Relacje

Rajd „Śnieżny”
Czeskie Izery
05-07.12.2003

Koła pociągu rytmicznie stukały pod podłogą, szare chmury wisiały za oknem, grzejnik rozsiewał w przedziale przyjemne ciepło. Spało się - jakby nie patrzeć - dobrze i wygodnie. Gdzieś dopiero za Marciszowem postanowiłem szerzej otworzyć oczy i rozejrzeć się po okolicy. Chwilę później, w Jeleniej Górze, kilka osób (a dokładniej mówiąc : Ci, którzy juz się rozbudzili) wyskoczyło do poddworcowych sklepików po świeże buleczki. Ruszyliśmy dalej - w stronę gór. Godzinkę potem powitaliśmy juz znajomy dworzec „Szklarska Poręba Górna”. Krótkie negocjacje z kierowcami dwóch busów, kilkanaście minut jazdy (z przerwą na dotankowanie na poboczu z kanistra przez lejek :) ) i juz byliśmy w Jakuszycach, na skraju Polski i - wreszcie - na początku gór. Niewiele czasu upłynęło, nim znaleźliśmy sie w Orlem - dawnej zagubionej wśród gór izerskiej wiosce, po której do dziś zostało zaledwie kilka budynków. W dwóch z nich mieści się schronisko, a w nim : dwa psy, znana nam już z poprzedniego rajdu „Śnieżnego” Śnieżka oraz bezimienny (ale równie sympatyczny) wilczur. Herbatki z cytryną, grzańce i kanapki znikały ze stołów w tempie francuskiego TGV. Lecz niestety, trzeba było ruszać dalej, do kraju Krecika, Sąsiadów oraz Arabelii prześladowanej przez okrutnego Rumburaka. Jak się okazało po kilkunastu zaledwie minutach marszu, na granicznej Izerze ktoś zapomniał postawić mostu czy choćby kładki. Ale wprawionym w bojach Halniakom nie takie przeszkody przyszło wcześniej pokonywać. Przeszliśmy więc w miarę sprawnie, z jednym tylko lądowaniem w lodowatych odmętach. Potem trochę marszu szutrową drogą i juz znaleźliśmy się w wiosce Izerka, gdzie powitały nas cztery urocze małe czarne świnki + (ich ???) mama. Zwierzaki były wprawdzie sympatyczne, znaczy dość sympatyczne, ale niestety próby złapania którejkolwiek w celu późniejszego przerobienia na garmażerkę spełzły na niczym. Ruszyliśmy więc dalej, wśród gęstniejącej mgły i coraz silniejszego wiatru. W którymś momencie przecięliśmy boczną, zamkniętą oficjalnie zimą, drogę asfaltową; na jej poboczu urządziliśmy sobie mały popas. Po chwili drogą przemknęło dwóch rowerzystów. Po kilku minutach : dwóch rolkarzy, a po kolejnych paru chwilach : samotny nartorolkarz z kijkami, odziany w kosmiczne ciuchy lycropodobne. Czekaliśmy na kolejnego, jeszcze ciekawszego uczestnika ruchu, ale niestety nie pojawił się. Kolejne wzgórza, mgły, coraz silniejszy wiatr, aż wreszcie Josefuv Dul - wioska, gdzie mieliśmy spędzić najbliższą noc. Chwila oczekiwania na właścicieli ubytovni, rozgoszczenie się, uruchomienie wszystkich możliwych grzejników, prysznice, kolacje, wyjścia na i po pivko, wreszcie upragniony sen.

Rano okazało się, że deszcz może (wbrew prawom fizyki) padać pod górkę, a drzewa mogą (na przekór w/w) rosnąć poziomo. W późniejszych godzinach porannych (zwanych przez niektórych środkiem nocy - czyli przed 9:00) deszcz zaczął powoli przechodzić w śnieg (ciągle niedobrze, ale lepiej), ale wiatr nie dawał za wygraną (ciągle bardzo niedobrze). Z kilkugodzinnej wędrówki tego dnia zapamiętałem tylko nieliczne widoki na góry powoli przesuwające się za kołnierzem, w który wciskałem twarz dla ochrony przed wszechogarniającym wiatrem. Jak na złość, szlak też nie zawsze chciał się od razu dać znaleźć, raz nawet zupełnie zginął. Po dłuższym czasie na zmierzchającym horyzoncie pojawiła się Chata Smedava, niestety nieczynna.... A robiłem sobie taaaaaką nadzieję na caj s citronom. Zejście od Smedavy do Hejnic, gdzie znajdowała się meta rajdu, prowadziło bardzo nieprzyjemnym asfaltem, z każdą chwila coraz bardziej śliskim, mrocznym i krętym. Po mniej więcej 4 km niebiosa zlitowały sie nad zmarzniętymi wędrowcami i zesłały swego anioła w postaci jadącej w jedynym słusznym w tej chwili kierunku Skodzie. Skoda podwiozła nas pod samą Chatę Polednik. Tak więc jedynym przedmetowym wysiłkiem pozostało już tylko wejście na II piętro i rozpakowanie się w niewiele cieplejszych, niż na dworze, pokojach. No i potem meta : konkursy mniej lub bardziej typowe, za wielki plus organizerom policzyć trzeba konkurs na czeski film oraz kilka piosenek śpiewanych w języku gospodarzy. Dla odmiany (aby nie drażnić w/w) „Sielanka o domu” śpiewana była z kukaniem zamiast szukania. Kto nie wie, o co chodzi - odsyłam do czeskiego słownika.....

Niedzielny poranek wstał dokładnie przeciwny do sobotniego. Ostatnie pałętające się po niebie chmurki oraz promienie słońca coraz odważniej eksplorujące izerskie lasy zapowiadały piękny dzień. Istotnie - z każdą chwilą robiło się ładniej, cieplej, a wiatr juz zupełnie zrobił sobie wakacje. W tak pięknych okolicznościach, i tego, i niepowtarzalnych wczłapaliśmy się ostatecznie na graniczny Smrk, zwieńczony wieżą widokową. Jeszcze kilka minut i znów znaleźliśmy się w krainie strajków, blokad i dresów (niemal) bez kontroli granicznej. Kontrola ta nastapiła tylko dlatego, iż Panom w Zielonych Mundurkach daliśmy niemałe fory. Tzn zatrzymaliśmy się dokładnie na wysokości krzaków, przy której (przy drodze) stał zaparkowany gazik z Panami w Zielonym w środku. Zatrzymaliśmy się, postaliśmy kilka chwil, w końcu Panowie w Zielonym stwierdzili, że może jednak warto nas skontrolować, podeszli, obejrzeli paszporty i znów schowali się do ciepłego wnętrza gazika. Tymczasem coraz bardziej zbliżał się Stóg Izerski, zza którego śmielej i śmielej wystawały szczyty karkonoskie : Mumlawski, Szrenica, Łabski, Szyszak.... Półgodzinna herbatka pod Stogiem i znów w dół, do Świeradowa, do szosy, do zwykłej, codziennej, szarej (nie)normalności.

Rafał Jankowiak

<< powrót

© 2008 - 2012 Akademicki Klub Górski „Halny” Poznań