Relacje

Rajd „Sudety”
Rudawy Janowickie, Góry Kaczawskie
06-08.04.2001

Relacja z trasy dwu-i-półdniowej

Dzień zbliżał się ku końcowi, gdym na czele mojej jednoosobowej ekipy wylądował w Janowcu Wielkim. Byłem na dwu-i-półdniowej trasie Rajdu „Sudety” 2001. Przede mną 5 godzin niezwykłej wędrówki przez jedne z najbardziej bajkowych polskich gór - Rudawy Janowickie.

Na samym początku drogi natrafiłem na posępne ruiny Zamku Bolczów, które o zmierzchu skutecznie prosiły się o zaludnienie ich rycerstwem, gniadymi końmi, białymi damami i udekorowania strzelistymi wieżami. Dalej ścieżka prowadziła po pagórkowatych terenach, od jednej skałki do drugiej, od zagajnika do zagajnika, a na każdej następnej górze robiło się coraz szarzej. Będąc na Wołku zobaczyłem, jak przez grube chmury prześwitywały ostatnie promienie wieczornego słońca.

W tym też czasie niezwykle ożywiła się przyroda. Samotna wędrówka pozwalała na obserwacje, a jednocześnie zwierzaki nie płoszyły się bliskością ludzi. Las rozbrzmiewał trelem ptaków, które urządziły mi dobranockę z cyklu „ptasie radio”. Zapewne nie przypadkiem okoliczne wzniesienia mają takie nazwy jak Góry Sokole czy Krucze. Gdy gwar ten niósł się po okolicy, niższe ziemia również zaczęła tętnić życiem. Wzrokiem nie dało się ogarnąć tej różnorodności, ale słuch spośród powiewów wiatru wyłuskiwał szelesty zwierzaków, tentent racic, łamane gałązki. W pewnym momencie na płot zaczął się wspinać jakiś zwierz, o czym świadczyło trzeszczenie drutów i krótkie szamotanie. Na stokach Skalnika zaś nie dalej jak dwa metry ode mnie prychnął sobie jeleń, po czym potruchtał w głąb zarośli. W chwilę potem wszystko ucichło. Nawet wiatr.

Tak oto doszedłem do najwyższego szczytu okolicy, Skalnika. Tam, rozejrzawszy się trochę pośród skałek ruszyłem wąską ścieżyną w dół, ku Przełęczy Kowarskiej. Zapadła noc, ale i przerzedziły się chmury. Zrobiło się jaśniej, gdyż księżyc świecił wysoko na niebie prawie całą swoją pyzatą buzią. Wędrówka była niezwykła, a atmosfera tajemnicza i bajkowa, więc dla jej urozmaicenia wyobrażałem sobie w scenerii tej różne baśniowe stwory i inne krasnoludki harcujące po skałkach, za drzewami i po gościńcach. Z przełęczy można było rozejrzeć się po okolicy, pagórkowatej, rozświetlonej kropkami lamp, okien i samochodów. Na górze pulsowały gwiazdy a nozdrza przyjemnie drażnił zapach piernika z pobliskiej chaty. Tak dotarłem na Przełęcz Okraj, nie spotykając po drodze żadnego człowieka. U strażników zaś, na noclegu zastałem sześć osób z trasy trzydniowej, którzy idąc od rana zwiedzili też Wielką Kopę i leżące u jej stóp kolorowe jeziorka. Reszta trójki, równie niewielka, spała w Stróżnicy.

Sobota upłynęła pod znakiem deszczu, wiatru i knajp, które spotkaliśmy po drodze przez Kowary do Bukowca. Nawet na Skalny Stół się nie dało wejść, bo szlak był zamknięty. Za to niezłe wrażenie wywarł wysoki na 10 metrów wiadukt kolejowy w Kowarach czy też leżące ciut wyżej Uroczysko z kamlotami, strumieniami, kaskadami i szumem wody i lasu. Podobnie jak posąg św. Franciszka z łapami jakby do noszenia całego świata przystosowanymi. A potem była meta.

Następnego dnia lało, toteż nic dziwnego, że nikomu nie chciało się chodzić po górach. Ucieszyło to zapewne busowych kierowców. Ja jednak obiecałem sobie wizytę w Górach Sokolich, które z tej racji ominąłem w piątek. Nie bacząc zatem na pogodę i rozsądek, wyruszyłem w trasę wraz z dwoma ochotnikami, którym słota była niestraszna. Większość drogi wiodła asfaltem toteż z niecierpliwością czekaliśmy zbliżających się wzgórz. Tam zaś po raz kolejny mogłem popuścić wodze fantazji. Znów pojawiły się malownicze skały, wszędzie królowała wilgoć, po niezbyt gęstym lesie unosiły się tumany mgły. Drzewa były mokre, a korzenie wystawały spod ziemi niczym macki jakiejś ohydnej i obślizgłej ośmiornicy. Tak sobie wleźliśmy na Krzyżną Górę, Skałę, Strażnicę, zdeptaliśmy trochę Zamek Sokolec i zdobyliśmy Husyckie Skały. Tam okazało się że do pociągu pozostało niecałe pół godziny, więc z kopyta ruszyliśmy do „san franTRZCIŃSKO zdrój” jak głosił napis na budce dróżnika. Moim logistycznym zwyczajem byliśmy „Just In Time”, bo nim nieco odsapnęliśmy na stacyjkę wtoczył się piętrus, w którym już siedziała znaczna część tegoż rajdu.

Tak, Rudawy to są bajkowe góry. I, używając słów z innej bajki, „I'll be back...”

Jarek Kozianowski

<< powrót

© 2008 - 2012 Akademicki Klub Górski „Halny” Poznań