Relacje

Rajd „Alkoholowy”
Beskid Sądecki
09-11.03.2001

W dniach 9 -11 marca roku 2001 odbył się pierwszy w tym tysiącleciu Rajd Alkoholowy. Tym razem wybraliśmy się wspólnie w górki Beskidu Sądeckiego. Coroczna tradycja tego rajdu nakazuje, aby był on dodatkowo uatrakcyjniony trunkiem - patronem rajdu (co roku innym), którego degustacja jest głównym punktem rajdowej (nomen omen) mety. Do tej pory patronami byli m. in. Piwo, Wino, Szampan, Rum, Miód, Poncz i kilka innych trunków. W tym roku wybór padł na Samogon.

Rajd nasz zaczął się w czwartek wieczorem 8 marca pod osławionym neonem kwiaty. Spora liczba uczestników, wynosząca ciekawą liczbę bo 44 była chętna rozpocząć nadchodzący weekend inaczej niż pozostałe, bowiem trasy rajdu miały wieść przez urozmaicone rejony Beskidu Sądeckiego.

Stałym punktem programu był dojazd na miejsce. Wyznaczone dwie trasy startowały z Rytra, oraz z Piwnicznej. Dojeżdżając wcześnie rano, bo około godziny szóstej mieliśmy trochę smętne miny widząc niezbyt dobry rozwój sytuacji pogodowej w rejonie naszej wędrówki. Tym niemniej jednak ochoczo i bojowo nastawiona większość uczestników postanowiła wysiąść w Rytrze. Grupka osób pojechała dalej do Piwnicznej, aby stamtąd czerwonym szlakiem wrócić na nocleg, który mieliśmy w pensjonacie „Relax”. My natomiast aby nie chodzić z ciężkimi i niezbyt wygodnymi plecakami udaliśmy się najpierw do owego pensjonatu, gdzie urządzono godzinną przerwę śniadaniową.

Najedzeni i dobrze przygotowani na ostre łojenie (po górach oczywiście) grupa pod kierunkiem Arka Marciniaka postanowiła udać się czerwonym szlakiem w kierunku Niemcowej. W Rytrze większość szlaków zaczyna się przy dworcu PKP, skąd można dobrze obrać trasę. Szlak już od początku pnie się dość ostro pod górkę, jednakże potem zaczyna powoli wchodzić w las. Pierwszy postój został zarządzony na Niemcowej i jak się okazało, ponad połowa uczestników była już mocno zmęczona. Chociaż była dość wczesna pora, bo przed godziną jedenastą udali się szlakiem żółtym w kierunku Piwnicznej. Zatwardziali jednak szli dalej, na Wielki Rogacz, a potem w kierunku bacówki na Obidzy. Dopiero potem okazało się, że był to doby wybór, bowiem w godzinach popołudniowych poprawiła się znacznie pogoda i pokazało się słońce. Dzień zakończył się powrotem w godzinach popołudniowych autobusem do Rytra.

Opis trasy dwudniowej

W tym czasie „dwójka” spotkała się również jak zwykle pod „Kwiatami” na dworcu głównym w Poznaniu, skąd o 20:00 odjeżdżała pociągiem w kierunku Wrocławia. Trzeba w tym miejscu zdementować wszelkie plotki, jakoby z wrocławskiego dworca zniknęły wszystkie budki z pitami. Może i część z nich diabli wzięli, ale ta, z której korzysta się najczęściej i gdzie pity są, co tu ukrywać najlepsze, stoi nadal na swoim miejscu, a i ceny są takie, jak dawniej (znaczy, że nie stosują jeszcze praktyk monopolistycznych wobec wygłodniałych rajdowiczów). Ale wracając do konkretów, dojechaliśmy, w bardzo przyzwoitych warunkach (czytaj: na siedząco) do Tarnowa, a stamtąd do Rytra. Kilka osób zdecydowało się na wysiadkę dopiero w Krynicy oraz w Żegiestowie, jednak wszyscy mieliśmy się spotkać na mecie w schronisku PTTK na Hali Łabowskiej.

Dojechawszy do Rytra udaliśmy się z komitetem powitalnym, który czekał na nas już na stacji, do miejsca pierwszego noclegu „trójki”. Okazało się, że jest to prawdziwy dom wypoczynkowy, a niektórzy trafili do tego na niewątpliwy luksus i dostali pokój z własną łazienką (!!!). Cóż, nie trzeba nawet zaznaczać, że na takie warunki rajdowicze trafiają nader rzadko, ale ma to przecież również swoje plusy (hartuje i wzmacnia charakter). Po godzinie 9:00 ruszyliśmy w kierunku Hali Łabowskiej kierując się szlakiem czerwonym lub dojeżdżając najpierw do Piwnicznej, a stamtąd szlakiem niebieskim. Zapewne na obu tych wariantach przeżycia były równie niesamowite.

W na wpół stopniałym śniegu, częściowo i miejscami w błocie rozpoczęliśmy wędrówkę. Widoki na pewno byłyby lepsze przy bardziej przejrzystym powietrzu, ale dobrze, że chociaż nie padało. Podobno „trójka” miała dnia poprzedniego widok na Tatry (fuksiarze). Raz po raz zapadając się w głębokim śniegu i ślizgając się po błocie wdrapywaliśmy się coraz wyżej (chociaż Beskid Sądecki nie należy do pasma straszącego wysokością, to czasem podejścia są, jakby to powiedzieć ...... ostre). Niektórzy z uczestników po kilku godzinach postanowili zrobić sobie piknik na śniegu. W tym celu rozłożyli karimaty i polegli na nich, po czym jedna z koleżanek wywinęła orła i rozpoczęła regularną bitwę, która u wszystkich zakończyła się totalnym przemoczeniem butów i gaci. Tacy zadowoleni i mokrzy (dobrze, że już było niedaleko) udaliśmy się dalej i po kilku godzinach dotarliśmy na Halę Łabowską.

Wieczorem tradycyjnie rozpoczęła się meta rajdu, a ponieważ rajd był alkoholowy, a do tego samogonowy (zrezygnowaliśmy z nazwy bimbrowy, bo nie zdążyliśmy wyprodukować owego napitku), przy ochoczej pomocy kucharza ze schroniska ugotowaliśmy cały sagan grogu (też samogon, ale podobno był cienki, jak stwierdził Miron). Po rozlaniu grogu do kubków uczestników i po licznych dokładkach, atmosfera niesamowicie się rozluźniła. No i bardzo dobrze, bo pierwszy raz w historii rajdów Halnego na mecie nie było gitary. Jednak znalazła się pewna liczna grupka ochotników, która postanowiła nas wspomóc swoimi zdolnościami muzycznymi i intonowała coraz to inną piosenkę. Z pomocą przyszedł również Miron, który pełen zapału i z całkowitym oddaniem skonstruował instrument muzyczny, jakiego jeszcze świat nie widział. Składał się on z ośmiu butelek po piwie, które napełnione zostały bliżej nie zidentyfikowaną cieczą (nie wiemy tylko, czy w środku znajdował się ów trunek, czy może woda) w taki sposób, że po ułożeniu ich w pewnej kolejności i uderzaniu po kolei łyżką wydawały dźwięk gamy. Strojenie owego instrumentu kosztowało jego twórcę i pomocników około dwie godziny spędzone w schroniskowym kiblu. Organizatorom rajdu udało się na nim zagrać dwie bardzo znane piosenki, a mianowicie: „Sto lat” oraz „Wlazł kotek na płotek”.

Po licznych i pasjonujących zgromadzoną w stołówce schroniska publiczność konkursach i rozdaniu atrakcyjnych nagród (i w tym miejscu dziękujemy sponsorom - firmie „Alpin” z ul. Fredry w Poznaniu), uczestnicy udali się na zasłużony spoczynek, aby rano ruszyć w drogę powrotną do domu.

Za drogę powrotną można było obrać jeden z kilku wariantów, można było również zostać dłużej, jak to uczyniło parę osób. Część udała się z Hali Łabowskiej szlakiem w kierunku Piwnicznej. Brodząc w potokach i kopiąc się sporadycznie w śniegu, próbując też uruchomić starego busa stojącego na szlaku, szczęśliwie dotarli na stację skąd odjechali do domu (zahaczając również o granicę polsko-czeską w Łomnicy - Zdroju). Inni zdecydowali się na dłuższą drogę prowadzącą z Hali Łabowskiej do Krynicy (woda zdrojowa nie jest najlepsza w smaku, ale podobno ma właściwości lecznicze.........fuj!), a stamtąd udali się przy ochoczej pomocy PKP do domu. I to na tyle, co można powiedzieć o dwudniowym wariancie rajdu alkoholowego, który odbył się w marcu 2001 roku.

Opis dnia pierwszego: Arkadiusz Marciniak

Opis dnia drugiego i trzeciego: Ania Dopierała

<< powrót

© 2008 - 2012 Akademicki Klub Górski „Halny” Poznań