy, wstydźcie się!), że Dolina Białej Lądeckiej oddziela Masyw śnieżnika od Gór Złotych ani nie potrafił wymienić trzech rezerwatów przyrody w okolicy. Każdy wiedział, czego nie było w Czechach poza Hanusovicami - bankomatu. Przed godz. 23 zakończyła się tzw. Oficjalna część mety, większość ludu poszła spać, ja jeszcze siedziałem z kilkoma osobami i wypiłem po innych dwa piwa, co w połączeniu z setką meruńki i zmęczeniem - rozłożyło mnie. Po posprzątaniu głównej sali, przenieśliśmy się do pomieszczenia obok. Ja rozmawiałem z kol. Kubiszem i Adamczewskim o urokach studiowania na EiT. Zmęczony położyłem się spać o pierwszej. I znowu coś mnie obudziło w nocy - tym razem to nie komórka, tylko Lechu z trasy czterodniowej, który spadł z piętrowego łóżka i cudem jakimś się nie połamał (mój bałagan, w tym bluzy porozrzucane na podłodze, go uratował).

Ciężko się wstawało, poczułem osobiście co to znaczy, że rajd jest alkoholowy. Inni uczestnicy chyba także. Ciężko się było wygrzebać, ale jakoś się udało. Rafał z ekipą wyruszył na Igliczną o 9.30 z zamiarem dotarcia do tamtejszego kościoła na mszę św. na 12.00. Ja ze swoją grupą wyszedłem 15 minut później, musiałem cofać się z nieprzetartego, czerwonego szlaku. Zostawiłem guzdrały z Agnieszką, a sam dogoniłem Rafała. Potem, nie chwaląc się, szedłem jego tempem. Ekipa maruderów natomiast wychodziła ze schroniska o 11.00 pod opieką Wicia. Ja, Rafał, Piotr Tomys, Dorota i Aga Szczęsna doszliśmy do Sanktuarium Panny Marii Śnieżnej na godz. 12.40, czyli było po mszy. Odpoczywaliśmy chwilkę w środku, gdy na zewnątrz rozpętała się straszna śnieżyca. Na szczęście, stamtąd było niedaleko do Międzygórza. Zeszliśmy sobie przez Ogród Bajek, oczywiście nieczynny, nad Wodospad Wilczki, cały zaśnieżony, jak wszystko w okolicy zresztą. Wbrew pozorom nie było tak dużo czasu. W sklepie okazało się, że mamy go jeszcze mniej. Sprzedawczyni uświadomiła nam, że PKS o 15.10, którym zamierzaliśmy wrócić, nie jeździ w niedzielę, a najbliższy autobus mamy 14.40. Było już po czternastej, wiec mielismy niewiele czasu, aby zebrać grupę, co pojedzie tym wcześniejszym autobusem (o 15.00 czekał na nas podstawiony). Na szczęście większość wiary siedziała w restauracji naprzeciwko sklepiku. Przyszli na przystanek na ostatnią chwilę. Gdy kierowca wsiadł do środka, kupiłem bilet dla 30 osób - czyli połowy grupy - otworzyły się wszystkie drzwi i weszło chyba 37 osób. Ja, ani nikt inny ich nie liczył. O 15.00 zgodnie z planem przyjechał nasz autobus, do którego zapakowaliśmy się w 22 osoby. Jak na ironię losu za chwilę na przystanku pojawił się... kolejny autobus, to był chyba ten 15.10 i się śmialiśmy, ze w Międzygórzu PKS kursuje częściej niż w Poznaniu. Kasa fiskalna w autobusach tej firmy nie jest przystosowana do wydawania biletów grupowych, zatem stałem się właścicielem biletu długości 3 metry, czym pobiliśmy nasz poprzedni rekord - bilet z Węgier (vide relacja z Rumunii 2004). Po pół godzinie zajechaliśmy do Bystrzycy Kłodzkiej, gdzie autokar wysadził nas na ul. Okrzei. Jako, że jest to rodzinne miasto mojego ojca, które dobrze znam, postanowiłem oprowadzić swoją grupkę. Zwiedziliśmy plac wolności, nie było już czasu na wstąpienia do Muzeum Filumenistycznego, za to obejrzeliśmy wszystkie baszty oraz przepiękny kościół św. Michała, którym dziewczyny z architektury były zachwycone. Pokazałem wszystkim, gdzie mieszka moja babcia, teraz chyba wszyscy będą znali moją bliższa i dalszą rodzinę, nie AGA? Czas nas gonił, więc wróciliśmy sobie ze spokojem ul. Wojska Polskiego i doszliśmy sobie do Dworca PKP, gdzie spotkałem się z wujem. Dałem mu znaczek na pamiątkę, poznał Olę i Wicia. O 16 wsiedliśmy do pociągu, którym odjechaliśmy do Wrocławia. W planie było 12 minut na przesiadkę na pociąg do Leszna. Nasz miał 8 minut spóźnienia i w ostatniej chwili udało nam się przesiąść. Zrobiłem se zdjęcie z szefową (galeria), o 20.20 przesiedliśmy się w Lesznie na osobówkę do Poznania. W ten sposób za 13 zł/os. przejechaliśmy 280km. W pociągu do Poznania niektórzy zdjęli buty, także panował tam niemiłosierny smród.

Pełni wrażeń, zadowoleni przyjechaliśmy do Poznania o 21.30. Mam nadzieję, że rajd się spodobał.

Michał Pilc

<< powrót

© 2008 - 2012 Akademicki Klub Górski „Halny” Poznań