Relacje

Rajd „Alkoholowy”
Králický Sněžník i okolice
03-06.03.2005

Z Kletna na Śnieżnik

Ruszyliśmy z Poznania 13 osobową ekipą pod kierownictwem Piotra Tomysa. Kameralnie, sympatycznie i z udziałem nowych, co zawsze cieszy. W Kłodzku przywitał nas mrozzzik (-18), za to dzionek zapowiadał się pięknym słońcem. Spokojnym tempem, dla zmarzlaków, takich jak ja nawet zbyt wolno, udaliśmy się drogą do Kletna opalając nosy. Zanim dotarliśmy do rozlicznych miejscowych atrakcji, trochę potrwało, ale zdecydowanie było warto. Sama miejscowość sprawiała wrażenie zapomnianej, zero sklepów, knajpy pozamykane, głucho. Ale nie poddawaliśmy się i brodząc w zaspach wdrapaliśmy się w rejon dawnej kopalni uranu. Przywitała nas tam bardzo sympatyczna obsługa, gość przechował nam plecaki, jego kolega, zresztą przewodnik PTTK-u , ze sporym zaangażowaniem oprowadził nas po sztolni. No, wizyta warta uwagi, mała powtórka z historii burzliwej przyjaźni polsko-radzieckiej. Dość powiedzieć, że po wyjściu wcale nie świeciliśmy, zatem polecam, sprawa bezpieczna i ciekawa. Tu nastąpił dalszy ciąg wycieczki iście krajoznawczej- Muzeum Ziemii. Szczerze powiedziawszy nie spodziewałam się takiego zbioru eksponatów i tak zajmującej prelekcji. Hmm, nawet nabraliśmy ochoty, by odtąd rozłupywać co poniektóre kamloty, a nóż jakiś ciekawy i drogocenny łup przypadnie nam w udziale... Ale czas wracać na szlak. Jeszcze po drodze do nieczynnej w tym czasie Jaskini Niedźwiedziej mijaliśmy uroczą fontannę, która barwiła śnieg na błękitna barwę (z powodu jakowyś tamtejszych anionów). Ten właśnie obiekt uwieczniła na mecie w swym dziele stopą malowanym Tesia, niewielu jednakowoż na tymże rzadkim zjawisku się poznało. I jeszcze żeby dopełnić żądzy wrażeń cudnie ośnieżony kamieniołom. A potem już przedsmak szlaku, w górę, dość tych turystycznych przyjemności! Przez krótki odcinek żóltego szlaku, w sumie niekonieczny, przecieraliśmy - tak to tradycji stało się zadość, a ci, którym jeszcze nie było dane przekonali się o co loto w temacie przebiśniegów. Jeszcze przy jaskini spotkanie naszych, którzy już zbiegli ze śnieżnika i marsz na metę. Szlak ubity, przechodzony, choinki pięknie otulone bielą, mrozik skrzypiący, słonko na niebie, aż się chciało iść. Mimo to już dało się odczuć, że widoczność spada, więc najlepsze obrazki ze szczytu już nas ominą. Kiedy dobiliśmy do schroniska gawiedź przybyła zza granicy już grzała ławy, tudzież tyłki po dzikich harcach w śnieżnych rynnach... Testowaliśmy radośnie wszelkiego typu sprzęt zjeżdżający, od kurtek przez worki, po wymyślne formy kolorowych tyłozjazdek. Uuuu, sama przyjemność aż do zmroku. A potem już meta. Choć nie było gitarry, grupa trzymająca śpiew tradycyjnie dopisała (nie chwaląc się przy moim też skromnym udziale), zagrzewał nas Wiciu i mocny zagramaniczny, aromatyczny trunek. Konkursów nie brakowało, pomysłów na ich realizację także. Słowem dobra, halniacka, metowa forma.

A nazajutrz... cóż, niespodzianka w postaci załamania pogody. Szlak dużo trudniejszy, choć i tak z warstwą ubitego puchu pod (niezbyt odległym) spodem. Rafał dzielnie przecierał, Michu i kto tylko mógł doganiał, bo jak zwykle wybieraliśmy się w powrotną drogę w wielu odsłonach. Do sanktuarium Matki Bożej Śnieżnej dotarliśmy we czwórkę (grubo po docelowej mszy), reszta zdecydowała raczej zostać w Międzygórzu i testować tamtejsze jadło. A co ambitniejsi odwiedzili jeszcze wodospad Wilczki. Oj, miłe to było doznanie, kiedy z wrodzonym każdemu z nas wdziękiem testowaliśmy świetne osiągi w ślizgu bocznym kontrolowanym. Zejście nad wodospad stwarzał świetne ku temu warunki - nie przetarte, stromo, pod świeżym puchem oblodzenia... Niezła jazda! No, tylko niektórym w tym przypadku przeszkadzały kijki... Sam wodospad, odnowiony po powodzi i czarownie zamarznięty w tym czasie, cieszył oczy. Znów wart uwagi punkt programu.

Tak to dotarliśmy do Międzygórza. Zasiedliśmy do wesołych autobusów, a potem już tylko droga powrotna, suto przetykana przesiadkami, z pamiętną, ale szczęśliwą dla nas szybką akcją we Wrocku. Niewtajemniczonym powiem tylko, że o picie / knyszy nie mogło być tym razem mowy.

Agnieszka Szczęsna

<< powrót

© 2008 - 2012 Akademicki Klub Górski „Halny” Poznań