Relacje

Rajd „W Nieznane”
Okolice Wągrowca
14-15.06.2003

Ostatni staną się pierwszymi czyli komarki reaktywacja do boju!!!

Wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazywały ze rajd „W Nieznane” odbędzie się w tym roku w okolicach Wągrowca (plakaty z owcami i latawcami, historyjki o naszym Krewniaku, odwołania do Polaków i gęsi). I choć nasza interpretacja tych znaków była nieco odmienna od zamierzeń twórców tych wspaniałych łamigłówek, to jednak „Wszystkie drogi prowadzą do..... Wągrowca. Udało nam się nawet bezbłędnie ustalić miejsce i godzinę zbiórki. Tak wiec dnia owego przez organizatorów wyznaczonego stawiliśmy się o godz. 6:46 u zbiegu ulic ks. Jakuba Wujka i Topolowej w komplecie i gotowi do boju. Skład naszej sześcioosobowej drużyny to: Kasia, Dominika, Beata, dwie Basie i Karol. Organizatorzy rajdu, czyli Rafał i Damian, wręczyli wszystkim drużynom koperty z krzyżówkami, po rozwiązaniu których mieliśmy się dowiedzieć dokąd poszczególne drużyny mają się przetransportować, oraz z opisem tras i zadaniami do wykonania, a następnie z uśmiechami na ustach oddalili się w nieznanym nam kierunku.

W ten sposób Komarki znalazły się w parku z umysłami gotowymi do pracy. Mimo iż większość haseł udało nam się wpisać po kilku minutach, to nadal nie wiedzieliśmy dokąd mamy się udać, gdyż literki niezbędne do rozszyfrowania miejscowoci znajdowały się jak na złość właśnie nie gdzie indziej, lecz w tych 3 hasłach, których nam brakowało. Jednak Komarki, jak na krwiożercze bestie przystało, nawet nie pomyślały by poddać się bez walki i zaczęły zaczepiać przypadkowych przechodniów i wypytywać „dokąd Krasnal zimą chadza”. Reakcja praworządnych obywateli naszego miasta była troszeczkę dziwna, szczególnie pewnej pani, która spojrzała na nas jak bymy co najmniej spadli z księżyca, spuściła głowę i przyspieszyła kroku (ciekawe co ta kobieta sobie o nas pomyślała?!).

Mając początkowo dwie literki, a później aż cztery i opis trasy ustaliliśmy że naszym miejscem przeznaczenia jest Roszkowo, na tej podstawie udało nam się odgadnąć dwa kolejne hasła, które potwierdziły nasze przypuszczenia, i do rozwiązania pozostał tylko ten nieszczęsny Krasnal.

Tak więc o godzinie 8 udaliśmy się w kierunku dworca PKP gdzie czekała na nas kolejna niespodzianka. Pociąg odjechał kilka minut przed naszym przybyciem na dworzec, a następny był dopiero po 11 !!! Zdesperowani wróciliśmy na PKS, lecz niestety również i tutaj żadnego ratunku. Autobus odjeżdżał jeszcze później niż pociąg. Co robić do 11 ?! Po raz kolejny przebyliśmy drogę na dworzec PKP, kupiliśmy bilety a następnie wszyscy udaliśmy się do Karola na śniadanko - wiadomo Polak głodny musi być zły. Czas oczekiwania na pociąg upłynął nam w atmosferze ogólnego zniechęcenia i rozczarowania. Jeszcze raz przeledziliśmy naszą trasę wyprawy i wraz z Karolem doszłam do wniosku, że tak właściwie to wszystko nam się zgadza, prócz tego, że z opisu trasy jasno wynika, iż w Roszkowie powinien stać zamek w parku nad jeziorem, a nasze mapy wyraźnie pokazywały park i zamek, brakowało tylko jeziorka. Stwierdziliśmy jednak, że to tylko mało znaczący szczegół i na miejscu zastanowimy się co robimy dalej. Około godziny 10:30 udaliśmy się na stację. Pociąg a właciwie autobus szynowy przyjechał punktualnie. Wsiedliśmy do niego, zajęliśmy miejsca i tak zaczęła się nasza podróż w nieznane.

Po półtorej godziny jazdy tym cudem techniki, wysiedliśmy na stacji Roszkowo Wągrowieckie. Udało nam się znaleźć jedną dziewczynę, która wyglądała na tubylca i zadaliśmy jej jedno proste pytanie: Czy w Roszkowie, w parku koło zamku jest jaki stawek, jeziorko czy jakikolwiek inny akwen wodny? Odpowiedź była jasna, prosta i zdecydowana NIE, ale w Lechlinie tak. Pomaszerowalimy więc do Lechlina. Rzeczywiście park był, jezioro było, zamek był ... brakowało tylko budynku z dziwnymi oknami. Zrobilimy kolejne rozeznanie terenu, tym razem dokładniej wybierając naszych respondentów, kierując się głównie kryterium wieku i zawodu. W ten sposób mila, starsza sprzedawczyni podała nam, po krótkiej pogawędce, informację, że jednak w Roszkowie jest jezioro a przy nim park i zamek. Sądzę, że nie trzeba opisywać naszych uczuć, którymi obdarzyliśmy bardzo „pomocną” nam dziewczynę z Roszkowa. Całą powrotną drogę do Roszkowa przebyliśmy udając, że nic się nie stało i że kolejne zmarnowane półtorej godziny to właciwie nic wielkiego bo przecież do wieczora mamy jeszcze tyyyyyyyyyle czasu.

Idąc do zamku spotkaliśmy kilku miejscowych „chłopców” stojących pod sklepem z puszkami piwa w dłoniach. Zaproponowali nam oni wspólny wypad nad jeziorko, przy czym w trosce o nasze zdrowie zapewnili, że oni wiedzą gdzie warto się udać, bo to bajoro na miejscu do kąpieli zdecydowanie się nie nadaje. Niestety nie mogliśmy skorzystać z ich oferty - czas naglił. Tak więc w końcu znaleźliśmy się pod zamkiem, przy czym swoim pojawieniem wzbudziliśmy sensację wród miejscowej ludności. Pora już była obiadowa, więc na poprawienie humorów wyciągnęlimy zapasy z plecaków i spożyliśmy nasz drugi tego dnia, wspólny posiłek. Jednak czas naglił. Należało znaleźć znaki zaprzyjaźnionego klubu, z czym na szczęcie problemów nie mielimy i w ten sposób udalimy się w stronę przeciwną do ich wskazań, zgodnie z instrukcją zawartą w opisie trasy. Ze znalezieniem głazu przy którym mielimy skręcić na wschód też większych problemów nie było. W lesie udało nam się tylko raz zgubić drogę, ale na szczęcie po ok. 200 metrach zorientowalimy się że co jest nie tak i szybko naprawilimy „drobną” pomyłkę. Nasze umysły zaprzątała cały czas jedna myl - cóż to za niebezpieczny ptak którego gniazdo mielimy wkrótce ujrzeć? Reakcja na widok gniazda bocianów była całkiem zrozumiała.

Następnym celem podróży było „miasto kościelnego duchownego prawosławnego” czyli Popowo Kościelne. Odwiedzilimy tu przepiękny kociółek, w którym trafilimy na ostatnie przygotowania do ślubu, obejrzelimy dokładnie otoczenie kocioła, jego wnętrze i po krótkim odpoczynku udaliśmy się w dalszą drogę, czyli do wielkiego miasta tzn. Mieściska. Na tym odcinku drogi dały o sobie znać pierwsze oznaki zmęczenia i głupawki. Podczas gdy połowa drużyny była zajęta sesją zdjęciową na sianie, druga połowa usiadła na drodze i zorganizowała ogólnopolski protest przeciwko Krasnalom, żądając natychmiastowego zniesienia ich praw. Protest trwał aż do momentu pojawienia się pierwszego samochodu czyli ok. 15 minut. W znakomitych humorach ruszylimy w kierunku Budziejewka, gdzie odwiedzilimy Kamień w. Wojciecha. Tutaj powstał nasz przepiękny wianuszek, który wieczorem zwyciężył w konkursie na najładniejszy wianek świętojański. Po krótkim odpoczynku i posiłku ruszyślimy w dalszą drogę.

Do Mieściska dotarliśmy ok. godziny 19. Kolejnym etapem podróży miała być miejscowość w której „wióry lecą” (Rąbczyn) a następnie Łekno. Jednak ze względu na późną porę, jak i na drobną różnicę zdań co do sensu dalszej wędrówki, i w końcu ze względu na sprzeczności wynikające z opisu trasy i wskazań mapy podjęliśmy decyzję, że do miasta naszego krewnego jedziemy PKS-em. Jak postanowilimy tak też uczyniliśmy ... jednak dopiero po godzinnym przymusowym pobycie w Mieścisku.

Czas oczekiwania na PKS spędziliśmy aktywnie na zwiedzaniu miejscowoci, a właciwie na zwiedzaniu pewnego sklepu w którym zaopatrzyliśmy się w artykuły pierwszej potrzeby na ognisko. Podczas dyskusji na temat który gatunek kiełbasy jest lepszy i które piwo ma bardziej niebiański smak zadzwonił telefon Kasi. To Damian chciał się dowiedzieć czy żyjemy, a jeśli jakim cudem tak - to gdzie jestemy. Tylko wyraźnie słyszalna troska w jego głosie sprawiła, że nie usłyszał przygotowanej przez nas na taką ewentualnoć odpowiedzi, iż należy nas szukać za 5 drzewem i 7 rzeką tam gdzie krasnoludki zimują. Zdradziliśmy miejsce naszego pobytu i ujawniliśmy zamiar dotarcia do Wągrowca PKS-em. Damian wspaniałomyślnie nas poinformował, że przed nami pozostało tylko złamanie szyfru, bo w przeciwnym razie nie będziemy wiedzieć gdzie śpimy.

W Wągrowcu należało już tylko znaleźć obelisk z gwiazdą i złamać szyfr. Obelisk z gwiazdą znaleźlimy bardzo szybko, zaraz po wyjciu z autobusu. Fakt, że powinien on znajdować się nad jeziorem jeszcze do nas nie docierał. Po kolejnej próbie znalezienia sensu w szyfrze zaczęło nam witać, że chyba jesteśmy przy złym obelisku. Jednak wszelkie próby dowiedzenia się gdzie jeszcze jest obelisk z gwiazdą kończyły się tym samym - odpowiedzią: TO JEST JEDYNY I WIĘCEJ NIE ZNAJDZIECIE. Kasia i ja wybrałyśmy się jednak nad jezioro. Znalazłyśmy co co od biedy można było nazwać obeliskiem, ale prędzej to był nagrobek. Szyfr złamałyśmy bardzo szybko. Miejsce noclegu to Orodek Wypoczynkowy WIELSPIN. Co prawda nazwa ośrodka wydawała nam się do tego stopnia kosmiczna, że na wszelki wypadek sprawdziłymy jeszcze raz - wyszło to samo. Pewna pani z rowerem potwierdziła, że taki ośrodek rzeczywicie istnieje.

Na miejsce noclegu dotarliśmy jako przedostatnia drużyna. Zajęliśmy nasz pokój w domku i na miłej pogawędce z bossami wyprawy oraz „walce” o prysznic z 3 Jamniczymi Łapami miło płynął nam czas i w końcu nadeszła pora ogniska. Mieliśmy nadzieję, że w końcu się dowiemy kim jest Krasnal (że to jest osoba zasugerowała nam pisownia) i gdzie zimą się szwęda. Nasze marzenie zostało spełnione. Któż z nas nie słyszał w tym roku o Krasnalu i jego wyprawie na K-2. Chodziło oczywicie o Krzysztofa Wielickiego a miejsce po którym zimą chadza to Karakorum. Najśmieszniejsze jest jednak to, że takie hasło padło podczas burzy mózgów, jednak nikt się nie pofatygował żeby sprawdzić czy pasuje !!!!!!!!!

Rafał i Damian nie pozwolili nam się wyspać ustalając godzinę zbiórki na 9:30. Zgodnie z ich zaleceniami zjedliśmy obfite niadanie i stawiliśmy się w komplecie na „placu apelowym”. Przedstawicieli każdej z grup czekała poranna gimnastyka, a właciwie poranne pływanie (czyt. nurkowanie) w cieplutkim, płyciutkim basenie. Wszystko byłoby OK gdyby nie to poranne obżarstwo i nadmierna wyporność wody. W konkurencji łowienia przykrywek od słoików z dna basenu Komarki okazały się niepokonane. Kolejne zawody w łowieniu wianków z jeziora za pomocą żyłki i gwoździ również przyniosły nam kilka punktów.

W końcu nadeszła wiekopomna chwila i opuściliśmy wspaniałe miasto naszego Wujka. Udalimy się wzdłuż jeziora, a następnie torami kolejowymi do Kobylca. Tutaj także nie pozwolono nam się nudzić. Konkurs krajoznawczy pokazał wszystkim, że ze znajomocią województwa to młode pokolenie jest troszeczkę na bakier. Jednak najważniejsze, że wszystkim drużynom udało się bezbłędnie odgadnąć rejon w który należało się udać. Końcowe wyniki ogłoszone przez Rafała i Damiana wprawiły Komarki najpierw w stan szoku, później niedowierzania i w końcu w stan błogoci i radoci. Pomimo naszych „małych” trudności na początku rajdu zajęliśmy PIERWSZE MIEJSCE.

Reaktywujemy się znów za rok... jako organizatorzy RWN-u bo taka jest nasza nagroda.

Basia Masewicz

<< powrót

© 2008 - 2012 Akademicki Klub Górski „Halny” Poznań