Relacje

Rajd „Śnieżny”
Karkonosze
07-09.12.2001

Przebiśniegi

Góry zaskakują nawet tych, którzy je dobrze znają. Podczas ostatniego rajdu AKG „Halny” Karkonosze też pokazały na co je stać.

Szare placki ziemi zlewają się z białymi łatami śniegu. Im bliżej Szklarskiej Poręby tym więcej łat i mniej nagiej, zmęczonej porą roku ziemi. Jest ósma rano. Piątek. Została nam jeszcze godzina jazdy pociągiem. Potem stacja w Szklarskiej Porębie Górnej, plecaki na ramiona i... buro. Aura raczej późnojesienna niż zimowa. W Szklarskiej Porębie śniegu tyle, co kot napłakał. Wychodzimy z miasteczka czerwonym szlakiem. Po kilkuset metrach dreptania po asfalcie skręcamy w lewo. Droga zaczyna wznosić się, więc plecaki stają jakby cięższe, a śniegu więcej.

Wśród lodowych kaskad

Docieramy do Schroniska przy Wodospadzie Kamieńczyka. Krętymi, metalowymi schodkami, schodzimy w dół. Pokrywa je gruba warstwa lodu, więc trzeba bardzo uważać, bo chwila nieuwagi grozi kąpielą w Kamieńczyku. Na dole, nad wijącą się wśród stromych skalnych ścian wodą, robi się bardzo zimno, bo spadający z góry strumień odbija się od kamieni i rozpryskuje na mikroskopijne kropelki.

Wodospad Kamieńczyka jest najwyższym w polskich Karkonoszach. Jego trzy kaskady mają 27 m wysokości, a woda umyka stumetrowym wąwozem. Okalają go pionowe ściany ze skał wysokości 25 metrów. Zima sprawiła, że potężna masa wody zastygła. Spod kaskad lodu wycieka tylko niewielki strumień wody.

Lodowe igiełki są wszędzie

Pogoda się zmienia. Rano była niewyklarowana - tak jakby zima sama nie mogła zdecydować się, czy chce pokazać rajdowcom z „Halnego”, co potrafi. Z minuty na minutę widoczność pogarsza się, a prędkość wiatru rośnie. No i wkoło śniegu wciąż więcej. Docieramy do Schroniska na Szrenickiej Hali. Czas ucieka, więc wracamy na szlak, na którym kompletnie nic nie widać. Wśród bieli ścieżkę wyznaczają trasery. Są to drewniane tyczki, dzięki którym wiadomo w jakim kierunku podążać. Widoczność jest tak kiepska, że widać tylko jeden traser z przodu i jeden z tyłu.

Piechurzy rozciągają się na szlaku, więc mijający nas goprowcy pytają m. in. o to, dlaczego nie idziemy zwartą grupą, dokąd zmierzamy i dlaczego jesteśmy dopiero tu, skoro tak ambitna droga jeszcze przed nami.

Gęsta mgła sprawia, że gubimy się w plątaninie szlaków. Jakimś cudem spora grupa trafia na Szrenicę (1362 m n.p.m.), choć część z nas w ogóle nie planowała się tu znaleźć. Część dochodzi tutaj czerwonym szlakiem, niektórzy zielonym, a jeszcze inni - czarnym. Zmarznięci korzystamy z dobrodziejstw ciepłego schroniska. Ci, którzy tu się spotkali, postanawiają nie ryzykować i iść dalej razem. Okazuje się to dobrym pomysłem, tym bardziej, że Schronisko na Szrenicy jest przedostatnim na trasie - ostatnie to Odrodzenie, w którym mamy spać. Ale zanim do niego dotrzemy czeka nas kilkugodzinny marsz - czasem tylko w śnieżycy, a czasem w marznącym deszczu, który zamarza nam na twarzach tworząc skorupkę.

W schronisku termometr wskazuje minus 7 stopni Celsjusza. Zaś prędkość wiatru dochodzi do 15 m/s. Zmiany wysokości niestety z wiadomych względów nie widzimy. Jednak czujemy ją po wzmagającej się sile wiatru i coraz większym zimnie. Śnieg i deszcz przemieniają się w lodowe igiełki. Wiatr z wściekłością siecze nimi twarze, a właściwie tylko te fragmenty, które wystają spod czapek, szalików i kapturów. Śnieg wciska się wszędzie, w każdy zakamarek. Zamarza nam na rzęsach, brwiach i włosach tworząc na nich fantazyjne lodowe sopelki.

Od kolan po pas

Ze Szrenicy schodzimy na skróty z powrotem na czerwony szlak. Wchodzimy na niego przy granitowych skałkach o nazwie Trzy Świnki. Słupy, na których wiszą tabliczki oznaczające szlak i kierunek jego przebiegu są zupełnie zamarznięte. Nic nie można z nich odczytać, bo nawet kijkami nie da się zeskrobać oblepiającego ich śniegu i lodu. Co krok zapadamy się po pas w śniegu. Żeby się z niego wygrzebać, należy najpierw położyć się na śniegu, a potem mozolnie, jak żuczek, wyciągnąć przed siebie nogi. Ci, którzy tuż przed wyjazdem zdecydowali się na zakup tzw. stuptutów, czyli ochraniaczy na buty, podjęli z pewnością najlepszą decyzję w tym roku.

Później śnieg od kolan po uda nikogo nie dziwi. Normą również staje się zwalająca z nóg wichura i osiadająca na ubraniach lodowa powłoka. Ponieważ nie ma się gdzie ogrzać, maszerujemy dzielnie przed siebie w kierunku Schroniska Odrodzenie leżącego na Przełęczy Karkonoskiej. Idziemy m. in. przez Łabski Szczyt (1472), Śnieżne Kotły, Śmielec (1424).

Trudno myśleć o odpoczynku, bo chwila postoju grozi zamarznięciem. O godzinie czwartej po południu mrok otulił ziemię i nas. Niebo zasnute gęstymi chmurami potęgowało ciemność. A przed nami jeszcze dobre dwie godziny dreptania. Coraz zimniej, ciemniej, głodniej. Sił też powoli już brak.

Jesteśmy uratowani

Dopada nas pierwszy kryzys. Ciągniemy się pod górę coraz wolniej. Żołądek daje znak, że pora na małe co nieco. Wrzucamy „na ruszt” czekoladkę i szybko wyjmujemy z plecaków latarki, bo trasery przestały być widoczne. Stoimy na skrzyżowaniu. Schodząc w dół niebieskim szlakiem, po pół godziny można znaleźć się w schronisku w czeskiej Petrovce. Nie wiemy, że za chwilę rozpoczniemy najtrudniejszy odcinek dzisiejszego marszu.

Wpadamy w śnieg po pas, bo szlak nie jest przetarty. Nie wiadomo jak zrobić krok, by się nie zapaść. Nie mamy sił już wyciągać nóg wysoko przed siebie. Potykamy się o zasypane krzaki, muldy, zaspy. Wykończeni docieramy do kolejnego skrzyżowania. Tym razem po prawej stronie migocze światełko schroniska w Spindlerovej Boudzie. Ożywiamy się i bardzo musimy nad sobą pracować, by się nie poddać i nie zejść na noc do niego. Postanawiamy jednak walczyć. Idziemy do Odrodzenia. Teraz idzie się zupełnie dobrze, bo drogę przetarły ratraki. A poza tym do schroniska zostało tylko 40 minut drogi.

Są światła! Domy! I uśmiechy na wychłostanych przez śnieg i wiatr twarzach. Rzucamy się na oślep przed siebie, do najbliższej chaty. Zawód. To jeszcze nie tu. Do Odrodzenia mamy jeszcze ok. 500 m.

Nagle natykamy się na przeszkodę niemal nie do przebycia - półtorametrową zaspę. Odrodzenie, leżące na zboczu Małego Szyszaka na wysokości 1236 m. n. p.m., wabi światłem. Dochodzimy do niego „na szagę”, bo ścieżki żadnej nie widać, a nie mamy już energii wyciągać latarek, by sprawdzić którędy wiedzie.

Patrzcie! Słońce!

Gospodarz Schroniska Odrodzenie nie wygląda dziś na zachwyconego naszym przybyciem. Każe nam płacić za litr wrzątku dwa złote, mimo że tu nocujemy. I to jest bardzo nie w porządku. Zresztą we wszystkich karkonoskich schroniskach, w których byliśmy kazano nam płacić za gorącą wodę.

Zasypiamy w przekonaniu, że jutro pogoda będzie taka jak dziś. Rano ktoś z niedowierzaniem w głosie mówi: - Patrzcie! Słońce i niebo widać! - Nikt mu nie wierzy. Ale wygrzebujemy się ze śpiworów. Aż chce się hasać po górach.

Czerwonym szlakiem podążamy w kierunku Śnieżki (1602 m). Śnieg błyszczy w promieniach słońca i skrzypi pod butami. W nocy musiało ostro przymrozić. Marcin prowadzi peleton, bo jak mówi, lubi bawić się w przebiśniega, czyli przecierać szlak. Dzisiaj jeszcze nikt tędy nie szedł, bo śnieg na wierzchu jest zmarznięty. Nie na tyle jednak, by nie załamać się pod ciężarem ludzkiego ciała. Ostre krawędzie lodu ranią nam nogi. Wieczorem można tylko liczyć siniaki.

Pod nami, po obu stronach ciągają się doliny i niższe szczyty. Są one jednak przykryte bardzo grubą warstwą chmur. Czerwonym szlakiem wchodzimy na Śnieżkę, na której już są tłumy turystów. Wzrok przykuwają budynki oblepione grubą warstwą zmrożonego śniegu. Wyglądają tak, jakby ktoś oblał je skrzącym się lukrem. Widoczność jest taka, że przez moment mamy wrażenie, iż jesteśmy na szczycie świata.

Ze Śnieżki wyruszamy na nocleg do schroniska Strzecha Akademicka, na metę Rajdu „Śnieżnego” AKG „Halny”. Przy śpiewach i „rzężeniu” kobzy bawimy się do późnych godzin nocnych.

Ewa Nowaczyk

Opis rajdu ukazał się w dodatku „Turystyka” do „Gazety Wyborczej”.

<< powrót

© 2008 - 2012 Akademicki Klub Górski „Halny” Poznań