Relacje

Rajd „Śniezny”
Karkonosze
07-09.12.2001

„Dwudniówka”

Już po Mikołaju spragnieni prawdziwej zimy i mający dość codziennej cywilizacji spotkaliśmy się zwyczajem halniackim o 1h 40min. w holu Dworca Głównego pod znajomym neonem KWIATY. Błyskawiczne załatwianie spraw organizacyjnych typu wpłaty pieniąchów, odbiór rajdowych znaczków i informatorków, w tym także krajoznawczych, pakowanie do kieszeni zakupionych jeszcze z 50% ulgą (co poniektórzy) biletów na „banę”. Za chwile odliczanie na peronie pierwszym, ciche zapoznawanie się tych, którzy po raz pierwszy zaszczycili nasze grono i w pociąg.

2h 13min. odjazd, kierunek KARKONOSZE.

W pociągu atmosfera typowo „banowa” - jedni spali, drudzy wytrwale próbowali rzucić się w objęcia Morfeusza a trzeci najzwyczajniej takiego zamiaru nie mieli i innym po prostu w tym, chwytając się różnych sposobów przeszkadzali. Wreszcie ranek. Jelenia Góra Sobieszów, wysiadka i... nie mające granic zaskoczenie - dlaczego nie biało?! Dlaczego media kłamią, że śnieg, mróz i takie tam upragnione przez ceprów meteorologiczne ekscesy. Jeszcze dzień przed, wystraszono nas „zimą złą”, metrowymi zaspami itp. Miny wszystkim zrzedły. „Ale do gór jeszcze daleko” - pomyśleliśmy. „Może będzie lepiej”. Na wszelki wypadek zgodnie z instrukcją pani z docelowego schroniska wprowadziliśmy do naszego „gryplanu” małe innowacje - dokładnie pomieszaliśmy dwie trasy. Z mapą w ręku ruszyliśmy w kierunku szlaku czerwonego. Dreptając znajomym z nizin asfaltem, wypatrywaliśmy w górze pierwszej atrakcji - ruin Zamku Chojnik czyli przygranicznej warowni Bolka II Świdnickego. Śmiechu było co niemiara. Wprawdzie znaleźliśmy go ale krążyliśmy wokół, gubiąc się w różnobarwnych szlakach. Jak zwykle sesja fotograficzna, bo naturalnie warto było uwiecznić ruiny piastowskiego zamku z XIVw., będące wynikiem pożaru spowodowanego uderzeniem pioruna w 1675 r. Szlak zielony, czerwony, żółty, czarny, znowu zielony. Ciężko się było wydostać z tego „poplątania z pomieszaniem”. Każdy inny pomysł, aż w końcu odetchnęliśmy z ulgą, gdy znaleźliśmy odbijający zielony szlak. Tym razem kierunek PRZESIEKA.

Śniegu coraz więcej, ale i tak niezadowalająco. „Koń by się uśmiał”, gdyby usłyszał, że tak wygląda zima w górach. My podążaliśmy dalej i dalej, aż wreszcie dotarliśmy do jednego z najpopularniejszych osiedli wczasowych w Karkonoszach. Krótki postój w Przesiece. „Głodni zostali nakarmieni, spragnieni napojeni”, plecy z deczka odciążone i plecaczki opróżnione. W Przesiece weszliśmy na niebieski szlak i pocieszeni, że mamy zgodnie z traserem 1h45min. do Odrodzenia na Przełęczy Karkonoskiej, ruszyliśmy ośnieżoną asfaltówką w drogę. Pierwsze kulki śnieżne, bo śniegu coraz więcej i więcej, pogoda na etapie stabilizowania się, coraz więcej zapowiadanego słońca, mniej chmur na niebie. Na postojach zwyczajowe fotki i energetyczne czekolady. Kilka obiektów na horyzoncie lecz niewiadomo było, które to Odrodzenie. Zapytaliśmy zjeżdżającego narciarza, ale ten nie dość, że nie zrozumiał, bo chyba nasz sąsiad z Czech, to o mały włos nie wylądował twarzą w śniegu. W Odrodzeniu, gdyby nie to, że musieliśmy zapłacić za wrzątek byłoby całkiem fajnie. Jest to jedyne schronisko obok Samotni, którego nazwa nie uległa późniejszej zmianie. Pogoda idealna, niebo bezchmurne, lazurowy błękit nieba, słońce, śniegu po pas itp. Widoki nieziemskie, pod nami chmury. Zachwyceni wpadliśmy na Drogę Przyjaźni (szlak czerwony). Droga była już przetarta przez naszą brygadę z Trójki (w końcu trasa „Po śladach”). Minęliśmy Słonecznik, który pełnił swego czasu rolę zegara słonecznego, nam nie posłużył w tym momencie. Tak sobie dalej drepcząc podziwialiśmy bajkowe widoki - poświata zachodzącego słońca, zacienione chmury poniżej. Trzymając się ściśle mapy, zapadaliśmy się od czasu do czasu po kolana lub po pas w śnieg i szukaliśmy po ciemku odbijającego szlaku niebieskiego. Latarek śmieszna ilość, bo chyba ze 2 sztuki lub 3 na 28 osób.

„Ciemno wszędzie, głucho wszędzie, kiedy nasza Strzecha będzie?” - rozlegało się dookoła. W końcu sukces - ktoś krzyknął „jest” i nie idąc na szagę - jak niektórzy chcieli wcześniej (w dole Mały Staw) dotarliśmy o przyzwoitej porze do celu. Szybkie zakwaterowanie, ulokowanie w pokojach i Meta w największym schronisku w rejonie Karpacza. Liczne konkursy, gitara, śmiechu co niemiara kiedy na salę wtargnęli nietypowi goście i odstawili nietypowy koncert na dudzie. Kolejne fotki, kolejne dwie blachy, halniackie hity muzyczne. Dzień wydawał się niezmiernie długi i każdy po mecie zakończył go jak chciał.

Kolejny dzień to ambitne wejście na Śnieżkę, bo być w Karkonoszach i tam nie wejść byłoby niemałym wstydem dla poniektórych. Plecaki pozostawione w schronisku, pogoda sprzyjająca, licznych fotkek ciąg dalszy i przyjemnym krokiem znaleźliśmy się na spornym 1603 m n.p.m. Tu podziwianie niezapomnianych widoków. Pogaduchy przy gorącej herbatce w schronisku i z powrotem na dół do Strzechy Akademickiej po plecaki i cosik przekąsić. Kilka wariantów drogi powrotnej wybranych zresztą indywidualnie i wspólne spotkanie już przy Kościółku Wang w Karpaczu Górnym. Podziwianie unikatowego zabytku sakralnej średniowiecznej architektury skandynawskiej a przy tym bulwersowanie przymusem uiszczenia opłaty za przyjemność zwiedzenia i fotografowania. Do autobusu, który miał nas zawieźć do Jeleniej Góry (bo tylko stamtąd mogliśmy się wydostać „baną” do domku) mieliśmy jeszcze trochę czasu. Przez przypadek trafiliśmy do pubu, gdzie o dziwo skończyła się herbata i kawa, a niezwykłym problemem okazało się podskoczyć po nie do sąsiedniego sklepu. Zmarznięci wydębiliśmy chociaż wrzątek - i to za darmo. Sukces! Lokal, całkiem niezły z całkiem „automobilowym klimatem”, tj. stoliki z miniaturami aut pod szklanymi blatami, barek - karoseria całkiem niezłego autka z całkiem niezłym wyposażeniem alkoholowym. „Przydałby się taki lokal w stolicy Pyrlandii” - pomyśleliśmy. Potem zleciało bardzo szybko. Zamiast PKS-em zabraliśmy się z Panem Waldkiem i jakimś tam, dwoma busikami „chopcy i dziewczęta” do Jeleniej. A stamtąd już z przygodami typu liczne przeboje z pociągami, do Wrocławia na pitę i do zwykłego „ceprowskiego” żywota w Poznaniu. Wrażenia jak zwykle niezapomniane.

Eliza Tomaszewska

<< powrót

© 2008 - 2012 Akademicki Klub Górski „Halny” Poznań