Relacje

Rajd „Śnieżny”
Karkonosze - Izery
06-08.12.2002

Relacja z trasy „hardcore”

Zaczęło się w sumie tak, jak zwykle - zebranie pod nieczytelnym już od dawna neonem „Kwiaty”, wspólny marsz na peron, pociąg, rozczłonkowanie się po przedziałach i ... w drogę !!! Pusty pociąg umożliwiał spanie po dwie osoby w przedziale, tak więc mglisty poranek pod Jelenią Góra powitaliśmy w miarę wyspani. W Sobieszowie wysiadła nasza szóstka - ekipa, z która postanowiliśmy powiedzieć „NIE” zmęczeniu, trudnym warunkom noclegowym i długiej trasie. Jak na ambitnych przystało, ruszyliśmy z peronu wcześniej niż pociąg, zanurzając się bez reszty w Przygodę.

Dzień

Oblodzone skałki i oszronione mostki, sople zwisające z każdego większego kamienia, wielka, zachęcająca do noclegu koleba, mgła panosząca się ponad głowami i pod nogami, gdzieś w górze majaczące mury starodawnej siedziby księżniczki Kunegundy, rozlegające się w chmurach szczekanie psa, który do dzisiaj strzeże skarbów okrutnej władczyni tych ziem. Nie dane nam było jednak ziwdzić zamczyska - zima chyba odstraszyła nie tylko zwiedzających, ale też obsługę. Skończyło sie więc na szybkiej herbatce z rumem na nieczynnym stoisku z pamiątkową tandetą przy wejściu na zamek. I w dół - śliskie korzenie, rozchwiane mostki nad wodą płynącą onegdaj zamarzniętymi korytami i ciągle mgła, i mgła. Zaczęliśmy sie juz przywyczajać do tej towarzyszki naszej Przygody. Ona do nas chyba też. Podejście do Jagniątkowa, tam znalezienie szlaku biegnącego ku Czarnemu Kotłowi Jagniątkowskiemu, a tu nagle - Mikołajki. Czekając na Macieja, który poszedł zwiedzić zameczek Gerharda Hauptmanna, stanęliśmy obok szkoły. Z jej trzeciego piętra spojrzały na nas dzieci, jak sie później okazało miłośnicy zespołu Tatu oraz - oczywiście - Adama Małysza. Z okna poleciały dla nas najpierw zajączek (który został niniejszym uznany za OFICJALNĄ klubową maskotkę), trampek (sztuk jedna) i tabliczka czekolady. Później Święty zmaterializował sie już na ziemi i wręczył nam paczkę drażetek orzechowych oraz po lizaku. Pokrzepieni słodkościami oraz tym, że niebiosa jeszcze pamiętają o szóstce straceńców, ruszyliśmy w górę. I znów równy oddech osoby idącej za i przed, znów zamarznięte potoczki, znów szron wysypujący się z gałęzi za kołnierze i pod czapki, znów pod górkę i tak przez ponad godzinę - aż do rozdroża u stóp Czarnego Kotła Jagniątkowskiego. Tu nastąpiła przesiadka na szlak zielony, którym zeszlismy na dno Kotła. Tu kolejna niespodzianka - z boku wynurzyła się para muflonów, która ujrzawszy nas, ponownie zaglębiła się we wszechobecnej mgle. I kolejna godzinka wzdłuż zamarzniętych potoków, zwalonych pniów i kłębów chmur pałętających się tu i tam. Na koniec dnia przesiadka na szlak czarny, potem na nieznakowaną ścieżkę, kilkanaście minut błądzenia i już byliśmy na miejscu.

Noc

Na progu chatki na Bażynowych Skałach powitał nas jej chatar - Irek, który właśnie przygotowywał się do bicia rekordu w pierogowaniu. Zdjęliśmy buty (to jeden z głównych punktów regulaminu chatki) i weszliśmy do środka. Tu powitali nas inni stali bywalcy - Szara, Yamamoto i Żaba. Niech nie zmyli was ksywka tej ostatniej osoby - Żaba to nie jest bynajmniej małe zielone stworzonko - to 140 kg żywej masy. Zjedliśmy wspólną obiadokolację, aby potem, na długie godziny pogrążyć się w dyskusjach o Górach, Ludziach i Życiu. Zmęczeni jednak podróżą i parogodzinnym marszem, krótko po 21:00 udaliśmy sie w objęcia.... chciałem napisać Morfeusza, ale chyba bardziej wskazane było Prometeusza, któremu ptaszysko szarpie ciało u skał Kaukazu. Ptaszyskiem była ekipa (sztuk cirka 40-50) z Wrocławia i innych miast Śląska, która przybyła do Chatki krótko po ułożeniu sie w psiworach. Zamiast sarpać nam ciało, szarpała nam nerwy - a to świecąc latarkami po oczach, a to chodząc nie przy, ale po naszych psiworach, a to wrzeszcząc niemiłosiernie po całym poddaszu, na którym był urządzony noclegowy kopulodrom. Przebojem jednak okazała się Dziewczynka z Dredami (nie mylić Dziewczynką z zapałkami), ktora najpierw (było juz po 3-ciej) zaczęła na cały kopulodrom wyć niczym Ojciec Dyrektor po przegranym referendum unijnym, a potem na czworakach biegać po wszystkim i wszystkich, po głowach, nogach, śpiworach, plecakach. Dopiero po dłuższym czasie udało sie ją spacyfikować po prostu wynosząc ją brutalnie z sypialni do przedsionka. Po tym incydencie udało nam się wreszcie nieco zdrzemnąć, ale i tak wstawaliśmy o 6:20 z wszechogarniającym uczuciem niedospania.

Dzień

Mróz dopadł nas tuż za progiem chatki. Szybki powrót do szlaku i do góry, ku głównej grani Karkonoszy, ku granicy, ku... słońcu. Wielka Ognista Kula wyłaniała się stopniowo zza Lucni Hory, oświetlając kolejne granie i szczyty. Wpierw festiwal barw rozpoczął się na masywnych ciałach Studnicni Hory, Wielkiego Szyszaka i Śmielca, ogarniając potem coraz to niższe punkty, aby na koniec ogrzać swym ciepłem zagubioną wśród przewalających się mgieł Przełęcz Karkonoską z ochydną bryłą „Odrodzenia”. Potem szybkie śniadanie na podłodze przedsionka czeskiej Petrovki i dalej - w drogę na zachód. Pod naszymi nogami pojawiały sie kolejne szczyty : Czeskie i Śląskie Kamienie, Śmielec, Wielki Szyszak, Łabski, Szrenica. I wreszcie po ponad dwugodzinnym marszu przez zachodnie Karkonosze daliśmy odpocząć nogom w schronie na Hali Szrenickiej. Tu spotkanie z trasa dwudniową i dłuuugie, wspólne Polaków rozmowy. Długie - gdyż przeciągnęły się aż do dwóch godzin, tak, iż ze schroniska wyszliśmy po wpół do drugiej... I tym razem w dół - najpierw długim, łagodnie opadającym trawersem wśród setek, tysięcy drzew, którym człowiek wraz ze swymi wyziewami z rur wydechowych czy kominów fabryk, zgotował tak niegodną śmierć... Potem juz ostrzej w dół wzdłuż (a odcinkami wręcz korytem) potoku, aby na koniec znów wrócic na łagodnie opadający trawers wśród gęstych, już żywych drzew. Doprowadził on nas ku szosy do Jakuszyc. Tu niestety rozstaliśmy się z Ania, która musiała wracać nocą do Szczecina, a sami zanurzyliśmy się w coraz mroczniejszy wczesny wieczór i w ... spaliny, musieliśmy bowiem kawałek drogi pokonać szosą międzynarodową. Potem, już w samych Jakuszycach skręciliśmy na boczną drogę leśną, przecięliśmy tory nieczynnej od wielu lat linii kolejowej z kilkoma rewelacyjnymi wiaduktami na swej trasie i ruszyliśmy ostro w nasz ostatni etap trasy - do Orlego. Wielka Ognista Kula, którą tak żarliwie witaliśmy rano pod Petrovką wkrótce znikła definitywnie za południowo-zachodnim horyzontem, jednak aż do końca naszej wędrówki rozświetlała nam drogę jej poświata, przez którą śmielej i śmielej przenikały coraz to liczniejsze gwiazdy... W końcu małe światełko gdzieś wśród drzew, stopniowo rosnące i nabierające kształtu naszego schroniska, które miało być naszym domem przez kolejne kilkanaście godzin.

Noc i dzień 3

Meta skończyła sie tym razem całkiem prędko - przynajmniej dla nas, trzeba było w końcu odespać dwudniowe zaległości. Rano - pobudka, mroźny przedświt poranka stopniowo ustępował... Gdzieś daleko, na wschodzie, nieskalanie kobaltowe niebo rozjaśniały pierwsze promienie budzącego sie dnia, zrazu nieśmiało, potem coraz bardziej zdecydowanie. Zrobiło sie jakby cieplej przez noc - słupek w termometrze przy wejściu do chatki podpełzł z -12 na -7 kresek. Tylko ten wiatr... My jednak postanowiliśmy wyjść mu naprzeciw i nie zważając na mroźne porywy weszliśmy na główną grań Izerów. Widoki oszałamiały - zarówno te najbliższe na oszronione drzewa (czy raczej ich kikuty), jak i dalsze - na Karkonosze, czeskie Izery, Kaczawy, Rudawy. Pozostało jednak juz tylko obniżyć się ku Szklarskiej, zaliczyć sernik i lody w kafejce, wsiąść do wagonu, który pewnie, mimo mrozu i śniegu, powiezie nas do domu, znów ku szaremu, codziennemu życiu...

Rafał Jankowiak

<< powrót

© 2008 - 2012 Akademicki Klub Górski „Halny” Poznań