Relacje

Rajd „Na Przekór”
Beskid Śląsko - Morawski
08-11.11.2002

Pociągowe story

Zaczęło się jak to zwykle w „Halnym”, od zbiórki przy nieśmiertelnym, lecz już nieczynnym neonie „Kwiaty” na dworcu PKP. Później wsiadamy do pociągu. I tutaj pojawia się pierwszy problem. Na bilecie grupowym mamy jedenaście osób a jedzie nas tylko dziesiątka. Liczba w sam raz jak na rajd, ale konduktorzy mogą robić problemy. Na szczęście w przedziale udaje się nam, a raczej organizerowi Marcinowi, zwerbować jedną z pasażerek. Jedziemy dalej pewni swego. Przedziałowe rozmowy nabierają tępa. Reklamujemy Klub jak tylko się da. Dziewczynie, która zgodziła się zapełnić „dziurę” w naszym bilecie proponujemy podzielenie się jajeczkiem. Niestety nie chciała. Ożywione rozmowy trwały aż do Wrocławia. W knyszlandii wysłannicy pobiegli po upragnione bułki z warzywami. To bardzo stara halniacka tradycja, ma się rozumieć, świecka tradycja, że za każdym pobytem w tym pięknym mieście musi stać spożycie tego lokalnego przysmaku. Jedziemy dalej. Teraz do Katowic. Z reguły jadąc w góry unikamy dłuższych postojów w stolicy Śląska, jednak tym razem wymagało tego połączenie kolejowe do Cieszyna. Cóż było robić?

Tour de Spodek

Utknęliśmy na ponad dwie godziny. Ale, od czego mamy głowy. Szybko powstał plan odbycia mini rajdu dookoła spodka. Tak też zrobiliśmy. Nie zdajecie sobie sprawy ile frajdy można mieć ze spaceru po pogrążonym w nocnym letargu mieście. Na ulicach pustki. Nawet patrole policyjne gdzieś się pochowały i dobrze, bo po drodze złamaliśmy chyba wszystkie istniejące przepisy ruchu drogowego. A w dodatku śpiewaliśmy przy akompaniamencie gitary. Wszystko to działo się około 3 w nocy. Po drodze mieliśmy lotne premie przy Pomniku Powstań Śląskich i plakacie zespołu „Tatoo”. Niestety zrobiło się już późno i musieliśmy wracać na dworzec żeby złapać pociąg do Bielska Białej. Kto wie, dokąd byśmy doszli? Dalsza podróż nie nastręczyła już większych problemów. Przesiadka w Bielsku i łagodne lądowanie w Cieszynie. Tutaj zrobiliśmy szybkie zakupy, ostatnie osoby wymieniły walutę na bardziej przydatne w Czechach korony i ruszyliśmy w kierunku granicy.

Pociągiem przez Czechy

Po przekroczeniu granicy udaliśmy się na dworzec kolejowy z zamiarem zakupu biletów. Grzecznie ustawiliśmy się w kolejce do kasy. W tym miejscu należą się wielkie słowa uznania dla organizacji przewozów w czeskich kolejach. Jak tylko kasjerka zobaczyła, że jest nas dziesięć osób, od razu zaproponowała nam bilet grupowy. Nie chciała przy tym żeby wypełniać tony papierków. Poprosiła tylko byśmy się podzielili na „pięknych” i „mądrych”. Okazało się, że spełniamy wszystkie warunki do biletu dla dziesięciu osób (wystarczyło, że było 6 osób poniżej 26 roku życia, reszta mogą być starsza). Takim sposobem zamiast płacić za bilet 70CK zapłaciliśmy niecałe 30CK. Potem zostaliśmy jeszcze milej zaskoczeni w informacji. Okazało się, że mamy dużo wcześniejsze połączenie niż to, o którym wiedzieliśmy. Czym prędzej udaliśmy się na peron. Dalsza podróż upłynęła już bez niespodzianek. Wszystko potoczyło się dokładnie tak jak na wydruku, który dostaliśmy w informacji w Cieszynie. Pozostaje tylko życzyć sobie żeby koleje w Polsce kiedyś doszły do takiego poziomu obsługi.

Nareszcie w górach

Z pociągu wysiedliśmy na stacji Ostravice. Później zostaliśmy oficjalnie powitani na czeskiej ziemi przez organizatora rajdu. Przed nami siedem, może osiem godzin przyjemności spod znaku jesiennych gór. Ale przedtem do informacji turystycznej po mapę. Poznaniu przed rajdem były dostępne tylko dwa egzemplarze mapy tego terenu; oba zostały kupione przez organizatorów. Przed informacją jeszcze krótkie omówienie trasy i w drogę. Początkowo idziemy niestety asfaltem. Droga wznosi się niebadzo stromo, idzie się przyjemnie. Po jakiejś godzince szlak skręca z asfaltu w boczną drogę gruntową później w ścieżkę i już czujemy się jak w polskich Beskidach. Napieramy dalej. Robi się coraz wyżej i coraz bardziej zimowo. Później maiło się okazać, że aura na tym rajdzie będzie raczej zimowa niż jesienna. Po drodze na Łysą Górę robimy kilka zdjęć już typowo zimowego krajobrazu. Śniegu może nie ma jeszcze zbyt dużo, ale wszystko wygląda pięknie. Idzie się znakomicie, tylko trochę czasami wiatr przeszkadza. Wreszcie po prawie trzech godzinach dochodzimy do znajdującego się na szczycie Łysej Góry baru/schroniska. W środku żadna rewelacja, pierwsze i jedyne negatywne wrażenie z tego wyjazdu. Nie za ciepło. Do jedzenia tylko zupa zeleninowa, taki tam odpowiednik naszego kapuśniaka. Jeden z kolegów próbował zjeść coś swojego to mało, co nie został siłą wyrzucony na zewnątrz. Radzi, nie radzi zabieramy się z tego niezbyt gościnnego miejsca. Dalej będzie już łatwo. Schodzimy do schroniska Svarna Hanka. Po drodze tylko parę rozwidleń dróg, żadnych niespodzianek nawigacyjnych. Dzień tak jak zaczynaliśmy tak kończymy na asfalcie. Tylko tym razem jest już zupełnie ciemno (jest około 18). Wzbudzamy wyraźne zainteresowanie krów pasących się na pastwiskach wzdłuż drogi.

Kolacja rodem z „Agenta”

Nasze schronisko okazuje się być raczej pensjonatem. Do dyspozycji mamy łóżka z pościelą, prysznice z ciepłą wodą. Na parterze znajduje się restauracja. Postanawiamy zrobić sobie małą imprezkę. Zestawiamy długi stół z kilku mniejszych na środku sali restauracyjnej i zamawiamy po standardowym zestawie obiadowym (wyprażany syr, hranolki, obloha, tatarka, piwo). Po obiadku przychodzi czas na wspólne muzykowanie. Dzięki obecności Bartka mamy do dyspozycji gitarę wraz z fachową obsługą. Wieczór upływa przyjemnie przy kolejnych piosenkach i kuflach przedniego Radegasta. Nawet miejscowi, którzy przyszli napić się piwa przyłączają się do nas. Niestety to, co przyjemne szybko się kończy. Zmożeni brakiem snu i trudami trasy postanawiamy oddać się w objęcia Morfeusza. Jutro pobudka 6 rano. Na szlaku musimy być o 8.

Jak nielegalnie przekroczyć granicę?

Pobudka nastąpiła, nie jak planowaliśmy, o 6:00 ale dopiero o 6:30. Widząc, co się dzieje za oknem organizer Marcin postanowił nie budzić nas za wcześnie. Koniec końców wstaliśmy. Śniadanko i w trasę. Było niewielkie opóźnienie, ale to nic. Tego dnia pogoda zdecydowanie się popsuła. Nie była wprawdzie bardzo dokuczliwa, ale zawsze milej się idzie, kiedy śnieg pada tak jak Pan Bóg przykazał, a nie poziomo. Na szczęście większość dzisiejszej trasy pokonujemy w lesie. Widoki nie zapierają dechu w piersiach, bo po prostu ich nie ma. Widoczność na maksymalnie 300 metrów. Na Białym Krzyżu zarządzamy postój na herbatkę. Wchodzimy do schroniska i przeżywamy zaskoczenie. Jesteśmy już na Słowacji. Później okazało się, że w tym miejscu granica Czesko - Słowacka przechodzi przez sam środek osady na Białym Krzyżu. No nieźle zaliczyliśmy już nielegalne przekroczenie granicy a jest dopiero 10. Ciekawe, co będzie dalej. Na szczęście dalej było już bez takich niespodzianek. Szlak to się wznosił to opadał. Szło się całkiem przyjemnie. Pod Małym Połomem robimy mały postój na herbatkę z termosu i kawałek czekolady. Próbujemy wypatrywać, co szybszych kolegów z trasy trzy-dniowej. Później miało się okazać, że mieli oni problem z dotarciem do miejsca startu szlaku. Idziemy dalej. Zaliczamy Wielki Połom i parę mniejszych górek. W schronisku w Kostelykach spotykamy grupę z Katowic. Tamtejszy klub przewodników urządził sobie w tym schronisku metę swojego zlotu. W Kostelykach nie zatrzymaliśmy się na dłużej, bo z tego schroniska do miejsca naszego noclegu było zaledwie 45min. marszu i to dobrą drogą. Około 17 docieramy, a raczej ostatnie osoby z naszej grupy, do schroniska Skalka. Miała to być studencka chata a okazało się znowu, że trafiliśmy do pensjonatu. Nie żebym miał to komuś za złe. Wprost przeciwnie. Moje zmęczone ciało domagało się już ciepłej strawy i prysznica.

Rajd przez trzy państwa

Tego dnia wszyscy uczestnicy rajdu podążali tą samą drogą. Jednak tradycją halniacką jest to, że ktoś się zawsze wyłamie. Tym razem ja stworzyłem grupę, która postanowiła pójść inną niż oficjalna drogą. Chcieliśmy korzystając z okazji odwiedzić trójstyk granic Polsko-Czesko-Słowacki. Poszliśmy tak jak wszyscy najpierw do miejscowości Mosty a później do Girowej. Tam odłączyliśmy się i zamiast czerwonym poszliśmy żółtym szlakiem w kierunku trójstyku. W miejscowości Jaworzynka przekroczyliśmy granicę i zaatakowaliśmy trójstyk od strony polskiej. Nasze wyobrażenia o tym miejscu trochę przerosły zastaną rzeczywistość. Wszyscy byliśmy na trójstyku na bieszczadzkim Kremenarosie. Tam stoi okazały obelisk i można stając we trzy osoby utworzyć łańcuch przez trzy państwa. Tutaj wygląda to trochę inaczej. Po każdej ze stron stoi ozdobny słupek graniczny, który wyznacza trójkąt ziemi niczyjej bądź wspólnej, zależy jak na to spojrzeć. Nijak nie można zrobić łańcuszka, chyba, że ma się do dyspozycji pułk wojska. Po powrocie do Jaworzynki wsiedliśmy do PKSu i podjechaliśmy do przełęczy Kubalonka. Obfitość restauracji i narastający głód zmusił nas do odwiedzenia jednej z przydrożnych knajpek. Trochę nie tak trafiliśmy z wyborem lokalu. My z naszymi plecakami wyglądaliśmy cokolwiek dziwnie pośród panów w garniturach i pań w pięknych sukniach. Na szczęście obsługa restauracji chyba przywykła do takich widoków i obsługiwała nas jakby nigdy nic. Najadłszy się ruszyliśmy raźno dalej. Z Kubalonki ruszyliśmy dobrze przetartym szlakiem w kierunku schroniska na Stożku. Zrobiło się bardzo przyjemnie. Pogoda się trochę poprawiła i po zapadnięciu zmroku mogliśmy podziwiać rozświetloną panoramę Istebnej i Koniakowa.

Meta

Tradycją rajdów Halnego jest organizowanie na koniec każdej imprezy wieczoru z muzyką, śpiewami turystycznymi i konkursami. Podczas mety można dowiedzieć się jak „poprawnie” udzielić pierwszej pomocy przedmedycznej, popisać się znajomością terenu a także usłyszeć najlepszy przepis na przygotowanie gorącego kubka - po czesku. Niewątpliwymi kwiatkami metowymi są występy muzyczno wokalne. Na tej mecie na szczególne wyróżnienie zasługuje występ nienazwanej grupy instrumentalno-wokalnej pod przywództwem Filipa. Wykonała ona, w sposób brawurowy, znaną piosenkę rajdową pod tytułem „Studia”. Na mecie można znaleźć także coś dla miłośników poezji. Oto, jakie emocje może wzbudzić znaczek rajdowy:

	W Morawskoslezkych Beskydach zbliża się zima
	trochę niepewnie, stawia pierwsze kroki
	chwieje się i łapie drzew, by nie upaść.
	Stąpa po leśnych ścieżkach
	potyka się o głazy i trzęsie gałęziami;
	jeszcze słaba, jeszcze zaspana
	ledwo się obudziła i przetarła oczy,
	a już musi iść do pracy
	już wołają ją gołe drzewa
	ziemia, której zimno i smutno
	czeka, gdy puch ukoi ją do snu,
	czeka na ciszę bieli wszechobecnej.
	Ale zima nie chce tak od razu upaść,
	nie chce zostawać do wiosny
	nie chce oglądać tych samych drzew
	- chce wędrować po leśnych ostępach
	chce zaglądać pod kamienie
	chce przytulić się do mchu - choć na chwilę,
	ale nie na całe miesiące.
	I tak cichutko kluczy między drzewami
	i tak myśli, że jeszcze sobie powędruje,
	że jeszcze zobaczy jak ptak śpiewa,
	że jeszcze skosztuje jesiennej buczyny
	i nagle się potyka
	głaz niezauważalny stanął na drodze
	i już czuje, że traci równowagę
	macha rękami w przestworzach
	szuka ratunku
	rozpaczliwie szuka oparcia
	i chwyta się ostatniego bukowego liścia
	drzewo się ugina
	wytęża całą moc, by zimę utrzymać,
	ale liść już za słaby
	już późno, już mu zimno
	i razem z zimą kładzie się na ziemi
	biała cisza zapada
	wiosną liść się zbudzi
	i poleci zwiedzać nowe krainy
	i szukać nowej zimy.

To było naprawdę mocne. Meta, a właściwie jej nieoficjalna część, już tradycyjnie trwała do późnych godzin nocnych. I tak właśnie kolejny Rajd „Na Przekór” przeszedł do historii. A ja tam byłem.

Damian Fiszer

<< powrót

© 2008 - 2012 Akademicki Klub Górski „Halny” Poznań