Relacje

Rajd „Żołądkowy” 2004
Babia Góra i okolice
05-07.03.2004

Relacja z trasy 3-dniowej z Jordanowa

Rajd Alkoholowy tym razem prowadził w Beskid Makowski i Beskid Żywiecki, a konkretnie celem była Babia Góra. Rajd zapowiadał się całkiem przyjemnie, tym bardziej, że patronką rajdu była Żołądkowa Gorzka... ;-)

Jak gdyby nigdy nic w piątek rano dojechaliśmy sobie do Jordanowa, skąd mieliśmy się udać w leserską traskę... i po około 5-6 godzinach mieliśmy dotrzeć do schroniska na Hali Krupowej. Tak więc wyruszyliśmy w trasę... humor dopisywał, słonko świeciło... tylko że organizatorzy nie przewidzieli jednego małego szczególiku.... oto śniegu było troszeczkę więcej, niż normalnie... tak więc po przejściu paru kilometrów dość przyjemnego spacerku nagle skończyła się dobra, udeptana droga... dalej szlak był nieprzetarty. Niestety nie było innego wyjścia, jak iść tym szlakiem i go przecierać, w międzyczasie zapadając się w śnieg sięgający od nie napiszę po co :-) , do po pas. I tak sobie szliśmy i szliśmy.... zmieniając się co chwilkę na przedzie i przedzierając się przez pokrywę śnieżną... (właśnie stąd wzięła się nazwa „przebiśnieg” ;-) ). W międzyczasie zrobiło się ciemno, zimno (-15 st. C).... i pięknie świecił księżyc. Wyszukiwanie znaczników szlaku na drzewach sprawiało coraz większy problem, więc nasze tempo było coraz mniejsze... szliśmy coraz wolniej - świecąc czołóweczkami po drzewach. Niektórym osobom troszeczkę buty przemokły... zrobiło się dość chłodno... a także nerwowo...(...).

Doszliśmy w końcu do schroniska na Hali Krupowej, z odrobiną pomocy, ale dotarliśmy około 23:30... przejście tej trasy zajęło nam około 15 godzin, 3 razy dłużej, niż planowano. Ale wszyscy doszli cali...ale niekoniecznie szczęśliwi tego dnia.

Następnego dnia planowano trasę 6-8 godzin... jednak została ona skrócona... i już bez takich przygód... Chwała za to organizatorom, którzy się ulitowali nad nami ;-) (Dodam tylko, że rozmawiałem z jedną osobą, która przeszła tą trasę (wersję 6 godzinną) na nartach ski-tourowych w czasie 10 godzin, przecierając szlak. Aż strach pomyśleć, co by było gdyby).

Jednak nasze szlaki były przetarte, a pogoda piękna, tak, że można było oddychnąć. W schronisku pod Babią Górą (Markowe Szczawiny) wszyscy zameldowali się jeszcze za dnia... i nikomu nie było w głowie zdobywać szczytu Babiej, tym bardziej, że był 4-ty stopień zagrożenia lawinowego i wyprawa na szczyt mogła by się okazać odrobinkę niebezpieczna.

Meta była udana... (nie będę jej tutaj w szczegółach opisywał (w końcu to rajd alkoholowy, więc co nie co dziać się musiało ;-) ), wszyscy się bardzo dobrze bawili, a wyczyn piątkowego dnia przeszedł do historii i będzie potem wspominany przez uczestników przy okazji różnego rodzaju wspominkowych spotkań).

W niedzielę wczesnym rankiem wstaliśmy i dużą gromadą udaliśmy się na śniadanie... chwilkę jeszcze odczekaliśmy, aż otworzą nam jadalnie... (...) Po śniadaniu udaliśmy się w kierunku przystanku PKS, który był oddalony jakieś 2-2,5 godziny drogi... i co najciekawsze - tym razem zmieściliśmy się w czasie, jaki widniał na szlakowskazach.

W drodze powrotnej już przygód nie mieliśmy. Część osób udała się zwiedzać Kraków, a część jeszcze zahaczyła o Karczmę, która to Rzym się nazywa... w Suchej Beskidzkiej.

Grupa ponownie się skonsolidowała w Krakowie, skąd udaliśmy się w podróż powrotną pociągiem.

I tym optymistycznym akcentem dziękuję za uwagę....

Szymon Cieślak

<< powrót

© 2008 - 2012 Akademicki Klub Górski „Halny” Poznań