Relacje

Rajd „Ten Trzeci”
Oravská Magura
30.04-03.05.2004

Tym razem mieliśmy o dziwo tylko 10 minut spóźnienia. O dziwo, gdyż zgodnie z wieloletnią świecką tradycją PKP potrafiły dawać swoim klientom w promocji 11 godzin w pociągu w cenie dziewięciu. W każdym razie niemal na czas dotarliśmy do Chabówki. Dotarliśmy po niespełna 10 godzinach jazdy, z czego tylko 4 czy 5 na siedząco... Tam, tuż przy dworcu, stał wynajęty przez nas bus, który szybko i sprawnie dowiózł nas do leżącej kilka kilometrów za granicą Trsteny. Granica przeszła (jak to zwykle słowacka) sprawnie i szybko, znudzeni celnicy już chyba pakowali się przed wyjazdem na pogranicze ukraińskie, gdyż nawet nie wyjrzeli z budek. A strażnik graniczny też potraktował nas ulgowo.

Trstená - to przede wszystkim szybkie zakupy. A potravin na najbliższe 3 dni poniewierni trzeba było niestety trochę doładować do plecaków. Potem już tylko spacer na dworzec kolejowy i godzinna przejażdżka standardowym słowackim MOS 810. Jakże wiosenne widoki rozpościerały się zza okien ! Wszędzie jeszcze ślajdy zimy, trochę wiosennego błotka, ale nade wszystko - piękna, świeża zieleń z majaczącymi jeszcze na wyższych grzbietach łachami śniegu.

I wreszcie Oravský Podzámok. Kto był - wie, że warto. Kto nie był - zachęcam. Stojący na kilkudziesięcio-metrowej skale zamek od wieków górował nad okolicą i strzegł ważnego traktu handlowego. Nam niestety nie było dane wejść do środka zamku - najbliższe wejście z vodicem zaplanowane było za pół godziny, a samo zwiedzanie trwa niemal półtorej. Z żalem musieliśmy więc ruszyć na szlak. Początki były wręcz rewelacyjne - piękne widoki na Tatry Zachodnie, masyw Siwego Wiechu, Choccske Vrchy, gdzieś w oddali Babia Góra, Pilsko... Potem szlak zrobił się leśno-krzakowo-błotny, a widoki ograniczyły się do plecaka osoby idącej przed. Nieco później błoto ustąpiło miejsca płatom śniegu, które zresztą kryły liczne niespodzianki, typu kałuże pod spodem. Nie muszę chyba dodawać, że niejeden raz je poznaliśmy. Tym sposobem tuż przed 19tą znaleźliśmy się u stóp Mincola, gdzie czekało nas już tylko krótkie (choć treściwe) zejście do Chaty na Kubinskej Holi, gdzie za skromne 250 Sk zapadliśmy w zasłużony sen.

Dzień następny zaczął się jak najbardziej pozytywnie - wszyscy wypoczęci, wyspani, pełni energii do działania, energii, która - jak pokazała najbliższa przyszłość - miała się bardzo przydać. Zaczęło sie od konkretnego, ale krótkiego podejścia na Mincol, najwyższy szczyt Magury. Niestety - główny szlak (ten, którym podążaliśmy) trawersuje wierzchołek. Aby wejść na szczyt, trzeba najpierw iść innym szlakiem, a później ścieżką „mestneho znaceni” czy o oznakowaniu miejscowym. Oznakowanie miejscowe, początkowo jeszcze widoczne tu i tam, wkrótce znikło zupełnie i ... zostaliśmy na środku lasu na jakieś dzikiej ścieżce, wiedząc tylko, że szlak jest gdzieś na północ od nas. Poszliśmy więc w tym właśnie kierunku przez knieje, krzaki, śnieg sięgający miejscaimi do kolan oraz (rzecz jasna) przez błoto. Szlak znalazł się po mniej więcej godzinnym poszukiwaniu :( Ale jakby w ramach przeprosin chwilę potem wyłoniła się piękna, słoneczna polana, pełna krokusów, śladów rozmaitej zwierzyny (w tym również „śladów” ;) ).

Kolejne 3-4 godziny wędrówki to liczne polanki z widokami na Pilsko i Babią, na Wielką Raczę, ale przede wszystkim na majestatycznie sterczący znad morza lasu wapienny masyw Vel'keho Rozsutca, na który to (jak wielu pewnie p[amięta z maja 2002) wejście o tej porze roku kosztuje 3000 koron.... kary :) My na szczęście uciekając przez jedną z wielu tego dnia burz zeszliśmy koniec końców na kraj Oravskej Lesnej, gdzie mieliśmy zamiasr znaleźć sobie kwaterkę. Znajdowanie miejsca na nocleg zajęło nam wprawdzie dobrą godzinę, ale za to załapaliśmy się na początek pierwszej we wiosce Euro-imprezki, podczas której rozdawano jak najbardziej lokalne euro-kiełbaski i jeszcze bardziej miejscową euro-borovickę. Kiedy więc w końcu mieliśmy kąt do spania, impreza rozkręciła się na całego!

W niedzielę wstaliśmy naprawdę wcześnie, bo już o 6. Ale skoro trasa miała (wg rozmaitych przewodniów i map) liczyć cirka 10h, to niestety trzeba było. I znów : niekończące się polany z widokami na prawo i lewo, tu i ówdzie chaszcze, no i wreszcie asfalt, którym zeszliśmy do Vychylovki, gdzie znajduje się skansen budownictwa kysuckeho oraz dość oryginalna wąskotorówka. Skansen, jak skansen - około 40 chałup, pochodzących głównie z zalanej przez sztuczny zbiornik byłej wioski (co a'la nasze Maniowy na Spiszu). Natomiast wąskotorówka to było coś naprawdę oryginalnego. 750-mm tor o nachyleniu dochodzącym do 9 promili (to dla porównania 2x więcej niż najstromsze miejsce na linii do Zakopanego), a na tym torze prawdziwy parowóz, będący w dość sędziwym wieku, gdyż liczył sobie dokładnie 95 lat. Co więcej - przy budowie linii zastosowano tu system zwrotnic, pozwalający pociągom na pokonanie bardzo stromego stoku. Jak się dowiedzieliśmy, jest to jedyne (poza Andami) takie rozwiązanie na świecie!

Ze skansenu (gdzie wciągnęliśmy też całkiem niezły obiadek w postaci bryndzovych haluskov) ruszyliśmy ochoczo ku samej wiosce Vychylovka, by potem skręcić na północ i po ok. półtorej godzinie dojść na polską granicę. Tym razem nikt nas o nic zupełnie nie pytał, pogranicznicy poszli chyba bawić się w szukano w miejscową fauną, a nam nie pozostało nic innego jak zejść do Soblówki, by potem stopem, a na koniec pieszo dojść do Danielki, gdzie czekała łaźnia w strumieniu :), tłok, ciasny kopulodrom, ale za to wieczorem ognicho i gitara. I to by było na tyle.

Rafał Jankowiak

<< powrót

© 2008 - 2012 Akademicki Klub Górski „Halny” Poznań