Relacje

Rajd „Ten Trzeci”
Východné Karpaty, Słowacja
27.04 - 06.05.2001

Kiedy na komórce zanikła ostatnia kreska zasięgu, wokół mnie pojawiły się coraz liczniejsze cerkwie i napisy wykonane cyrylicą, wiedziałem, że jestem dokładnie tam, gdzie chciałem być.... Ten zapomniany przez ludzi i władze północno-wschodni fragment Słowacji pociągał mnie już od dawna, ale dopiero teraz moje bodaj sześcioletnie plany wyjazdu stały się ciałem. Vihorlat, Bukovske Vrchy, Laborecka Vrchovina - góry niewielkie, bo przekraczające nieznacznie 1000 m, ale jakże inne od leżących tuż za miedzą polskich Bieszczadów, że już o Tatrach nie wspomnę... puste, dzikie, czasem wręcz antyturystyczne...

Zaczęło się dokładnie tak samo, jak zawsze. Kiedy jeszcze w ostatnim grudniu XX stulecia pojawił się pomysł dziewięciodniowego rajdu w Bieszczady, właściwie od razu wiedziałem, że zrobię trasę słowacką - w miejsca, które wzywały mnie już od paru ładnych lat. Pojawił się pierwszy problem - mapy. Jedną z potrzebnych kupiłem bez kłopotu, choć z lekkim niedowierzaniem ("Pan naprawdę tam jedzie ???") w Poznaniu, druga przyjechała z miejsca prawie tak samo dzikiego, jak same góry, czyli ze stolicy. Kilka godzin nad mapami, nielicznymi relacjami w sieci i trasa była gotowa. Choć i tak wiedziałem, że w całości trasa owa nie ma prawa się udać.... I oczywiście nie myliłem się.

Oczy jeszcze kleiły się po ledwie przespanej nocy, kiedy pociąg wtoczył się na stację w granicznym Łupkowie. Szybki rzut oka na zdjęcie w paszporcie, tradycyjne pytania : "Kam?", "Na kolko dni?", niedbały stempel i pociąg ruszył - w nieznane. Kilkusetmetrowy tunel i już byliśmy na Słowacji. Szalony zjazd krętymi torami doliną Laborca i już pierwszy etap podróży : Medzilaborce. To typowe, małe, senne miasteczko słowackiej prowincji. Oferuje jednak nielicznym turystom dość dużo : dobrze zachowany kirkut, położony jednak sporo za miastem, muzeum sztuki współczesnej oraz niesamowitą cerkiew prawosławną, wprawdzie "tylko" 150-cioletnią i murowaną, ale za to o niezwykle bogatym wnętrzu.

Ale czas popędzał - śmieszny (choć bardzo ekonomiczny w eksploatacji) autobus szynowy dowiózł nas w godzinę do Humenneho - miasta powiatowego, w którym liczyliśmy (i na szczęście się nie przeliczyliśmy) na czynne potraviny. W tak zwanym międzyczasie obejrzeliśmy skansen budownictwa wschodniosłowackiego i rusińskiego, pełny podobnych do siebie chat z XIX wieku ze stojącą pośrodku mała perełką - cerkiewką przeniesioną tu z Novej Sedlice, ostatnie wsi słowackiej, tuż pod granicą polską i ukraińską. Po skansenie jeszcze rzeczone potraviny, mały niby-obiad i wyruszyliśmy wreszcie na szlak. Początkowo nudno - bocznym asfaltem do pobliskiej wsi Jaseňov, potem już znacznie ciekawiej, a za to pod niezłą górkę do zamku o tej samej nazwie, skąd już lesersko płaską ścieżką na polankę w lesie. Polanka miała kilka plusów : ładny widok, sympatyczne położenie, darmowy nocleg (namiociki). Miała też jeden minus : brak wody. Podczas gdy my rozstawialiśmy namioty, Anka z Wojtkiem poszli po wodę dla całej naszej dziesiątki, ale ilość przyniesionej wody pozwoliła na ogłoszenie przeze mnie bez jakichkolwiek wyrzutów sumienia Dnia Dziecka.

Poranek wstał pochmurny. Od słabiej śpiących osób dowiedziałem się, że w nocy trochę padało. Rano było już na szczęście sucho i z każdą chwilą słoneczniej. Ruszyliśmy dalej. Niezliczone polany zachodniej części Vihorlatu przeplatały się z małymi wioskami, szałasami, laskami i łagodnymi podejściami. Pod koniec dnia dwie perełki : wpierw naprawdę imponujące ruiny Vinianskeho Hradu ze wspaniałym dookólnym widokiem, potem jeszcze Vinianske Jezero - malownicze jeziorko wśród gór, przesiąknięte niestety atmosferą żywcem z Krupówek. Opuściliśmy je bez większego (jeśli nie liczyć tanich browarów i langoszy) żalu i udaliśmy się na nocleg do pobliskiej Kaluľy (to taka wioska). Spanko wręcz w komforcie - tzn. ciepła woda, mała kuchenka, miękkie łóżeczka itp. Za to cena nieco przerażała, stwierdziliśmy jednak w końcu, że 180 korun po dwóch nocach "na dziko" (tzn. w PKP i namiotach) można wydać.

Poniedziałek zaczął się dokładnie tak, jak zaczynały się wszystkie kolejne dni - wielka ognista kula z odległości 150 milionów kilometrów nie pozwalał o sobie zapomnieć już od rana. Najpierw półgodzinny podjazd autobusem do skrzyżowania pod Retemskimi Hamrami, potem godzinne podejście asfaltem do samej wioski, aby wreszcie z niej wyruszyć na szlak. Naszym celem było dojście górami do Morskeho Oka (tak, tak, powaga !). Cel został osiągnięty, tylko nine proście, abym wam pokazywał na mapie, którędy dokładnie szedłem. Nie wiem tego do dziś.... Mapa jedno, życie drugie - szlak czerwony pojawiał się i znikał, razem z jego znikaniem na naszych nogach pojawiały się kolejne zadrapania od krzaków, które rosły dokładnie tam, gdzie powinien być szlak... Na dodatek jeszcze błąkaliśmy się na granicy poligonu (a być może i na nim samym). Jednak na koniec dnia bogowie okazali się łaskawi i znaleźliśmy żółty szlak sprowadzający z gór nad Morske Oko. Jeziorko owo wykazuje wiele podobieństw do naszego stawku o tej samej nazwie - też można tu dojść 8-kilometrowy asfaltem, też jest zbiorowiskiem ludzi o "niekoniecznie górskim" charakterze. Jednak maj był dopiero początkiem sezonu, więc ilość "stonki" aż tak bardzo nie przerażała. Tutaj dzięki niesamowitym zdolnościom negocjacyjnym Smalca udało się obniżyć cenę noclegu w tamtejszym schronisku z 200 do 100 korun i udaliśmy się na zasłużony wypoczynek, poprzedzony tym, co tygryski lubią najbardziej - ogniskiem, gitarką i cudownie rozgwieżdżonym niebem nad głowami.

Nastał wtorek, w którym Praca miała swoje Święto. Niedospana noc pozostawiła w kilku z nas swoje ślady. Mimo to ruszyliśmy znad Morskeho Oka szlakiem niebieskim ku (w końcu nawet ten dzień ma swoje prawa !) szlakowi czerwonemu, który miał nas doprowadzić na Sninsky Kameň. Niespełna godzina marszu i przed nami rozpościerał się widok właściwie na cały nasz rajd. W dole Morske Oko i plątanina grzbietów i grzbiecików Vihorlatu, z drugiej strony miasteczko Snina, do którego podążaliśmy tego dnia, w dali masyw Bukovcov i na samym horyzoncie pasmo graniczne, za którym krył się cel ostateczny trasy - Pol’sko. Póki co zeszliśmy do Sniny, gdzie uzupełniliśmy zapasy w czynnym non-stop (czyli od 5:30 do 22:00) sklepiku spożywczym, położonym w ekskluzywnej dzielnicy Sniny i chyba dlatego koszmarnie drogim. Potem szybki podjazd kolejnym osobnym vlakom do Stakčina, gdzie zaczęliśmy czekać na autobus, który (jak twierdzili miejscowi) za godzinkę miał nas zabrać do Topoly, na skraj Bukovskych Vrchov. Minęła godzinka, póltorej, dwie i ... nic. Koniec końców postanowiliśmy ruszyć pieszo asfaltem (jakieś skromne 18 km), łapiąc po drodze stopa. O przygodach na tym odcinku można by właściwie napisać osobną relację (i to niekrótką), w każdym razie po 21:30 znaleźliśmy się znów wszyscy razem, i to w dodatku, tam, gdzie planowaliśmy, czyli w Topoly. Zabiwakowaliśmy - zgodnie z sugestią miejscowego Pana Władzy - na... boisku. Duże, płaskie i trawiaste, czyli w sam raz dla niewymagających namiotowiczów.

Sen sprawiedliwych przerwały nam wiejskie kury, które zaczęły bezczelnie chodzić wokół namiotów już po szóstej rano gdacząc niemiłosiernie. Jednak zebranie nam się do drogi zajęło nam - z racji wczorajszych przygód na trasie - czas aż do 10:00. Krótka decyzja - w tym słońcu nie mamy szans przejść zaplanowanej trasy, trzeba skrócić. więc skróciliśmy, czego efektem było to, że na miejscu kolejnego noclegu - w Runinie - byliśmy już po 14:00. Tu znów napad na sklep, z którego wykupiliśmy roczny bodaj zapas lentilków, czekolad, że o browarze ©arią nie wspomnę. Wioska już typowo wręcz ukraińska, czy też raczej rusińska. Napisy wszędzie w dwóch językach, starsi ludzie na "ulicy" porozumiewali się w większości nie po słowacku, a i uroda wskazywała na pochodzenie od plemion wołoskich... Na szczęście nad wioską udało się znaleźć uroczą polankę, z przepływającym nieopodal potoczkiem, ładnym widokiem na Bukovce i Laborecku Vrchovinu i - last, but not least - była to polanka, którą jakimś cudem ominęła burza, która tego dnia szalała nad Rawkami, Działem i Wetliną. Grzmoty i pioruny towarzyszyły nam przez całe popołudnie i wieczór, ale z niebios spadło tylko parę kropel.

Szósty dzień naszej wędrówki zaczął się tak samo, jak większość pozostałych - wielka świecąca kula na niebie nie dawała ani chwili wytchnienia. Z pewną ulgą zagłębiliśmy się w las, który dawał choć trochę cienia. 500 metrowe podejście od samego rana było z pewnością dobrym treningiem przed resztą dnia. Godzinka z kawałkiem i ujrzeliśmy wreszcie "kraj przodków". A było co oglądać - słońce to zjawisko wprawdzie męczące, dające jednak w zamian dużo satysfakcji, szczególnie dla miłośników fotografii. Z Dziurkowca (pod którym, po słowackiej stronie znajduje się całkiem smaczne źródełko) ruszyliśmy granicą ku cywilizacji. Ową "cywilizacją" miały być tego dnia dla nas Roztoki Górne, skąd do prawdziwej cywilizacji jest jeszcze kolejne 9 kilometrów... Ale miała tam być kuchenka, łazienka z prawdziwą ciepłą wodą i parę innych udogodnień, o których zdążyliśmy już częściowo zapomnieć. Kolejne szczyty i przełączki : Płasza, Kurników Beskid, Okrąglik, mijały jeden za drugim, aż w końcu dotarliśmy na przejście graniczne - tzn. do małej budki bez strażnika, ale za to z matą anty-pryszczycową. Jako lojalni obywatele III RP wytarliśmy błoto naszych buciorów o matę (i chyba w tym momencie wszystkie zarazki pryszczycy w promieniu 2 km wymarły) i weszliśmy na teren Polski. W schronisku nastąpiły tradycyjne czynności rajdowe, tzn. mycie (obowiązkowe dla wszystkich ;) ), jedzenie i picie (to już fakultatywnie).

Piątek miał być (i był) ostatnim dniem wędrówki "na ciężko", czyli z mułem na plecach. Wiedzieliśmy, że tym razem dotrzemy do miejsca, gdzie znanych jest większość wynalazków minionego XX wieku, takich jak asfaltowa droga bez dziur, zasięg komórek, a może i bankomat !!! Początki były jednak wręcz przeciwne - spacer doliną Solinki, zamieszkałą niegdyś przez 800 Łemków, a obecnie przez kilkunastu robotników leśnych utwierdził nas wszystkich w przekonaniu, że wojsko to jednak jest fuj. Zachowane gdzieniegdzie podmurówki domostw, sady, w których dojrzewał już dziki, ale jeszcze słodki owoc, słowem każdy krok przywodził na myśl tragedię sprzed ponad półwiecza... Na szczęście dalsza część trasy, biegnąca wpierw torami kolejki do Balnicy, a potem głównym grzbietem Karpatów, odegnały od nas ponure myśli. Na koniec dnia przyszło nam przejść przez kolejną nieistniejącą wieś - Zubeńsko. Jedynie krążący nad nami orzeł był niemym świadkiem Akcji Wisła.... Popołudniem zameldowaliśmy się jednak na stacji w Nowym Łupkowie, skąd w kilkanaście minut dostaliśmy się do Komańczy, cudownego świata soków, owoców, jogurtów i wszelakiego innego dobra, którego byliśmy (na własną prośbę zresztą) pozbawieni przez ostatnie siedem dni. Jeszcze tylko krótki spacer przez wieś, pierwszy, choć nie ostatni, rzut oka na ikonostas w cerkwi greko-katolickiej i już szkoła, w której spędziliśmy dwie noce.

Kolejny dzień, z cyklu JakBógDa, czyli co komu ślina na buty przyniesie. Trasa porozjeżdżała się : nad Zalew Soliński, ku okolicznym cerkiewkom, czy po prostu do sklepu. I jeszcze wieczorem meta, potem krótka (jak zwykle na zakończenie rajdu) noc i ...naście godzin jazdy do domu.

A za rok ??? No właśnie, w której części Słowacji będę następnym razem biwakował na dziko ???

Ze spraw praktycznych : Przejścia graniczne : kolejowe w Łupkowie (dwa pociągi dziennie do Humenneho przez Medzilaborce), piesze w Balnicy i Roztokach Górnych (oba czynne tylko od kwietnia do września). Komunikacja na miejscu : do każdej wsi docierają autobusy, czasem są to tylko 2-3 kursy dziennie. Lepiej jest po południowej stronie Vihorlatu i w rejonie Sniny. Zaopatrzenie : sklepy właściwie w każdej wiosce, często kiepsko zaopatrzone (vide Polska połowy lat 80-tych) - tzn. 1 gatunek sera, jeden smak dżemu, dwa rodzaje czekolad, spory (a jakże) wybór destilatov i tragiczny wręcz brak owoców (co jest zresztą typowe dla całej chyba Słowacji). Mapy : z serii VKU nr 118 i 126 (oraz fragment 106), z trudem osiągalne w Polsce, po ok. 12-17 złotych, na miejscu poniżej 100 Sk. Przewodników według mojej wiedzy : brak. Szlaki : mapy jedno, życie drugie. Przydatny kompas i szósty zmysł. Szlaków jest niewiele, choć zaczynają pojawiać się nowe, zarówno piesze jak i rowerowe. Sporo asfaltowych stokówek służących do zwózki drewna.

Rafał Jankowiak

<< powrót

© 2008 - 2012 Akademicki Klub Górski „Halny” Poznań