Relacje

Rajd „Ten Trzeci”
Malá Fatra, Veľká Fatra, Chočské vrchy (Słowacja), Beskid Żywiecki
01-05.05.2002

Relacja z trasy Pyzdrowej

I znowu w góry! Dopiero co wysiedliśmy z autobusu i przekąsiliśmy małe śniadanie, a już nas ciągnęło na wysokości. Tym bardziej, że z grani majestatycznie wystawał skalisty kichol Kloka, a my chcieliśmy nań wleźć. A zatem pierwsze podejście, inaugurujące zwyczaj rozpoczynania każdego dnia od wyrypy. Po ścieżce na Kloka, częściowo pokrytej błockiem, a częściowo śniegiem, pięła się wielka ilość słowackich turystów w szerokim przekroju wiekowym. My jak zwykle wszystkich wyprzedzaliśmy, aby jak najszybciej stanąć na szczycie. Uraczył on nas widokiem na okoliczne pasma, w szczególności na czekającą na nas Małą Fatrę - z Wielką Luką na czele. Za nią majaczyły szczyty Suchego Wierchu i dwu Krywani, gdzieś za nimi Tatry. Wschód to niczym nie przesłonięte Niżne Tatry.

Silny wicher szybko wywiał z nas pot i zmęczenie, nakłaniając do dalszej wędrówki. I tak - przez Ostrą Skałę i Jankową dotarliśmy do przełęczy pod Upłazem, gdzie wszyscy zgodnie stwierdzili, że im się dalej iść nie chce. Jedynie Ania przemknęła obok nas nawet się nie zatrzymując, więc chcąc nie chcąc ruszyliśmy ku następnej przełęczy pod Hnilicką Kiczerą, na której rozstawiliśmy swoje pałace. Potoczek tam płynący nie dawał nadziei na kąpiel (jak to sobie wymarzył Maciek), ale do upłynnienia żywności i na herbatkę wystarczył. Nasze życie stało się przyjemniejsze dzięki babce. Oczywiście tej przyniesionej przez Anię. Jeśli już mowa o deserze, to wspomnieć należy, że hitem rajdu były Rajskie Mleczka zasponsorowane przez pewnego producenta słodkości. Każdemu przypadło w udziale jedno opakowanie, ale że Ania swoje oddała, było ich siedem. W każdym, prócz słodyczy była karteczka z numerem pakowaczki. Występowały dwa: 17 i 13. Po otwarciu sześciu pudełek pomiędzy pakowaczkami był remis 3:3. Która wygra?

Następny dzień zawiódł nas najpierw po 50° zboczu na Hnilicką Kiczerę, i dalej wprost ku Wielkiej Luce z jej z daleka widocznymi masztami radiowo-telewizyjnymi. Pospiesznie minęliśmy bloki i pałąki postawione na szczycie, z doprowadzoną do nich asfaltową drogą, i chyżo pognaliśmy ku kolejnemu noclegowi, przy źródełku przed Mincelem.

Obudziwszy się nasz wzrok padł na widoczną z namiotów Wielką Lukę. Pogoda, jak zwykle podczas tego rajdu, była prześliczna, więc żwawo spakowaliśmy manatki, aby po kilku godzinach i zdobyciu Mincela zejść do Streczna kuszącego nas swoimi zamkami. Atrakcją pierwszego, komercyjnego, był widok z wieży na przełom Wagu, miasto i jego okolicę. Szczególne wrażenie robiła linia kolejowa, która niczym na makiecie PIKO wiła się wzdłuż rzeki, w końcu ją przecinając po dwóch mostach, aby zniknąć w tunelach pod Domaszynem. Zamek sam w sobie stanowi średnią atrakcję, ze skromnym muzeum i a'la PRL-owskimi oknami. Druga z tych warownych budowli stała na przeciwnym brzegu rzeki, nieco powyżej, bliżej przełomu. Kompletna ruina porośnięta roślinnością oferowała piękne widoki z urwiska i bliską halniakom możliwość połażenia gdzie tylko się da (i nie da).

Zaraz za tym pomnikiem historii zaczynało się strome i długie podejście do schroniska pod Suchym. Przewyższenie ok. 600 metrów i ciągłe potężne nachylenie ścieżki sprawiło, że góra stała się nie lada wyzwaniem. Po kilku godzinach wzmożonego wysiłku stanęliśmy wreszcie pod drzwiami schroniska. Wieczorem okazało się, że wygrała pakowaczka nr 17.

Następny ranek przywitał nas, jak zwykle, stromizną, jaka czekała na wszystkich chcących zdobyć Suchego. Po wczorajszym wdrapywaniu się była to jednak bułka z masłem, i po chwili cieszyliśmy się widokami na całą okolicę i coraz wyraźniejsze Tatry. Po pozostawieniu śladów po sobie w książce wejść pomaszerowaliśmy po uroczych i stromych skałkach ku Małemu, a następnie Wielkiemu Krywaniowi. U podnóża tego ostatniego, na przeł. Bublen zostawiliśmy plecaki, aby po szczytowaniu wrócić i pognać ku Terchowej. Jedynie Maciek, który wyrwał się ostro do przodu zdobywał tę najwyższą na naszej trasie górę przy pełnym obciążeniu. Szczyt po raz kolejny uraczył nas piękną panoramą (cały czas byliśmy śledzeni przez zdobytego na początku wyprawy Kloka) oraz przenikliwym wichrem, zatem obejrzeliśmy tylko popisy szybowca, jako że w pobliżu się takowy pojawił, i nie zwlekając wróciliśmy na przełęcz. Ania z Agą oddzieliły się w tym miejscu i poszły do Terechowej drogą w dolinie, my zaś ruszyliśmy na podbój Baraniarek. Ich natura już wkrótce spowodowała, że przechrzciliśmy je na Wkurwiarki, jako że ciągle tylko albo wchodziliśmy 200 m do góry, albo schodziliśmy 300 w dół. W przerwach czekały na nas do przejścia skałki, niektóre nawet z kładkami i poręczami. Wspomnienia rewelacyjne, tylko będąc tam jakoś tego nie docenialiśmy. Dlatego też na przełęczy Przysłop bez większych oporów zrezygnowaliśmy z planowanych jeszcze na ten dzień Sokolich Gór i spokojnym asfaltem dotarliśmy do miejsca mety i noclegu - domu parafialnego w Terchowej.

O wieczornych wyczynach za dużo napisać nie mogę, i to nie ze względu na nadmiar spożycia, a raczej na niedomiar snu, który dał mi się wtenczas mocno we znaki. Konkursów jak zwykle bez liku, organizatorki (wsystkie tsy, choć reprezentowane tylko przez dwie) wykazały się nie lada pomysłowością, w każdym razie impreza skończyła się późno w nocy, i to przy własnym oświetleniu, bo prąd w sieci skończył się w połowie zabawy.

Jarek Kozianowski

<< powrót

© 2008 - 2012 Akademicki Klub Górski „Halny” Poznań